- Kategorie:
- Archiwalne wyprawy.5
- Drawieński Park Narodowy.29
- Francja.9
- Holandia 2014.6
- Karkonosze 2008.4
- Kresy wschodnie 2008.10
- Mazury na rowerze teściowej.19
- Mazury-Suwalszczyzna 2014.4
- Mecklemburgische Seenplatte.12
- Po Polsce.54
- Rekordy Misiacza (pow. 200 km).13
- Rowery Europy.15
- Rugia 2011.15
- Rugia od 2010....31
- Spreewald (Kraina Ogórka).4
- Szczecin i okolice.1382
- Szczecińskie Rajdy BS i RS.212
- U przyjaciół ....46
- Wypadziki do Niemiec.323
- Wyprawa na spływ tratwami 2008.4
- Wyprawa Oder-Neisse Radweg 2012.7
- Wyprawy na Wyspę Uznam.12
- Z Basią....230
- Z cyborgami z TC TEAM :))).34
Rajd MTB dookoła jeziora Miedwie.
Niedziela, 24 lipca 2011 | dodano: 24.07.2011Kategoria Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Z Basią...
Dojechaliśmy z Basią samochodem do Morzyczyna na 10:00.
Tam organizowany był przejazd trasą rajdu MTB dookoła jeziora Miedwie. Postanowiliśmy spróbować i my...

Spotkaliśmy się ze znajomą ekipą BS, RS...itp...w amfiteatrze nad Miedwiem.
Był Gadzik, Jurek, Baśka, Monter, Gryf, Bronik, Lewy, Arek...i kupa innych, których nie jestem w tej chwili w stanie wymienić.


Wicherek z południa wiał dziś nielichy. W zasadzie próbował zatrzymywać w miejscu.

Po odpoczynku. Cała nasza ferajna jechała koło pałacu tego pałacu (chyba to było Koszewo).

Troszkę nas było...

Po drodze był punkt żywieniowy. Ciastka, kawa...Super organizacja, choć to tylko przejazd próbny, a jeszcze nie oficjalne zawody.

Znaczna część trasy przebiegała po tzw. płytach jumbo.

W związku z tym przypomniał mi się taki kawałek:
Pod koniec odłączyliśmy się od ekipy i pojechaliśmy asfaltami, przez co część z uczestników uznała nas za podstępną "Bandę Sześciorga"...
Przy okazji zajechaliśmy do Kobylanki, gdzie chciałem zobaczyć płyty z opisami historii okolicznych miejscowości.

Stoją tam tablice opisujące poszczególne miejscowości, ale jest i fontanna.

Jedna z miejscowości zainteresowała mnie szczególnie...;)))

Od Kobylanki do Morzyczyna wiedzie doskonała, niedawno wybudowana asfaltowa ścieżka.

Kiedy dojechaliśmy na metę rajdu, było tam nadal sporo ludzi.
Chwilę postaliśmy, po czym ja, moja Basia i Basia "Rudzielec" zapakowaliśmy się z rowerami do samochodu(tak, tak...miałem na pokładzie dwa "Basiory";))) i pomknęliśmy do Szczecina.
Wspaniały dzień...
Reszta opisu...jak mi się zechce. ;)))
Temperatura:22.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1174 (kcal)
Tam organizowany był przejazd trasą rajdu MTB dookoła jeziora Miedwie. Postanowiliśmy spróbować i my...
Spotkaliśmy się ze znajomą ekipą BS, RS...itp...w amfiteatrze nad Miedwiem.
Był Gadzik, Jurek, Baśka, Monter, Gryf, Bronik, Lewy, Arek...i kupa innych, których nie jestem w tej chwili w stanie wymienić.
Wicherek z południa wiał dziś nielichy. W zasadzie próbował zatrzymywać w miejscu.
Po odpoczynku. Cała nasza ferajna jechała koło pałacu tego pałacu (chyba to było Koszewo).
Troszkę nas było...
Po drodze był punkt żywieniowy. Ciastka, kawa...Super organizacja, choć to tylko przejazd próbny, a jeszcze nie oficjalne zawody.
Znaczna część trasy przebiegała po tzw. płytach jumbo.
W związku z tym przypomniał mi się taki kawałek:
Pod koniec odłączyliśmy się od ekipy i pojechaliśmy asfaltami, przez co część z uczestników uznała nas za podstępną "Bandę Sześciorga"...
Przy okazji zajechaliśmy do Kobylanki, gdzie chciałem zobaczyć płyty z opisami historii okolicznych miejscowości.
Stoją tam tablice opisujące poszczególne miejscowości, ale jest i fontanna.
Jedna z miejscowości zainteresowała mnie szczególnie...;)))
Od Kobylanki do Morzyczyna wiedzie doskonała, niedawno wybudowana asfaltowa ścieżka.
Kiedy dojechaliśmy na metę rajdu, było tam nadal sporo ludzi.
Chwilę postaliśmy, po czym ja, moja Basia i Basia "Rudzielec" zapakowaliśmy się z rowerami do samochodu(tak, tak...miałem na pokładzie dwa "Basiory";))) i pomknęliśmy do Szczecina.
Wspaniały dzień...
Reszta opisu...jak mi się zechce. ;)))
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
58.90 km (25.00 km teren), czas: 03:17 h, avg:17.94 km/h,
prędkość maks: 37.00 km/hTemperatura:22.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1174 (kcal)
Wycieczka mimo deszczu ;)
Piątek, 22 lipca 2011 | dodano: 22.07.2011Kategoria Szczecin i okolice
Cykloza...to na tyle poważna dolegliwość, że nie zaspokajana rowerowymi wrażeniami prowadzi czasem do poważnych skutków ubocznych.
Wpatrywanie się w okno ociekające deszczem, z czołówką na głowie migającą na czerwono nie wróży nic dobrego.
Wpływa to nie tylko na psychikę cyklotyka, zmienia też w znaczący sposób jego wygląd i karnację, prowadząc do zimowej wręcz bladości.

Tak dłużej być nie mogło, więc deszcz nie deszcz, nadszedł czas na wyprawę. To pewnie jakiś rodzaj rowerowego obłędu, ale co mi tam.
Po ostatniej solidnej wyciecze, również i dziś postanowiłem nie próżnować.
Przeprosiłem się więc z pelerynką, zarzuciłem na grzbiet, nacisnąłem ma pedały i mój wierny rowerek ruszył. Początkowo jechałem dość równą asfaltową drogą, w koleinach której niestety płynęły strugi wody, chlapiąc mi na buty. O dziwo, tego dnia kierowcy byli jacyś wyrozumiali. Gorzej z przechodniami, gdy przedzierałem się miejskimi drogami.
Konformistyczne społeczeństwo nijak nie mogło dojść do ładu ze swoimi myślami, że skoro oni idą, to dlaczego ja jadę, a na dodatek jeszcze dlaczego tak głupio wyglądam?

Objawiało się to dziwacznymi spojrzeniami i głupawymi uśmieszkami.
Nic to.
Przede mną pojawiła się dość stroma górka, z której skręciłem w boczną drogę, z której znanym sobie skrótem dotarłem do wiaduktu kolejowego.
Walcząc z wiatrem, zacinającymi w twarz kroplami deszczu wiatrem tym niesionych, z łopoczącą pelerynką dotarłem wreszcie do celu.
Za sobą miałem już tego dnia powalający dystans 2,8 km, więc można było zrealizować cel dzisiejszego wyjazdu…tj….
…zrobić zakupy w Lidlu i wrócić do domu kolejne 2,8 km tą samą trasą! ;)))))))))))))))
Temperatura:19.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Wpatrywanie się w okno ociekające deszczem, z czołówką na głowie migającą na czerwono nie wróży nic dobrego.
Wpływa to nie tylko na psychikę cyklotyka, zmienia też w znaczący sposób jego wygląd i karnację, prowadząc do zimowej wręcz bladości.

Bladość lica - skutek niezaspokojonej cyklozy.© Misiacz
Tak dłużej być nie mogło, więc deszcz nie deszcz, nadszedł czas na wyprawę. To pewnie jakiś rodzaj rowerowego obłędu, ale co mi tam.
Po ostatniej solidnej wyciecze, również i dziś postanowiłem nie próżnować.
Przeprosiłem się więc z pelerynką, zarzuciłem na grzbiet, nacisnąłem ma pedały i mój wierny rowerek ruszył. Początkowo jechałem dość równą asfaltową drogą, w koleinach której niestety płynęły strugi wody, chlapiąc mi na buty. O dziwo, tego dnia kierowcy byli jacyś wyrozumiali. Gorzej z przechodniami, gdy przedzierałem się miejskimi drogami.
Konformistyczne społeczeństwo nijak nie mogło dojść do ładu ze swoimi myślami, że skoro oni idą, to dlaczego ja jadę, a na dodatek jeszcze dlaczego tak głupio wyglądam?

Pelerynka w akcji.© Misiacz
Objawiało się to dziwacznymi spojrzeniami i głupawymi uśmieszkami.
Nic to.
Przede mną pojawiła się dość stroma górka, z której skręciłem w boczną drogę, z której znanym sobie skrótem dotarłem do wiaduktu kolejowego.
Walcząc z wiatrem, zacinającymi w twarz kroplami deszczu wiatrem tym niesionych, z łopoczącą pelerynką dotarłem wreszcie do celu.
Za sobą miałem już tego dnia powalający dystans 2,8 km, więc można było zrealizować cel dzisiejszego wyjazdu…tj….
…zrobić zakupy w Lidlu i wrócić do domu kolejne 2,8 km tą samą trasą! ;)))))))))))))))
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
5.60 km (1.00 km teren), czas: 00:15 h, avg:22.40 km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura:19.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Serwis-dom-serwis-dom...pfff
Środa, 20 lipca 2011 | dodano: 20.07.2011Kategoria Szczecin i okolice
Próbowałem dziś oddać rower do serwisu, ale najpierw był zamknięty, więc wróciłem.
Kiedy już był otwarty, okazało się, że zawaleni są robotą i odbiór byłby dopiero po weekendzie, a co to za weekend, jak się nie ma roweru? ;)))
Rower wrócił na razie na swoje legowisko...
Temperatura:23.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Kiedy już był otwarty, okazało się, że zawaleni są robotą i odbiór byłby dopiero po weekendzie, a co to za weekend, jak się nie ma roweru? ;)))
Rower wrócił na razie na swoje legowisko...
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
6.15 km (1.00 km teren), czas: 00:15 h, avg:24.60 km/h,
prędkość maks: 29.00 km/hTemperatura:23.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Po Basię do pracy...
Wtorek, 19 lipca 2011 | dodano: 19.07.2011Kategoria Szczecin i okolice, Z Basią...
Dziś Basia po raz pierwszy w życiu pojechała na rowerze do pracy i jest zachwycona. Ja z kolei pojechałem po Basię, gdy kończyła pracę, bo chciałem połączyć dwie rzeczy: "kwoczenie" o Basię i jej bezpieczny powrót (po wczorajszym) + przejechać się na rowerze.
Temperatura:23.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 326 (kcal)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
15.99 km (1.00 km teren), czas: 00:51 h, avg:18.81 km/h,
prędkość maks: 33.60 km/hTemperatura:23.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 326 (kcal)
Spacerek z Basią przed kolacją...
Poniedziałek, 18 lipca 2011 | dodano: 18.07.2011Kategoria Szczecin i okolice, Z Basią...
Wczoraj odpoczywałem, mięśnie po sobotnim rekordzie były nieco znużone.
Dziś też jeszcze je czułem, ale wyskoczyliśmy na rowerek z Basią wieczorem, żeby się zrelaksować.
Weź tu się człowieku zrelaksuj, jak najpierw jakiś palant w Audi mało Basi nie potrącił, zajeżdżając jej z premedytacją drogę, a potem, kiedy zajechaliśmy na grób mamy na Centralnym okazało się, że jakaś hiena cmentarna ukradła wazon z grobu, została tylko podstawka. Cóż to za bydło zamieszkuje te ziemie?
Na takich ludzi przydałoby się coś takiego:

"Kocham" ten kraj coraz mocniej...ależ się zrelaksowałem.
:///
Temperatura:24.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 219 (kcal)
Dziś też jeszcze je czułem, ale wyskoczyliśmy na rowerek z Basią wieczorem, żeby się zrelaksować.
Weź tu się człowieku zrelaksuj, jak najpierw jakiś palant w Audi mało Basi nie potrącił, zajeżdżając jej z premedytacją drogę, a potem, kiedy zajechaliśmy na grób mamy na Centralnym okazało się, że jakaś hiena cmentarna ukradła wazon z grobu, została tylko podstawka. Cóż to za bydło zamieszkuje te ziemie?
Na takich ludzi przydałoby się coś takiego:

"Kocham" ten kraj coraz mocniej...ależ się zrelaksowałem.
:///
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
10.70 km (5.00 km teren), czas: 00:40 h, avg:16.05 km/h,
prędkość maks: 39.00 km/hTemperatura:24.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 219 (kcal)
Samotne 300 km. Rekord pobity!
Sobota, 16 lipca 2011 | dodano: 17.07.2011Kategoria Rekordy Misiacza (pow. 200 km), Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec
I do tego jeszcze 5000 km przekroczone w tym roku! To takie hurra-hasła na początek, a teraz należy się uspokoić i przejść do relacji. ;)
Od jakiegoś czasu miałem myśli, że nim skończę cztery dyszki ;(, chciałbym przejechać w jeden dzień dystans 300 km. Prawie, że ostatnia okazja. Istotne było też dla mnie, żeby zrobić to samotnie, to znaczy żeby mieć świadomość, że jestem to w stanie zrobić absolutnie sam, a nie w grupie, bez niczyjej pomocy typu zmiany prowadzącego, siedzenie komuś na kole…krótko mówiąc, mieć świadomość, że moje 300 to tylko moje 300. Wiem, że są na BS ludzie, którzy potrafią machnąć 300 km na śniadanie, ale dla mnie to życiowy rekord. Co do samotnej jazdy, czyli bez otwierania gęby do nikogo – jestem do tego przyzwyczajony i nie mam z tym problemów.
Ponadto, kiedy jadę sam, ustalam swoje własne tempo podróży, którego się trzymam, a które lubi mój organizm. W moim przypadku jest to 24 km/h. Owszem z górki nie hamuję, a pod wiatr nie staram się go utrzymać i wtedy jadę 20 km/h, co na takich trasach jest istotne, trzeba mieć podejście maratończyka, a nie narwanego sprintera, o czym niektórzy zapominają (raz jeden mi się to zdarzyło i nic dobrego z tego nie wyszło, oprócz ”termo porażki”).
Ruszyłem w sobotę punktualnie o godzinie 2:00 w nocy. Ulice były jeszcze mokre od wieczornego deszczu, ale na niebie świecił księżyc, chowając się co jakiś czas za chmurami. Co za klimaty!
Musiałem najpierw kawałek przejechać miejskimi drogami, żeby dostać się do Przecławia, a stamtąd już po ciemku zasuwać do Kołbaskowa.

Ku mojemu zaskoczeniu, ruch na szosie do Kołbaskowa jak na tę porę był całkiem duży. Na szczęście jest to trasa, która ma 1,5 pasa, a ja świeciłem niczym UFO (lampka z dynama, lampka bateryjna, do tego oślepiająca czerwona czołówka skierowana do tyłu). Lepiej być widocznym, dużo pijanych czubków wraca wtedy z imprez. Ruch ustał za Kołbaskowem, gdzie samochody zjeżdżały na autostradę (mamy tu taką wersję demo pod Szczecinem;))). Od Kołbaskowa do granicy w Rosówku są 4 km i od tej pory jechałem już absolutnie sam. Mógłbym nawet rzec, że było romantycznie, tylko pusta szosa, księżyc, chmurki i Misiacz ;)
Z przyczyn technicznych wziąłem jednak camcorder (lżejszy, mniejszy, szybszy), tak więc nocne ujęcia wymagają sporej wyobraźni u czytelnika.
To miało być piękne zdjęcie księżyca, a wyszła jakaś biała ciapa na ciemnym tle.

Cyknąłem jeszcze zdjęcie roweru „by night" i dojechałem do granicy.

W Niemczech zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo do rozświetlonego księżycem nocnego nieba dołączył jeszcze tunel drzew rosnących po obu stronach drogi, zupełnie pustej. Byłem zupełnie sam. Coś niesamowitego. Temperatura była dość „rześka”, bo 12,5 st.C.
Przejechałem przez Staffelde, zjechałem ostrym zjazdem w dolinę Odry do Mescherin, a tam wjechałem na leśną ścieżkę rowerową do Gartz. Tam było już absolutnie ciemno, więc obróciłem czołówkę na przód, przełączyłem na najmocniejsze światło, jako wspomaganie oświetlenia lampy z dynama.

Po krótkim postoju na batonika ruszyłem przez ciemny las. Wrażenia znów bezcenne.
Minąwszy Gartz, wjechałem na ścieżkę na wale przeciwpowodziowym prowadzącą do Freidrichsthal.
Niebo za moimi plecami robiło się coraz jaśniejsze, znaczy słońce szykowało się do pobudki.
Przed Schwedt na drewnianym mostku musiałem po raz kolejny zrobić zdjęcie tego krajobrazu.
W takiej poświacie jeszcze go nie mam w kolekcji.

Do samego Schwedt dotarłem około godziny 5:00 i zaczynało już świtać.
Za miastem, kiedy zatrzymałem się i odwróciłem, wschodziło już słońce.

Odcinek ścieżki do Stolpe nadal nie jest wyremontowany (a w zasadzie wał przeciwpowodziowy, po którym ona biegnie, Niemcy o dziwo paprzą się z tym od paru lat), więc musiałem jechać objazdem na Criewen. Pamiętając, że objazd wiedzie przez wredne górki po wrednych płytach do Stuetzkow, w Criewen zjechałem w prawo na drogę główną, by w następnej wiosce skierować się na Stolpe. Gdyby ktoś jechał, to polecam taką zmianę, odległość prawie taka sama, a oszczędzicie sobie wypadania plomb i niefajnych podjazdów. Owszem, jest tam jakieś 200 m takiej drogi, ale spokojnie można przejechać boczkiem po ubitym szutrze, reszta to asfalt (to czarne z prawej to kawałek mojej sakwy;)).

Po dojechaniu do Stolpe poczułem, że robi się cieplej, więc zdjąłem z siebie parę warstw i zacząłem się zastanawiać, czy nie pojechać z muzyką na uszach. Wielu moich znajomych tak robi, ale ja tego nie praktykowałem. Na ścieżce rowerowej jednak nie stanowi to zagrożenia (np. że czegoś nie usłyszę).
Pierwsze, co usłyszałem, to ten kawałek muzyki z nurtu „space synth” z lat 80-tych.
Kurczę! To naprawdę działa. Nawet nie zauważyłem, kiedy prędkość „sama” wzrosła z 24 do 28 km/h. Należało nad tym zapanować, bo przede mną było jeszcze grubo ponad 200 km, a chwilowa euforia mogła zniweczyć moje plany.
Dlatego dla uspokojenia wrzuciłem ten relaksujący kawałek (obiecuję, że więcej już nie będę dziś wklejał;))):
Kiedy wyrównałem poziom emocji, okazało się, że jazda ze słuchawkami to całkiem fajna rzecz i pozwala zapomnieć o zmęczeniu.
Kiedy dojechałem do Zollbruecke, zatrzymałem się na postój i na przetankowanie paliwa z butelek z sakw do bidonów.

Ci, którzy jeżdżą na długie trasy, znają paskudne uczucie bólu dłoni i nadgarstków po całym dniu jazdy, na co nie pomagają wymyślne kierownice, rękawiczki ani zmiana pozycji rąk. Aby temu zapobiec, kilka dni wcześniej wybrałem się do „Castoramy”, gdzie zainwestowałem całe 4,60 zł w 2 metry piankowej otuliny termoizolacyjnej do rur z wodą (krótszych nie mieli). Prawie nie różni się to od gąbek na kierownicę, no może kolorem, ale cena jest inna. Wyciąłem sobie takie oto dodatkowe podkładki i stwierdzam po całym dniu, że pomysł był idealny.

Są one przecięte wzdłuż, więc mogłem je dowolnie przesuwać.

Tuż przy wiacie stoi nieczynny, przecinający granicę od zakończenia wojny most kolejowy.
Władze niemieckie próbują się dogadać z naszymi, żeby go otworzyć i zrobić na nim ścieżkę rowerową, łączącą nasze oba kraje.

Jak na razie nic z tych rozmów nie wychodzi od lat, a na moście jest brama opleciona drutem kolczastym i zakaz wstępu.

Kolejnym miejscem postoju było Gross Neuendorf, znane jako lądowisko dla UFO ;).
Chciałem się przybyszom pochwalić moimi zamiarami, niestety, zielone ludziki nie zechciały tym razem wyjść ze swojego pojazdu. Utrzymywały, że jest za gorąco.

Niezrażony tak obcesowym potraktowaniem ruszyłem dalej. Wiatr od samego już Szczecina nie pomagał mi wcale, bo wiał w twarz i tego spodziewałem się przez pierwsze 150 km. Wiedziałem jednak z prognoz, że kiedy zawrócę, będę miał go w plecy (dzięki Sargath za zwrócenie uwagi na sobotnią prognozę wiatrową, inaczej katowałbym się na pętelce przez Wolgast, Uznam i wokół Zalewu Szczecińskiego, gdzie pierwotnie planowałem trasę, co skończyłoby się powrotem z wiatrem w twarz, a to nie jest za dobry pomysł pod koniec trasy, gdy człowiek nie jest już zbyt świeży).
Z wyjazdu cyborgowego robił się wyjazd prawie turystyczny, bo znów zatrzymałem się, by tym razem cyknąć zdjęcie polu słoneczników.

No jak tu się nie zatrzymać?

Potem, już bez „zbędnych” postojów, zwalniając czasem do 20 km/h ze względu na wiatr czołowy dotarłem wreszcie do "niemieckiego Kostrzyna".

Obok zauważyłem coś, co powinno zainteresować każdego Misiacza. ;)

Kiedy przejeżdżałem starym mostem, zatrzymałem się, by sfotografować mury twierdzy Kostrzyn.


Sam Kostrzyn wydał mi się jakiś odpychający, więc postanowiłem tylko zjeść coś ciepłego, kupić wodę i czym prędzej wracać na trasę rowerową Oder-Neisse.
Z ciekawostek, to Urząd Miejski w Kostrzyniu mieści się w … budynkach dawnego przejścia granicznego.
Wnioskując z pozostałej „architektury” miasta uważam to za całkiem niezły wybór.

Znalazłem bar, gdzie zamówiłem hot-doga, który był podany nietypowo, bo zamiast musztardy czy ketchupu było pełno sałatki i sosów, jak w kebabie.
Smakowało wybornie, nawet parówka jakiejś lepszej jakości była.
Jedząc sobie bułę, czułem się troszkę jak dziwoląg. Nie wiem, czy tam w Kostrzynie nie widzieli jeszcze rowerzysty jedzącego hot-doga, czy może nie widzieli człowieka w stroju kolarskim, w każdym razie obserwowany byłem jak jakiś okaz zoologiczny. ;)))

Potem jeszcze skoczyłem na targowisko po wodę, gdzie zagadnięty przez sprzedawcę opowiedziałem o mojej dzisiejszej trasie. O ile w głosie sprzedawcy czuło się coś w rodzaju podziwu, o tyle sprzedająca z nim kobieta zadała pytanie:
- Co? Ruszył Pan o 2:00 w nocy i dojechał tu dopiero na 10:30?!
Hehe…no cóż, pan „wyprostował” panią, mówiąc jej, że 150 km to i samochodem się jedzie u nas długo, a co dopiero rowerem. Powinna wybrać się choćby na jakieś 150 km rowerkiem na próbę. ;)))
Przetankowałem wodę do bidonów i zawróciłem do Niemiec…i wiecie co?
WIATR SIĘ ZMIENIŁ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Krótko mówiąc, znów wiał mi w twarz, a niech to! Wszystkie najlepsze strony z prognozami się pomyliły, a są one najbardziej sprawdzalne i wiarygodne:
http://new.meteo.pl
http://de.windfinder.com
http://www.yr.no
Cóż, pozostało przełknąć gorzką pigułę i kręcić dalej…znów pod wiatr.
W Gross Neuendorf (lądowisko UFO;))) zatrzymałem się na popas. Zauważyłem wtedy tablicę kierującą na odrestaurowany cmentarz żydowski. Specjalnie dla Dornfelda odbiłem nieco z trasy, bo wiem, że lubi je dokumentować na swoich fotografiach (choć jak znam Dornfelda, to pewnie to żadna niespodzianka i pewnie już tu był, ale chciałem dobrze;)))



Teraz coś o tych niemieckich ścieżkach.
Są one:
1) Gładkie
2) Szybkie
3) Bezpieczne
4) Rewelacyjne
5) …i często nudne!
Po „kilkuset” (hehe…) dziś przejechanych kilometrach asfaltową ścieżką, która prawie non-stop biegnie po wale przeciwpowodziowym, zacząłem już odczuwać nudę i znużenie tym widokiem.
Postanowiłem więc przeprawić się promem do Gozdowic. Prom jest ciekawy, bo to bocznokołowiec (koszt przeprawy 3 zł z rowerem).


Jak widać, nie było to tylko „cyborgowe bicie rekordu", było też zwiedzanie i pewne atrakcje turystyczne.
Herb na promie jest ze względu na widniejące na nim zwierzaki bliski memu sercu. ;)

Po zjechaniu z promu, po krótkim podjeździe ruszyłem na Siekierki i stwierdziłem, że była to znakomita decyzja (jak na razie).
Droga równa i mało uczęszczana.

W Siekierkach oczywiście obowiązkowa fotka z czołgiem. Przy czołgu widnieje tabliczka, żeby szanować pamiątki kultury narodowej, ale tatuś tej dziewczynki, która postanowiła poczuć coś długiego i twardego między nogami powiedział, żeby się nie przejmowała głupotami typu prośba o szacunek i właziła na czołg, w końcu jest pancerny. Sugerowałbym władzom muzeum w tym miejscu płot z drutem kolczastym i to pod napięciem.

Trasa dalej prezentowała się znakomicie i w ten sposób dotarłem do Osinowa Dolnego, gdzie podjąłem niezbyt trafną decyzję. Po obmyciu się na stacji (temperatura momentami sięgała 29 st. C, kolejna pomyłka meteorologów, miało być 20), zacząłem dumać, czy wracać już dalej przez Niemcy, czy też sobie dalej uatrakcyjnić trasę.
Uatrakcyjniłem!
Pojechałem najpierw na Cedynię, gdzie wreszcie dostałem wiatr w plecy (raptem przez 5 km), a potem … a potem to katowałem się chyba z 8 km podjazdami górek Cedyńskiego Parku Krajobrazowego…raz krótkie, raz długie podjazdy, strome i łagodne.

Przyszedł i czas na odpoczynek, bo przyznam, że mając w nogach blisko 230 km, ostatnie czego potrzebowałem, to górki.

Wreszcie dojechałem do miejscowości Piasek, gdzie ostatnio byliśmy na 2-dniowym wyjeździe z ekipą Bikestats (DZIEŃ 1, DZIEŃ 2).
Pozostało jeszcze katowanie się podjazdami do wsi Raduń, gdzie już miałem serdecznie dość górek. Na szczęście od tego miejsca aż do Krajnika Dolnego były już praktycznie same zjazdy, więc się zregenerowałem. W Krajniku dokupiłem kolejną butlę wody mineralnej (po podliczeniu wyszło, że w ciągu wyjazdu wypiłem ok. 8 litrów płynów).
Tam też przekroczyłem granicę i wjechałem do Schwedt. Miałem już tak dość słodyczy i bułek, że zachciało mi się jakiejś parówy czy pieczonej kiełbachy, ale nic tam już o tej porze nie znalazłem (było ok. godz. 18:00). No i tak ta parówka „jechała za mną” aż do Polski. W międzyczasie odbyłem kilka rozmów telefonicznych, więc czas szybko mi zleciał i dojechałem do Mescherin. Wiatr mi nie pomagał…ani nie przeszkadzał specjalnie, bo ucichł.
Stamtąd pod górkę do Staffelde i …ok. godziny 20:00 wjechałem w Rosówku do Polski.
Wiedziałem, że w Kołbaskowie czeka na mnie pit-stop w postaci kompotu u Tunisławy, która zwiedziawszy się wcześniej o moich planach i trasie zaprosiła mnie na ekspresowy poczęstunek. Nie dość, że zamiast kubeczka kompotu dostałem prawie WIADRO (nie dałem rady wypić), to jeszcze udało się wyłudzić 2 parówki! ;)))
Pożegnałem gościnne progi i po pokonaniu ostatniego podjazdu przed Przecławiem dojechałem do Szczecina. Dystans planowałem, używając map w necie, ale nie spodziewałem się takiej precyzji!
Pod moim domem na liczniku widniał taki dystans!

Udało się…i na takim dystansie chciałbym zakończyć swoje samotne bicie takich rekordów. Udowodniłem sobie to, co chciałem sobie udowodnić i wydaje mi się, że starczy…a czas pokaże, czy tak będzie. ;)))
PODZIĘKOWANIA:
1. Tunisława – za miłe przyjęcie, poczęstunek i dobre słowo.
2. Sargath – za wyprostowanie moich planów, a choć prognozy nie do końca się sprawdziły, to uważam, że trasa była optymalna i do domu wróciłem dość rześki.
3. Shrink – za pogawędkę przez telefon. Dzięki temu nie zauważyłem górki Mescherin-Staffelde. ;)
4. Jurektc – żeś wreszcie wrócił z poniewierki i za zaproszenie na niedzielną wycieczkę (ze względu na regenerację po 300 km muszę odmówić).
5. Wszystkim innym, którzy życzyli mi sukcesu.
TROCHĘ FAKTÓW:
1. Długość wyjazdu: 19 godzin.
2. Czas samej jazdy: 14:09 (co pokazuje, że blisko 5 godzin zeszło mi na turystykę, popasy,pogawędki itp., więc nie jestem „skończonym cyborgiem”, do których zapewne parę osób mnie zaliczy).
3. Spalone kalorie: 6478 (mój licznik wylicza takie dane na podstawie zadanych parametrów).
4. Spalony tłuszczyk: 780 gram (co oznacza ponad 3 kostki masła;)))
5. Ilość wypitych na trasie płynów: ok. 8 litrów (co daje "spalanie" ok. 2,7 l/100 km;))).
Poniżej jeszcze orientacyjna mapka, robiona ręcznie tak "na oko", bo niestety w necie nie widać, jak wije się ścieżka Oder-Neisse, więc prowadziłem trasę mniej więcej tak, jak pamiętałem:
Temperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 6478 (kcal)
Od jakiegoś czasu miałem myśli, że nim skończę cztery dyszki ;(, chciałbym przejechać w jeden dzień dystans 300 km. Prawie, że ostatnia okazja. Istotne było też dla mnie, żeby zrobić to samotnie, to znaczy żeby mieć świadomość, że jestem to w stanie zrobić absolutnie sam, a nie w grupie, bez niczyjej pomocy typu zmiany prowadzącego, siedzenie komuś na kole…krótko mówiąc, mieć świadomość, że moje 300 to tylko moje 300. Wiem, że są na BS ludzie, którzy potrafią machnąć 300 km na śniadanie, ale dla mnie to życiowy rekord. Co do samotnej jazdy, czyli bez otwierania gęby do nikogo – jestem do tego przyzwyczajony i nie mam z tym problemów.
Ponadto, kiedy jadę sam, ustalam swoje własne tempo podróży, którego się trzymam, a które lubi mój organizm. W moim przypadku jest to 24 km/h. Owszem z górki nie hamuję, a pod wiatr nie staram się go utrzymać i wtedy jadę 20 km/h, co na takich trasach jest istotne, trzeba mieć podejście maratończyka, a nie narwanego sprintera, o czym niektórzy zapominają (raz jeden mi się to zdarzyło i nic dobrego z tego nie wyszło, oprócz ”termo porażki”).
Ruszyłem w sobotę punktualnie o godzinie 2:00 w nocy. Ulice były jeszcze mokre od wieczornego deszczu, ale na niebie świecił księżyc, chowając się co jakiś czas za chmurami. Co za klimaty!
Musiałem najpierw kawałek przejechać miejskimi drogami, żeby dostać się do Przecławia, a stamtąd już po ciemku zasuwać do Kołbaskowa.
Ku mojemu zaskoczeniu, ruch na szosie do Kołbaskowa jak na tę porę był całkiem duży. Na szczęście jest to trasa, która ma 1,5 pasa, a ja świeciłem niczym UFO (lampka z dynama, lampka bateryjna, do tego oślepiająca czerwona czołówka skierowana do tyłu). Lepiej być widocznym, dużo pijanych czubków wraca wtedy z imprez. Ruch ustał za Kołbaskowem, gdzie samochody zjeżdżały na autostradę (mamy tu taką wersję demo pod Szczecinem;))). Od Kołbaskowa do granicy w Rosówku są 4 km i od tej pory jechałem już absolutnie sam. Mógłbym nawet rzec, że było romantycznie, tylko pusta szosa, księżyc, chmurki i Misiacz ;)
Z przyczyn technicznych wziąłem jednak camcorder (lżejszy, mniejszy, szybszy), tak więc nocne ujęcia wymagają sporej wyobraźni u czytelnika.
To miało być piękne zdjęcie księżyca, a wyszła jakaś biała ciapa na ciemnym tle.
Cyknąłem jeszcze zdjęcie roweru „by night" i dojechałem do granicy.
W Niemczech zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo do rozświetlonego księżycem nocnego nieba dołączył jeszcze tunel drzew rosnących po obu stronach drogi, zupełnie pustej. Byłem zupełnie sam. Coś niesamowitego. Temperatura była dość „rześka”, bo 12,5 st.C.
Przejechałem przez Staffelde, zjechałem ostrym zjazdem w dolinę Odry do Mescherin, a tam wjechałem na leśną ścieżkę rowerową do Gartz. Tam było już absolutnie ciemno, więc obróciłem czołówkę na przód, przełączyłem na najmocniejsze światło, jako wspomaganie oświetlenia lampy z dynama.
Po krótkim postoju na batonika ruszyłem przez ciemny las. Wrażenia znów bezcenne.
Minąwszy Gartz, wjechałem na ścieżkę na wale przeciwpowodziowym prowadzącą do Freidrichsthal.
Niebo za moimi plecami robiło się coraz jaśniejsze, znaczy słońce szykowało się do pobudki.
Przed Schwedt na drewnianym mostku musiałem po raz kolejny zrobić zdjęcie tego krajobrazu.
W takiej poświacie jeszcze go nie mam w kolekcji.
Do samego Schwedt dotarłem około godziny 5:00 i zaczynało już świtać.
Za miastem, kiedy zatrzymałem się i odwróciłem, wschodziło już słońce.
Odcinek ścieżki do Stolpe nadal nie jest wyremontowany (a w zasadzie wał przeciwpowodziowy, po którym ona biegnie, Niemcy o dziwo paprzą się z tym od paru lat), więc musiałem jechać objazdem na Criewen. Pamiętając, że objazd wiedzie przez wredne górki po wrednych płytach do Stuetzkow, w Criewen zjechałem w prawo na drogę główną, by w następnej wiosce skierować się na Stolpe. Gdyby ktoś jechał, to polecam taką zmianę, odległość prawie taka sama, a oszczędzicie sobie wypadania plomb i niefajnych podjazdów. Owszem, jest tam jakieś 200 m takiej drogi, ale spokojnie można przejechać boczkiem po ubitym szutrze, reszta to asfalt (to czarne z prawej to kawałek mojej sakwy;)).
Po dojechaniu do Stolpe poczułem, że robi się cieplej, więc zdjąłem z siebie parę warstw i zacząłem się zastanawiać, czy nie pojechać z muzyką na uszach. Wielu moich znajomych tak robi, ale ja tego nie praktykowałem. Na ścieżce rowerowej jednak nie stanowi to zagrożenia (np. że czegoś nie usłyszę).
Pierwsze, co usłyszałem, to ten kawałek muzyki z nurtu „space synth” z lat 80-tych.
Kurczę! To naprawdę działa. Nawet nie zauważyłem, kiedy prędkość „sama” wzrosła z 24 do 28 km/h. Należało nad tym zapanować, bo przede mną było jeszcze grubo ponad 200 km, a chwilowa euforia mogła zniweczyć moje plany.
Dlatego dla uspokojenia wrzuciłem ten relaksujący kawałek (obiecuję, że więcej już nie będę dziś wklejał;))):
Kiedy wyrównałem poziom emocji, okazało się, że jazda ze słuchawkami to całkiem fajna rzecz i pozwala zapomnieć o zmęczeniu.
Kiedy dojechałem do Zollbruecke, zatrzymałem się na postój i na przetankowanie paliwa z butelek z sakw do bidonów.
Ci, którzy jeżdżą na długie trasy, znają paskudne uczucie bólu dłoni i nadgarstków po całym dniu jazdy, na co nie pomagają wymyślne kierownice, rękawiczki ani zmiana pozycji rąk. Aby temu zapobiec, kilka dni wcześniej wybrałem się do „Castoramy”, gdzie zainwestowałem całe 4,60 zł w 2 metry piankowej otuliny termoizolacyjnej do rur z wodą (krótszych nie mieli). Prawie nie różni się to od gąbek na kierownicę, no może kolorem, ale cena jest inna. Wyciąłem sobie takie oto dodatkowe podkładki i stwierdzam po całym dniu, że pomysł był idealny.
Są one przecięte wzdłuż, więc mogłem je dowolnie przesuwać.
Tuż przy wiacie stoi nieczynny, przecinający granicę od zakończenia wojny most kolejowy.
Władze niemieckie próbują się dogadać z naszymi, żeby go otworzyć i zrobić na nim ścieżkę rowerową, łączącą nasze oba kraje.
Jak na razie nic z tych rozmów nie wychodzi od lat, a na moście jest brama opleciona drutem kolczastym i zakaz wstępu.
Kolejnym miejscem postoju było Gross Neuendorf, znane jako lądowisko dla UFO ;).
Chciałem się przybyszom pochwalić moimi zamiarami, niestety, zielone ludziki nie zechciały tym razem wyjść ze swojego pojazdu. Utrzymywały, że jest za gorąco.
Niezrażony tak obcesowym potraktowaniem ruszyłem dalej. Wiatr od samego już Szczecina nie pomagał mi wcale, bo wiał w twarz i tego spodziewałem się przez pierwsze 150 km. Wiedziałem jednak z prognoz, że kiedy zawrócę, będę miał go w plecy (dzięki Sargath za zwrócenie uwagi na sobotnią prognozę wiatrową, inaczej katowałbym się na pętelce przez Wolgast, Uznam i wokół Zalewu Szczecińskiego, gdzie pierwotnie planowałem trasę, co skończyłoby się powrotem z wiatrem w twarz, a to nie jest za dobry pomysł pod koniec trasy, gdy człowiek nie jest już zbyt świeży).
Z wyjazdu cyborgowego robił się wyjazd prawie turystyczny, bo znów zatrzymałem się, by tym razem cyknąć zdjęcie polu słoneczników.
No jak tu się nie zatrzymać?
Potem, już bez „zbędnych” postojów, zwalniając czasem do 20 km/h ze względu na wiatr czołowy dotarłem wreszcie do "niemieckiego Kostrzyna".
Obok zauważyłem coś, co powinno zainteresować każdego Misiacza. ;)
Kiedy przejeżdżałem starym mostem, zatrzymałem się, by sfotografować mury twierdzy Kostrzyn.
Sam Kostrzyn wydał mi się jakiś odpychający, więc postanowiłem tylko zjeść coś ciepłego, kupić wodę i czym prędzej wracać na trasę rowerową Oder-Neisse.
Z ciekawostek, to Urząd Miejski w Kostrzyniu mieści się w … budynkach dawnego przejścia granicznego.
Wnioskując z pozostałej „architektury” miasta uważam to za całkiem niezły wybór.
Znalazłem bar, gdzie zamówiłem hot-doga, który był podany nietypowo, bo zamiast musztardy czy ketchupu było pełno sałatki i sosów, jak w kebabie.
Smakowało wybornie, nawet parówka jakiejś lepszej jakości była.
Jedząc sobie bułę, czułem się troszkę jak dziwoląg. Nie wiem, czy tam w Kostrzynie nie widzieli jeszcze rowerzysty jedzącego hot-doga, czy może nie widzieli człowieka w stroju kolarskim, w każdym razie obserwowany byłem jak jakiś okaz zoologiczny. ;)))
Potem jeszcze skoczyłem na targowisko po wodę, gdzie zagadnięty przez sprzedawcę opowiedziałem o mojej dzisiejszej trasie. O ile w głosie sprzedawcy czuło się coś w rodzaju podziwu, o tyle sprzedająca z nim kobieta zadała pytanie:
- Co? Ruszył Pan o 2:00 w nocy i dojechał tu dopiero na 10:30?!
Hehe…no cóż, pan „wyprostował” panią, mówiąc jej, że 150 km to i samochodem się jedzie u nas długo, a co dopiero rowerem. Powinna wybrać się choćby na jakieś 150 km rowerkiem na próbę. ;)))
Przetankowałem wodę do bidonów i zawróciłem do Niemiec…i wiecie co?
WIATR SIĘ ZMIENIŁ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Krótko mówiąc, znów wiał mi w twarz, a niech to! Wszystkie najlepsze strony z prognozami się pomyliły, a są one najbardziej sprawdzalne i wiarygodne:
http://new.meteo.pl
http://de.windfinder.com
http://www.yr.no
Cóż, pozostało przełknąć gorzką pigułę i kręcić dalej…znów pod wiatr.
W Gross Neuendorf (lądowisko UFO;))) zatrzymałem się na popas. Zauważyłem wtedy tablicę kierującą na odrestaurowany cmentarz żydowski. Specjalnie dla Dornfelda odbiłem nieco z trasy, bo wiem, że lubi je dokumentować na swoich fotografiach (choć jak znam Dornfelda, to pewnie to żadna niespodzianka i pewnie już tu był, ale chciałem dobrze;)))
Teraz coś o tych niemieckich ścieżkach.
Są one:
1) Gładkie
2) Szybkie
3) Bezpieczne
4) Rewelacyjne
5) …i często nudne!
Po „kilkuset” (hehe…) dziś przejechanych kilometrach asfaltową ścieżką, która prawie non-stop biegnie po wale przeciwpowodziowym, zacząłem już odczuwać nudę i znużenie tym widokiem.
Postanowiłem więc przeprawić się promem do Gozdowic. Prom jest ciekawy, bo to bocznokołowiec (koszt przeprawy 3 zł z rowerem).
Jak widać, nie było to tylko „cyborgowe bicie rekordu", było też zwiedzanie i pewne atrakcje turystyczne.
Herb na promie jest ze względu na widniejące na nim zwierzaki bliski memu sercu. ;)
Po zjechaniu z promu, po krótkim podjeździe ruszyłem na Siekierki i stwierdziłem, że była to znakomita decyzja (jak na razie).
Droga równa i mało uczęszczana.
W Siekierkach oczywiście obowiązkowa fotka z czołgiem. Przy czołgu widnieje tabliczka, żeby szanować pamiątki kultury narodowej, ale tatuś tej dziewczynki, która postanowiła poczuć coś długiego i twardego między nogami powiedział, żeby się nie przejmowała głupotami typu prośba o szacunek i właziła na czołg, w końcu jest pancerny. Sugerowałbym władzom muzeum w tym miejscu płot z drutem kolczastym i to pod napięciem.
Trasa dalej prezentowała się znakomicie i w ten sposób dotarłem do Osinowa Dolnego, gdzie podjąłem niezbyt trafną decyzję. Po obmyciu się na stacji (temperatura momentami sięgała 29 st. C, kolejna pomyłka meteorologów, miało być 20), zacząłem dumać, czy wracać już dalej przez Niemcy, czy też sobie dalej uatrakcyjnić trasę.
Uatrakcyjniłem!
Pojechałem najpierw na Cedynię, gdzie wreszcie dostałem wiatr w plecy (raptem przez 5 km), a potem … a potem to katowałem się chyba z 8 km podjazdami górek Cedyńskiego Parku Krajobrazowego…raz krótkie, raz długie podjazdy, strome i łagodne.
Przyszedł i czas na odpoczynek, bo przyznam, że mając w nogach blisko 230 km, ostatnie czego potrzebowałem, to górki.
Wreszcie dojechałem do miejscowości Piasek, gdzie ostatnio byliśmy na 2-dniowym wyjeździe z ekipą Bikestats (DZIEŃ 1, DZIEŃ 2).
Pozostało jeszcze katowanie się podjazdami do wsi Raduń, gdzie już miałem serdecznie dość górek. Na szczęście od tego miejsca aż do Krajnika Dolnego były już praktycznie same zjazdy, więc się zregenerowałem. W Krajniku dokupiłem kolejną butlę wody mineralnej (po podliczeniu wyszło, że w ciągu wyjazdu wypiłem ok. 8 litrów płynów).
Tam też przekroczyłem granicę i wjechałem do Schwedt. Miałem już tak dość słodyczy i bułek, że zachciało mi się jakiejś parówy czy pieczonej kiełbachy, ale nic tam już o tej porze nie znalazłem (było ok. godz. 18:00). No i tak ta parówka „jechała za mną” aż do Polski. W międzyczasie odbyłem kilka rozmów telefonicznych, więc czas szybko mi zleciał i dojechałem do Mescherin. Wiatr mi nie pomagał…ani nie przeszkadzał specjalnie, bo ucichł.
Stamtąd pod górkę do Staffelde i …ok. godziny 20:00 wjechałem w Rosówku do Polski.
Wiedziałem, że w Kołbaskowie czeka na mnie pit-stop w postaci kompotu u Tunisławy, która zwiedziawszy się wcześniej o moich planach i trasie zaprosiła mnie na ekspresowy poczęstunek. Nie dość, że zamiast kubeczka kompotu dostałem prawie WIADRO (nie dałem rady wypić), to jeszcze udało się wyłudzić 2 parówki! ;)))
Pożegnałem gościnne progi i po pokonaniu ostatniego podjazdu przed Przecławiem dojechałem do Szczecina. Dystans planowałem, używając map w necie, ale nie spodziewałem się takiej precyzji!
Pod moim domem na liczniku widniał taki dystans!

Rekord życiowy pobity. 300 km!© Misiacz
Udało się…i na takim dystansie chciałbym zakończyć swoje samotne bicie takich rekordów. Udowodniłem sobie to, co chciałem sobie udowodnić i wydaje mi się, że starczy…a czas pokaże, czy tak będzie. ;)))
PODZIĘKOWANIA:
1. Tunisława – za miłe przyjęcie, poczęstunek i dobre słowo.
2. Sargath – za wyprostowanie moich planów, a choć prognozy nie do końca się sprawdziły, to uważam, że trasa była optymalna i do domu wróciłem dość rześki.
3. Shrink – za pogawędkę przez telefon. Dzięki temu nie zauważyłem górki Mescherin-Staffelde. ;)
4. Jurektc – żeś wreszcie wrócił z poniewierki i za zaproszenie na niedzielną wycieczkę (ze względu na regenerację po 300 km muszę odmówić).
5. Wszystkim innym, którzy życzyli mi sukcesu.
TROCHĘ FAKTÓW:
1. Długość wyjazdu: 19 godzin.
2. Czas samej jazdy: 14:09 (co pokazuje, że blisko 5 godzin zeszło mi na turystykę, popasy,pogawędki itp., więc nie jestem „skończonym cyborgiem”, do których zapewne parę osób mnie zaliczy).
3. Spalone kalorie: 6478 (mój licznik wylicza takie dane na podstawie zadanych parametrów).
4. Spalony tłuszczyk: 780 gram (co oznacza ponad 3 kostki masła;)))
5. Ilość wypitych na trasie płynów: ok. 8 litrów (co daje "spalanie" ok. 2,7 l/100 km;))).
Poniżej jeszcze orientacyjna mapka, robiona ręcznie tak "na oko", bo niestety w necie nie widać, jak wije się ścieżka Oder-Neisse, więc prowadziłem trasę mniej więcej tak, jak pamiętałem:
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
300.14 km (3.00 km teren), czas: 14:09 h, avg:21.21 km/h,
prędkość maks: 59.00 km/hTemperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 6478 (kcal)
Leśniczówka „Piasek” (BS+RS). DZIEŃ 2.
Poniedziałek, 11 lipca 2011 | dodano: 11.07.2011Kategoria Po Polsce, Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Po dość długiej nocnej biesiadzie towarzystwo troszkę pospało. Ja obudziłem się o godzinie 6:00, jako że z imprezy zawinąłem się wcześniej. Dobrze się złożyło, bo jako osobnik lubiący „slow life” (niekoniecznie mogący takie „slow life” prowadzić) miałem czas na kąpiel, śniadanie i spakowanie się. ;)))
Temperatura, jaka widniała na termometrze na podwórzu była lekko przerażająca i to się czuło.
Reszta ekipy powoli wysnuwała się z łóżek i dochodziła do siebie. Nie to, żeby ktoś przesadził na grillu, naprawdę była to łagodna i kulturalna kolacja. ;) Niespiesznie się zbierając, do wyjazdu gotowi byliśmy około godziny 11:00.
Ustaliliśmy, że pojedziemy na początek wszyscy razem do Schwedt, a potem reszta swobodnie się odłączy, gdyby tempo Basi i moje okazało się zbyt spacerowe (nie okazało się – do Szczecina przyjechaliśmy razem).
Wyjeżdżamy z Piasku.
W Basię tego dnia jakby wstąpiły nowe siły i od czasu do czasu wyrywała się do przodu!
W międzyczasie Marek „Emem” odłączył się od nas i pojechał do Chojny spotkać się z kolegą. Obiecał, że nas dogoni i słowa dotrzymał (dojechał w Gartz).
Spokojnie jadąc, ale też i nie strasznie spacerowo dotarliśmy do Krajnika, żeby zatankować do bidonów wodę mineralną „Kinga” (rewelacja na upały na rowerze, daje kopa!). Po zatankowaniu przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy do Schwedt.
Według moich informacji centrum handlowe „Oder Center” było ostatnio otwierane również w niedzielę, więc pojechaliśmy tam, aby dokupić do domu zapas przedniego hiszpańskiego wina odmian Valdepenas i Tempranillo, które mieliśmy na grillu. Ku naszemu rozczarowaniu centrum było zamknięte, a zamiast tego na parkingu zorganizowany był „pchli targ”, gdzie sprzedawano mydło i powidło, ale wina już nie.
Jako, że oddaliliśmy się nieco od rzeki, zaproponowałem trasę przez Vierraden do Gatow, gdzie po przejechaniu przez most można wjechać na znaną nam już ścieżkę wzdłuż kanału. Trasa okazała się ciekawa (bo jej nie znaliśmy).
Potem ścieżką zaczęliśmy zbliżać się do Freidrichsthal, ale dwójka łakomych osobników zatrzymała się na leśne maliny.
Imiona winowajców to Basia „Misiaczowa” i Adrian „Gryf”. ;)
No to i ja się zatrzymałem…;)
Potem znów mieliśmy tradycyjny postój w wiacie we Friedrichsthal, gdzie na pogawędkach zeszło nam sporo czasu, a Basia „Rudzielec” wprawiała w osłupienie Niemców swoim gromkim okrzykiem „KOMMMM HIEERRRR!!!” ;)))
Po odpoczynku ruszyliśmy do Gartz. Po drodze moją Basię dziabnęła osa, na szczęście nic złego z tego nie wyniknęło.
W Gartz zatrzymaliśmy się na kolejną przerwę przy budce gastronomicznej.
W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że Marek jest tylko 6 km za nami, więc z przyjemnością wydłużyliśmy postój, ja zaś poszedłem sprawdzić menu w budce i co się okazało?!
Można tam było kupić nasze (moje i Basi) ulubione bułeczki rybne Fischbrötchen, które z taką lubością codziennie zajadaliśmy w czasie naszej tegorocznej rowerowej podróży po wyspie Rugia (klik).
Nie spodziewałem się żadnych rewelacji, ale tak pysznej dawno nie jadłem. Sargath, polecam jeśli nadal poszukujesz tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej…bułki! ;)))
Ta była ze śledziem Bismarck, cebulką, ogórkami i z pysznym sosem, a dodatkowo bułka była ciepła i chrupiąca. Koszt to 2,40 EUR.
Po dołączeniu do nas przez Marka pojechaliśmy do Mescherin, gdzie poznaliśmy kolejną sympatyczną rowerzystkę - Anię, żonę Adriana „Gryfa”.

Spotkanie w Mescherin.© Misiacz
W tym czasie niewyżyty Marek, którego rozpierała energia pomknął zupełnie inną drogą do przodu i zniknął nam z oczu.
Długo się naczekał, bo na nabrzeżu kilkoro z nas chciało sprawdzić, jak się jeździ rowerem Ani z przerzutką bębnową. Powiem, że to wygodne.
Po jazdach testowych Państwo „Gryfowie” postanowili nas odprowadzić pod górkę do Staffelde i dalej do Neurochlitz. W końcu odnalazł się i Marek. ;)))
To pożegnalna fotka w Neurochlitz…albo i dwie fotki, bo na jednej z nich Piotrek wyszedł …eee…połowicznie, Adrian od zadu strony...
…a na drugiej jest już Adrian, ale Piotrek zniknął. ;)))
Po pożegnaniu się z Adrianem ruszyliśmy w stronę Szczecina. Grupa się nieco rozciągnęła, a my z Basią musieliśmy zatrzymać się na stacji Lotos przed Kołbaskowem. Byliśmy mile zaskoczeni, kiedy po kilku minutach wrócił po nas Piotrek „Bronik”, żeby sprawdzić, czy wszystko OK. Basia „Rudzielec” oczekiwała gdzieś na poboczu. Dziękujemy, a to dlatego, że pod koniec trasy grupy się często rwą i każdy pędzi w swoją stronę. Tu tak nie było…
W Szczecinie pożegnaliśmy „Emema” i „Rudzielca” i wraz z „Bronikiem” wróciliśmy na Pomorzany (okazało się, że mieszkamy całkiem blisko siebie).
Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę, był rewelacyjny, relaksujący, nikt nigdzie nie gnał, nikt nikogo nie poganiał i naprawdę już dawno nie czuliśmy się z Basią tak dobrze!
Raz jeszcze dziękujemy wszystkim za towarzystwo, Basi „Rudzielcowi” za organizację, a pani Dorocie z agroturystyki w Piasku za gościnę!
:)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
71.10 km (2.00 km teren), czas: 04:01 h, avg:17.70 km/h,
prędkość maks: 44.00 km/hTemperatura:26.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1381 (kcal)
Leśniczówka „Piasek” (BS+RS). DZIEŃ 1.
Sobota, 9 lipca 2011 | dodano: 11.07.2011Kategoria Po Polsce, Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Pod hasłem dnia „W Krajniku Dolnym NIE MA GAZET!” ;)))
Swego czasu rozmawialiśmy na GG z Basią „Rudzielcem102” z forum Rowerowego Szczecina (RS), jakby to było fajnie pojechać gdzieś z ekipą na co najmniej 2 dni (nocleg, grill, piwko przed snem).
Myślałem o agroturystyce w Leśniczówce „Piasek” (klik), gdzie miałem już przyjemność gościć wcześniej w roku 2008.
No i tylko na myśleniu się u mnie tym razem skończyło…;)))
Tymczasem Basia „Rudzielec102” wzięła sprawy w swoje kierownicze ręce i pewnego dnia oznajmiła mi, że wszystko już załatwione, noclegi zarezerwowane i jedziemy! Z miłą chęcią przyłączyliśmy się do ekipy, tym bardziej, że organizacja nie była po mojej stronie i mogłem zająć się wyłącznie relaksującą jazdą do oczekującego na mnie pokoju. Dodam, że na wyjazd wybrała się również moja „osobista” Basia, po raz pierwszy z sakwami i to na spory jak na nią dystans (przypomnę, że na rowerze „na poważnie” zaczęła jeździć w marcu tego roku).
Grupa składała się z 6 osób:
1) Basia „Rudzielec102” (z RS, a czy nadal z BS? ;)))
2) Basia „Misiaczowa” (fanklub BS + RS ;)))
3) Misiacz (BS, RS)
4) Adrian „Gryf” (BS)
5) Piotrek „Bronik” (RS)
6) Marek „Emem” (RS)
Miał jeszcze jechać z nami Krzysiek „Monter61”…ale nie pojechał.
Na wstępie oznajmiliśmy, że ze względu na dość spacerowe tempo mojej Basi nie chcemy spowalniać całej grupy, w związku z czym najlepiej, jeśli spotkamy się u celu, czyli w Piasku. Chcieliśmy jednak wszyscy spotkać się na miejscu zbiórki o godzinie 8:15 pod Lidlem na Mieszka.

Tłoku nie było, bo Basia robi zdjęcie, a Emem z powodu „pracowitej” nocy nie obudził się na czas i miał dojechać osobno. ;))) Na zdjęciu Bronik, Rudzielec102 i Misiacz.
Powiedzieliśmy sobie „do zobaczenia w Piasku” i szybsza część ekipy odjechała. My z Basią snuliśmy się jak ślimaki i zanim ruszyliśmy, zawitaliśmy jeszcze do toalet na pobliskiej stacji.

Jeśli dobrze pamiętam, to tak na serio wystartowaliśmy o 8:45. Omijając główną drogę na Kołbaskowo, pojechaliśmy trasą równoległą przez Smolęcin. Upał wzrastał, droga jak sinusoida i poczuliśmy, że trzeba dokupić wody (zrobiliśmy to w Kołbaskowie, przed wjazdem do Niemiec i była to dobra decyzja…a i tak dość ciężkie sakwy zrobiły się jeszcze cięższe…;)))
Od Kołbaskowa musieliśmy niestety jechać ruchliwą drogą przez Rosówek, gdzie wjechaliśmy do Niemiec.
Na szczęście w Neurochlitz mogliśmy opuścić trasę główną i zjechaliśmy na boczną dróżkę.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zauważyłem, że Polacy budują ścieżkę rowerową od Pargowa do granicy!!!
Zawsze trzeba było tam przedzierać się polami, a tu niespodzianka!

Jadąc dalej gładziutką asfaltówką dotarliśmy do Staffelde, gdzie w pobliżu kurhanu zrobiliśmy sobie przerwę.


Stamtąd dotarliśmy do Mescherin, a dalej pojechaliśmy ścieżką „Oder-Neisse Radweg” do Gartz, by dotrzeć do Freidrichsthal, gdzie znajduje się wiata zachęcająca do zrobienia sobie przerwy.

Z Friedrichsthal lasem dojechaliśmy do kanału prowadzącego do Schwedt.

Przejechaliśmy przez drewniany mostek, aby lewą stroną kanału dojechać do mostu w Schwedt.

Ze Schwedt do Piasku jest jakieś 15 km, więc całkiem blisko i zakup napojów na wieczór w tym miejscu wydał się nam rozsądną decyzją. Nie wiem, czy w sobotę w Niemczech było jakieś święto, ale większość sklepów była pozamykana, na szczęście REWE przy moście było otwarte. Zakupiłem piwko dla siebie, a dla Basi białe wino na wieczór.
Teraz może parę słów o tym piwku (niezainteresowanym proponuję pominąć ten akapit). Niedobrze się zaczęło dziać i w państwie niemieckim. O tym, że nasze piwa to obecnie prawie sama chemia (do tego, aby powstawała piana stosuje się …chemiczne spieniacze) znawcy tematu dobrze wiedzą. Nam, mieszkającym przy granicy zawsze pozostaje możliwość wyskoczenia do za miedzę i zakupienia chmielowego napoju warzonego przez niemieckie browary zgodnie z Prawem o Czystości Piwa.
Niestety, unijne urzędnicze barany potrafią i to zepsuć i nawet Niemcy zaczęli się temu gdzieniegdzie poddawać, gdyż „Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w roku 1987 uchylił zakaz używania nazwy "piwo" dla napojów warzonych z dodatkami nie odpowiadającymi prawu czystości …Sąd administracyjny uznał, że czas zmienić przepisy, gdyż nie służą one ochronie zdrowia konsumentów, a ich znaczenie sprowadza się jedynie do „zachowania tradycji” (więcej w powyższym linku):
Krótko mówiąc, ponieważ z naklejek poniższych produktów zniknął napis o czystości produktu „Gebraut nach dem deutschen reinheitsgebot”, tym samym znikają one i z mojej listy zakupów:
1) Lübzer
2) Wernesgrüner
To się czuje w trakcie degustacji i nazajutrz…;(
Na szczęście nadal nie jest to powszechna praktyka, a co bardziej chciwych browarów i większość jeszcze trzyma się tradycji.
Po zakupach przejechaliśmy na mały rekonesans po centrum i skierowaliśmy się w stronę oddalonego o 3 km Krajnika Dolnego.

W tym samym czasie dostaliśmy SMS od Basi „Rudzielca”, że są już w Piasku i jadą szukać jakiegoś jeziora do kąpieli.
Doszliśmy do wniosku, że tak bardzo w tyle nie zostaliśmy.
Basia „Misiaczowa" stwierdziła, że skoro w Piasku będziemy około godziny 16:00, to warto kupić sobie w Krajniku jakieś gazetki, poleżeć i poczytać. Hehe…spróbujcie w Krajniku kupić gazetę!!! Jeździliśmy od sklepiku do sklepiku, nigdzie gazet. Wreszcie w jednym z nich Basia zapytała, gdzie te gazety są. Odpowiedź była taka:
- W Krajniku NIE SPRZEDAJE SIĘ GAZET! ;)
Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale pozostawała opcja, że przecież na stacji benzynowej to zawsze coś jest.

Stacja benzynowa w Krajniku do widoczny na zdjęciu rząd stanowisk do tankowania i …mała kanciapa z kasą, gdzie siedziała pani i stał znudzony pan. To całe wyposażenie.
Faktycznie…w Krajniku Dolnym NIE MA GAZET! ;)))
No nic, ruszyliśmy dalej drogą wiodącą na Chojnę. Upał był już solidny, sakwy obciążone, a podjazd długi i upierdliwy. Jak w górach. Skręcenie z drogi głównej na Krajnik Górny nic nie zmieniło (poza nawierzchnią na bardziej zniszczoną) - cały czas trzeba mozolnie piąć się pod górę.

Mordęga kończy się dopiero na wysokości wsi Raduń, odkąd prawie cały czas już można zjeżdżać do Piasku prawie nie pedałując. No i dobrze, bo Basia była już nieźle zmachana i od czasu do czasu trzeba było korzystać z urządzenia do wspomagania „Misiacz1972”. ;)
Wreszcie dotarliśmy do Piasku, gdzie udaliśmy się jeszcze do miejscowego sklepiku (doskonale zaopatrzony). W leśniczówce czekał już na nas pokój (bajzel w nim szybko i sprawnie sami stworzyliśmy). Poniżej kilka fotek z rekonesansu po agroturystyce.



Nasze pojazdy chwilowo zaparkowaliśmy przed wejściem. Na noc zostały zamknięte w hali.

Gospodarze mają tu ładnie urządzone tereny zielone, jest staw, ptaszarnia, kojec ze świnkami wietnamskimi (dla miłośników egzotycznej fauny).

Kiedy pod wieczór zjechała się całą drużyna, można było wybrać się na grilla.

Gospodarze przygotowali nam również drewno na ognisko. Było przykryte plandeką, za co dziękujemy, ponieważ nad Piaskiem przeszła ogromna burza.
Nam to jednak nie przeszkadzało, ponieważ siedzieliśmy w wiacie i doskonale się bawiliśmy!

Marek pilnuje mięsiwa.

Adrian się rozmarzył, a Basia kombinuje coś przy aparacie.

Jedzenie było przednie, wino znakomite, obok płonęło ognisko, humory dopisywały!
To był super dzień!!!
;)
Temperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1490 (kcal)
Swego czasu rozmawialiśmy na GG z Basią „Rudzielcem102” z forum Rowerowego Szczecina (RS), jakby to było fajnie pojechać gdzieś z ekipą na co najmniej 2 dni (nocleg, grill, piwko przed snem).
Myślałem o agroturystyce w Leśniczówce „Piasek” (klik), gdzie miałem już przyjemność gościć wcześniej w roku 2008.
No i tylko na myśleniu się u mnie tym razem skończyło…;)))
Tymczasem Basia „Rudzielec102” wzięła sprawy w swoje kierownicze ręce i pewnego dnia oznajmiła mi, że wszystko już załatwione, noclegi zarezerwowane i jedziemy! Z miłą chęcią przyłączyliśmy się do ekipy, tym bardziej, że organizacja nie była po mojej stronie i mogłem zająć się wyłącznie relaksującą jazdą do oczekującego na mnie pokoju. Dodam, że na wyjazd wybrała się również moja „osobista” Basia, po raz pierwszy z sakwami i to na spory jak na nią dystans (przypomnę, że na rowerze „na poważnie” zaczęła jeździć w marcu tego roku).
Grupa składała się z 6 osób:
1) Basia „Rudzielec102” (z RS, a czy nadal z BS? ;)))
2) Basia „Misiaczowa” (fanklub BS + RS ;)))
3) Misiacz (BS, RS)
4) Adrian „Gryf” (BS)
5) Piotrek „Bronik” (RS)
6) Marek „Emem” (RS)
Miał jeszcze jechać z nami Krzysiek „Monter61”…ale nie pojechał.
Na wstępie oznajmiliśmy, że ze względu na dość spacerowe tempo mojej Basi nie chcemy spowalniać całej grupy, w związku z czym najlepiej, jeśli spotkamy się u celu, czyli w Piasku. Chcieliśmy jednak wszyscy spotkać się na miejscu zbiórki o godzinie 8:15 pod Lidlem na Mieszka.
Tłoku nie było, bo Basia robi zdjęcie, a Emem z powodu „pracowitej” nocy nie obudził się na czas i miał dojechać osobno. ;))) Na zdjęciu Bronik, Rudzielec102 i Misiacz.
Powiedzieliśmy sobie „do zobaczenia w Piasku” i szybsza część ekipy odjechała. My z Basią snuliśmy się jak ślimaki i zanim ruszyliśmy, zawitaliśmy jeszcze do toalet na pobliskiej stacji.
Jeśli dobrze pamiętam, to tak na serio wystartowaliśmy o 8:45. Omijając główną drogę na Kołbaskowo, pojechaliśmy trasą równoległą przez Smolęcin. Upał wzrastał, droga jak sinusoida i poczuliśmy, że trzeba dokupić wody (zrobiliśmy to w Kołbaskowie, przed wjazdem do Niemiec i była to dobra decyzja…a i tak dość ciężkie sakwy zrobiły się jeszcze cięższe…;)))
Od Kołbaskowa musieliśmy niestety jechać ruchliwą drogą przez Rosówek, gdzie wjechaliśmy do Niemiec.
Na szczęście w Neurochlitz mogliśmy opuścić trasę główną i zjechaliśmy na boczną dróżkę.
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zauważyłem, że Polacy budują ścieżkę rowerową od Pargowa do granicy!!!
Zawsze trzeba było tam przedzierać się polami, a tu niespodzianka!
Jadąc dalej gładziutką asfaltówką dotarliśmy do Staffelde, gdzie w pobliżu kurhanu zrobiliśmy sobie przerwę.
Stamtąd dotarliśmy do Mescherin, a dalej pojechaliśmy ścieżką „Oder-Neisse Radweg” do Gartz, by dotrzeć do Freidrichsthal, gdzie znajduje się wiata zachęcająca do zrobienia sobie przerwy.
Z Friedrichsthal lasem dojechaliśmy do kanału prowadzącego do Schwedt.
Przejechaliśmy przez drewniany mostek, aby lewą stroną kanału dojechać do mostu w Schwedt.
Ze Schwedt do Piasku jest jakieś 15 km, więc całkiem blisko i zakup napojów na wieczór w tym miejscu wydał się nam rozsądną decyzją. Nie wiem, czy w sobotę w Niemczech było jakieś święto, ale większość sklepów była pozamykana, na szczęście REWE przy moście było otwarte. Zakupiłem piwko dla siebie, a dla Basi białe wino na wieczór.
Teraz może parę słów o tym piwku (niezainteresowanym proponuję pominąć ten akapit). Niedobrze się zaczęło dziać i w państwie niemieckim. O tym, że nasze piwa to obecnie prawie sama chemia (do tego, aby powstawała piana stosuje się …chemiczne spieniacze) znawcy tematu dobrze wiedzą. Nam, mieszkającym przy granicy zawsze pozostaje możliwość wyskoczenia do za miedzę i zakupienia chmielowego napoju warzonego przez niemieckie browary zgodnie z Prawem o Czystości Piwa.
Niestety, unijne urzędnicze barany potrafią i to zepsuć i nawet Niemcy zaczęli się temu gdzieniegdzie poddawać, gdyż „Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w roku 1987 uchylił zakaz używania nazwy "piwo" dla napojów warzonych z dodatkami nie odpowiadającymi prawu czystości …Sąd administracyjny uznał, że czas zmienić przepisy, gdyż nie służą one ochronie zdrowia konsumentów, a ich znaczenie sprowadza się jedynie do „zachowania tradycji” (więcej w powyższym linku):
Krótko mówiąc, ponieważ z naklejek poniższych produktów zniknął napis o czystości produktu „Gebraut nach dem deutschen reinheitsgebot”, tym samym znikają one i z mojej listy zakupów:
1) Lübzer
2) Wernesgrüner
To się czuje w trakcie degustacji i nazajutrz…;(
Na szczęście nadal nie jest to powszechna praktyka, a co bardziej chciwych browarów i większość jeszcze trzyma się tradycji.
Po zakupach przejechaliśmy na mały rekonesans po centrum i skierowaliśmy się w stronę oddalonego o 3 km Krajnika Dolnego.
W tym samym czasie dostaliśmy SMS od Basi „Rudzielca”, że są już w Piasku i jadą szukać jakiegoś jeziora do kąpieli.
Doszliśmy do wniosku, że tak bardzo w tyle nie zostaliśmy.
Basia „Misiaczowa" stwierdziła, że skoro w Piasku będziemy około godziny 16:00, to warto kupić sobie w Krajniku jakieś gazetki, poleżeć i poczytać. Hehe…spróbujcie w Krajniku kupić gazetę!!! Jeździliśmy od sklepiku do sklepiku, nigdzie gazet. Wreszcie w jednym z nich Basia zapytała, gdzie te gazety są. Odpowiedź była taka:
- W Krajniku NIE SPRZEDAJE SIĘ GAZET! ;)
Nie mogliśmy w to uwierzyć, ale pozostawała opcja, że przecież na stacji benzynowej to zawsze coś jest.
Stacja benzynowa w Krajniku do widoczny na zdjęciu rząd stanowisk do tankowania i …mała kanciapa z kasą, gdzie siedziała pani i stał znudzony pan. To całe wyposażenie.
Faktycznie…w Krajniku Dolnym NIE MA GAZET! ;)))
No nic, ruszyliśmy dalej drogą wiodącą na Chojnę. Upał był już solidny, sakwy obciążone, a podjazd długi i upierdliwy. Jak w górach. Skręcenie z drogi głównej na Krajnik Górny nic nie zmieniło (poza nawierzchnią na bardziej zniszczoną) - cały czas trzeba mozolnie piąć się pod górę.
Mordęga kończy się dopiero na wysokości wsi Raduń, odkąd prawie cały czas już można zjeżdżać do Piasku prawie nie pedałując. No i dobrze, bo Basia była już nieźle zmachana i od czasu do czasu trzeba było korzystać z urządzenia do wspomagania „Misiacz1972”. ;)
Wreszcie dotarliśmy do Piasku, gdzie udaliśmy się jeszcze do miejscowego sklepiku (doskonale zaopatrzony). W leśniczówce czekał już na nas pokój (bajzel w nim szybko i sprawnie sami stworzyliśmy). Poniżej kilka fotek z rekonesansu po agroturystyce.
Nasze pojazdy chwilowo zaparkowaliśmy przed wejściem. Na noc zostały zamknięte w hali.
Gospodarze mają tu ładnie urządzone tereny zielone, jest staw, ptaszarnia, kojec ze świnkami wietnamskimi (dla miłośników egzotycznej fauny).
Kiedy pod wieczór zjechała się całą drużyna, można było wybrać się na grilla.
Gospodarze przygotowali nam również drewno na ognisko. Było przykryte plandeką, za co dziękujemy, ponieważ nad Piaskiem przeszła ogromna burza.
Nam to jednak nie przeszkadzało, ponieważ siedzieliśmy w wiacie i doskonale się bawiliśmy!
Marek pilnuje mięsiwa.
Adrian się rozmarzył, a Basia kombinuje coś przy aparacie.
Jedzenie było przednie, wino znakomite, obok płonęło ognisko, humory dopisywały!
To był super dzień!!!
;)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
75.49 km (2.00 km teren), czas: 04:51 h, avg:15.56 km/h,
prędkość maks: 41.60 km/hTemperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1490 (kcal)
Prawie 100 tuż przed kolacją! ;)))
Wtorek, 5 lipca 2011 | dodano: 06.07.2011Kategoria Wypadziki do Niemiec, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Szczecin i okolice
Wycieczka turystyczna na pewno to nie była. No, ale po kolei…
W środku dnia Odysseus zagadnął mnie na GG, czy miałbym chęć o 17:00 ruszyć z Głębokiego na przedwieczorną przejażdżkę. Węsząc podstęp, zapytałem co rozumie pod pojęciem „przejażdżka”, no i okazało się, że ma to być „przejażdżka” na dystansie blisko 100 km! ;) O godzinie 17:00.
Jadąc na miejsce spotkania na Głębokim czułem całkowity brak formy, wczoraj nieco cisnąłem wracając z wycieczki z Tunisławą i dziś to czułem. Zmuszałem nogi do kręcenia siłą woli, a w głowie już miałem plan, że przywitam się z Odysseusem, wytłumaczę się i najkrótszą drogą wracam do domu, żeby zalec na kanapie.
Marek był nieco zdziwiony, więc koniec końców stanęło na tym, że sprawdzimy, czy choć do Pilichowa doczłapię.
Doczłapałem i… od tego momentu prędkość oscylowała już przez prawie cały czas w granicach 27-30 km/h. Ładna mi przejażdżka! ;)
Jadąc ścieżką rowerową, skręciliśmy na Bartoszewo, skąd bardzo szybko dojechaliśmy do Dobrej. Tam Markowi zajechała drogę jakaś kretynka, ale tak gnaliśmy, że tylko popukałem się ostentacyjnie w kask i pomknęliśmy dalej do Buku. Za Bukiem wjechaliśmy do Niemiec, do Blankensee, a następnie dotarliśmy do Pampow.
Przyznaję, że pod górkę za Pampow nigdy nie wjeżdżałem z prędkością 25 km/h. Dziś wjeżdżałem.
W Gruenhof skręciliśmy na drogę do Glasshuette, a z niej na Borken, po czym zasuwając cały czas dojechaliśmy do Koblentz. Na liczniku było ponad 52 km i wydawało się, że warto wreszcie zrobić pierwszy postój i przerwę na jakieś jedzenie, picie i może wreszcie jakąś fotkę? ;)))

Nawet weszliśmy na pomost na jeziorze. ;))) Cóż za poświęcenie! ;)

Wspólna fotka.

Przerwa minęła, można było znów „drzeć gumy”. Przez Breitenstein, Rothenklempenow i Mewegen dotarliśmy do Blankensee w tempie zupełnie mi do tej pory nieznanym. Przed Rothenklempenow Odysseus rozbujał się do blisko 45 km/h i nie pozostało nic innego, jak zrobić to samo. To Ci Cyborg!
Na dodatek mało pali na 100 km. Przez całą wycieczkę wypił może raptem jeden bidon wody 0,7 litra. Ja jestem bardziej paliwożerny i wciągam 2,7 l / 100 km. Z tego też powodu musiałem w Blankensee dotankować bidony ze zbiorników rezerwowych. Dało to też okazję do wykonania fotki.

Fotki wykonane przez Odysseusa:


Z Blankensee pomknęliśmy do Bismark, w okolicach którego była też Basia z RS (Rudzielec 102) i widziała podejrzaną czerwono-niebieską smugę …Basiu, to my przemknęliśmy! ;)))
Granicę przekroczyliśmy w Linken, a w Dołujach Marek odłączył się i pojechał na Wąwelnicę, ja zaś przez Stobno i Mierzyn wróciłem do domu.
Wyjechaliśmy z Głębokiego o 17:00, w domu byłem pięć minut przed 21:00.
Nawet nieźle się czułem. ;)))
Temperatura:21.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2186 (kcal)
W środku dnia Odysseus zagadnął mnie na GG, czy miałbym chęć o 17:00 ruszyć z Głębokiego na przedwieczorną przejażdżkę. Węsząc podstęp, zapytałem co rozumie pod pojęciem „przejażdżka”, no i okazało się, że ma to być „przejażdżka” na dystansie blisko 100 km! ;) O godzinie 17:00.
Jadąc na miejsce spotkania na Głębokim czułem całkowity brak formy, wczoraj nieco cisnąłem wracając z wycieczki z Tunisławą i dziś to czułem. Zmuszałem nogi do kręcenia siłą woli, a w głowie już miałem plan, że przywitam się z Odysseusem, wytłumaczę się i najkrótszą drogą wracam do domu, żeby zalec na kanapie.
Marek był nieco zdziwiony, więc koniec końców stanęło na tym, że sprawdzimy, czy choć do Pilichowa doczłapię.
Doczłapałem i… od tego momentu prędkość oscylowała już przez prawie cały czas w granicach 27-30 km/h. Ładna mi przejażdżka! ;)
Jadąc ścieżką rowerową, skręciliśmy na Bartoszewo, skąd bardzo szybko dojechaliśmy do Dobrej. Tam Markowi zajechała drogę jakaś kretynka, ale tak gnaliśmy, że tylko popukałem się ostentacyjnie w kask i pomknęliśmy dalej do Buku. Za Bukiem wjechaliśmy do Niemiec, do Blankensee, a następnie dotarliśmy do Pampow.
Przyznaję, że pod górkę za Pampow nigdy nie wjeżdżałem z prędkością 25 km/h. Dziś wjeżdżałem.
W Gruenhof skręciliśmy na drogę do Glasshuette, a z niej na Borken, po czym zasuwając cały czas dojechaliśmy do Koblentz. Na liczniku było ponad 52 km i wydawało się, że warto wreszcie zrobić pierwszy postój i przerwę na jakieś jedzenie, picie i może wreszcie jakąś fotkę? ;)))

Odysseus robi.........................zdjęcie ;)© Misiacz
Nawet weszliśmy na pomost na jeziorze. ;))) Cóż za poświęcenie! ;)

Nad jeziorem w Koblentz 1.© Misiacz
Wspólna fotka.

Nad jeziorem w Koblentz 2.© Misiacz
Przerwa minęła, można było znów „drzeć gumy”. Przez Breitenstein, Rothenklempenow i Mewegen dotarliśmy do Blankensee w tempie zupełnie mi do tej pory nieznanym. Przed Rothenklempenow Odysseus rozbujał się do blisko 45 km/h i nie pozostało nic innego, jak zrobić to samo. To Ci Cyborg!
Na dodatek mało pali na 100 km. Przez całą wycieczkę wypił może raptem jeden bidon wody 0,7 litra. Ja jestem bardziej paliwożerny i wciągam 2,7 l / 100 km. Z tego też powodu musiałem w Blankensee dotankować bidony ze zbiorników rezerwowych. Dało to też okazję do wykonania fotki.

Odysseus w Blankensee.© Misiacz
Fotki wykonane przez Odysseusa:

Misiacz ssie................. bidon ;)© Odysseus

Misiacz i Odysseus w Blankensee© Odysseus
Z Blankensee pomknęliśmy do Bismark, w okolicach którego była też Basia z RS (Rudzielec 102) i widziała podejrzaną czerwono-niebieską smugę …Basiu, to my przemknęliśmy! ;)))
Granicę przekroczyliśmy w Linken, a w Dołujach Marek odłączył się i pojechał na Wąwelnicę, ja zaś przez Stobno i Mierzyn wróciłem do domu.
Wyjechaliśmy z Głębokiego o 17:00, w domu byłem pięć minut przed 21:00.
Nawet nieźle się czułem. ;)))
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
95.26 km (0.00 km teren), czas: 03:51 h, avg:24.74 km/h,
prędkość maks: 47.00 km/hTemperatura:21.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2186 (kcal)
Z Tunisławą do Damitzow...
Poniedziałek, 4 lipca 2011 | dodano: 04.07.2011Kategoria Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Wypadziki do Niemiec
Dziś zgadałem się z Tunisławą na pierwszy wspólny wypad. Znam prawie wszystkie „dziury w płocie” do Niemiec, ale nie znałem jeszcze trasy od Kołbaskowa do Pomellen. Tunisława już tamtędy jeździła, więc miała być dziś moim przewodnikiem. Pod granicę jechało się super, wiatr w plecy i 30 km/h nie stanowiło problemu.
U Tunisławy zaskoczyło mnie wyjątkowo serdeczne przyjęcie! ;)))

Tak na serio, to przywitany zostałem kawą i ciastem! Posiedzieliśmy nieco w altance ogrodowej, porozmawialiśmy, ja posłuchałem…i ruszyliśmy niespiesznie w trasę.

Droga, którą chciałem poznać to droga skręcająca w lewo za przejazdem kolejowym w Kołbaskowie.
To szutrówka prowadząca do Pomellen, gdzie znajduje się kopalnia żwiru, stąd często można napotkać tam wielkie ciężarówki z urobkiem.

Dobrze, że w nocy popadało, bo podobno strasznie się na niej kurzy. Deszcz pozostawił jednak po sobie pamiątki w postaci dość grząskich, błotnistych odcinków.
Już po stronie niemieckiej droga przechodzi w brukówkę.
Z Pomellen pojechaliśmy w stronę Radekow trasą, której również nie znałem. W Radekow skręciliśmy w drogę prowadzącą do Damitzow, gdzie również byłem pierwszy raz (a byłem przekonany, że rejon przygraniczny mam spenetrowany do cna). Do Damitzow dojeżdża się drogą z niezbyt równych płyt (ale nic strasznego).


Sama wioska wygląda tak, jakby za czasów DDR zapomniał o niej Erich Honecker, a obecnie Angela Merkel, Bóg, dobre skrzaty i kto tam jeszcze może o niej zapomnieć. ;))) Ma ona jednak swój niepowtarzalny klimat miejsca leżącego zupełnie na uboczu.

W Damitzow znajduje się malownicze jezioro Schloßsee (j. Zamkowe), wokół którego wiedzie ścieżka spacerowa.


Na jeziorze tym znajduje się Wyspa Zamkowa, na którą można dostać się mostkiem.


Poszukiwania rzekomego zamku nie dały rezultatu, być może marnie szukaliśmy, być może są to tylko resztki gdzieś w zaroślach, a być może nazwa jest tylko historyczna, na pamiątkę zamku, który tam może był (kto wie, niech pisze w komentarzach). Pozostały tam słupy latarni, jakaś opuszczona wiata i bardzo wiekowy dąb.

Dojechaliśmy do drugiej strony wyspy, gdzie cyknąłem jeszcze fotkę i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Przez Radekow pojechaliśmy tym razem do Nadrensee, a stamtąd do Neuenfeld. Tam – jak widać – każde z nas pojechało w swoją stronę, Tunisława przez Pomellen, ja zaś przez Ladenthin i Warnik do Stobna, gdzie miałem kupić część samochodową (której nie udało mi się dostać, za to godzinkę pogawędziłem z szefem firmy – też ma rowerek KTM).

Forma jakoś dziś była, więc znów jakoś tak samo 30 km/h z licznika prawie nie schodziło.
Temperatura:22.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1268 (kcal)
U Tunisławy zaskoczyło mnie wyjątkowo serdeczne przyjęcie! ;)))

Gorące powitanie u Tunisławy...kawą i ciastem tak naprawdę. ;)))© Misiacz
Tak na serio, to przywitany zostałem kawą i ciastem! Posiedzieliśmy nieco w altance ogrodowej, porozmawialiśmy, ja posłuchałem…i ruszyliśmy niespiesznie w trasę.
Droga, którą chciałem poznać to droga skręcająca w lewo za przejazdem kolejowym w Kołbaskowie.
To szutrówka prowadząca do Pomellen, gdzie znajduje się kopalnia żwiru, stąd często można napotkać tam wielkie ciężarówki z urobkiem.
Dobrze, że w nocy popadało, bo podobno strasznie się na niej kurzy. Deszcz pozostawił jednak po sobie pamiątki w postaci dość grząskich, błotnistych odcinków.
Już po stronie niemieckiej droga przechodzi w brukówkę.
Z Pomellen pojechaliśmy w stronę Radekow trasą, której również nie znałem. W Radekow skręciliśmy w drogę prowadzącą do Damitzow, gdzie również byłem pierwszy raz (a byłem przekonany, że rejon przygraniczny mam spenetrowany do cna). Do Damitzow dojeżdża się drogą z niezbyt równych płyt (ale nic strasznego).
Sama wioska wygląda tak, jakby za czasów DDR zapomniał o niej Erich Honecker, a obecnie Angela Merkel, Bóg, dobre skrzaty i kto tam jeszcze może o niej zapomnieć. ;))) Ma ona jednak swój niepowtarzalny klimat miejsca leżącego zupełnie na uboczu.
W Damitzow znajduje się malownicze jezioro Schloßsee (j. Zamkowe), wokół którego wiedzie ścieżka spacerowa.
Na jeziorze tym znajduje się Wyspa Zamkowa, na którą można dostać się mostkiem.
Poszukiwania rzekomego zamku nie dały rezultatu, być może marnie szukaliśmy, być może są to tylko resztki gdzieś w zaroślach, a być może nazwa jest tylko historyczna, na pamiątkę zamku, który tam może był (kto wie, niech pisze w komentarzach). Pozostały tam słupy latarni, jakaś opuszczona wiata i bardzo wiekowy dąb.
Dojechaliśmy do drugiej strony wyspy, gdzie cyknąłem jeszcze fotkę i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Przez Radekow pojechaliśmy tym razem do Nadrensee, a stamtąd do Neuenfeld. Tam – jak widać – każde z nas pojechało w swoją stronę, Tunisława przez Pomellen, ja zaś przez Ladenthin i Warnik do Stobna, gdzie miałem kupić część samochodową (której nie udało mi się dostać, za to godzinkę pogawędziłem z szefem firmy – też ma rowerek KTM).
Forma jakoś dziś była, więc znów jakoś tak samo 30 km/h z licznika prawie nie schodziło.
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
57.86 km (4.00 km teren), czas: 02:51 h, avg:20.30 km/h,
prędkość maks: 45.00 km/hTemperatura:22.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1268 (kcal)























