- Kategorie:
- Archiwalne wyprawy.5
- Drawieński Park Narodowy.29
- Francja.9
- Holandia 2014.6
- Karkonosze 2008.4
- Kresy wschodnie 2008.10
- Mazury na rowerze teściowej.19
- Mazury-Suwalszczyzna 2014.4
- Mecklemburgische Seenplatte.12
- Po Polsce.54
- Rekordy Misiacza (pow. 200 km).13
- Rowery Europy.15
- Rugia 2011.15
- Rugia od 2010....31
- Spreewald (Kraina Ogórka).4
- Szczecin i okolice.1382
- Szczecińskie Rajdy BS i RS.212
- U przyjaciół ....46
- Wypadziki do Niemiec.323
- Wyprawa na spływ tratwami 2008.4
- Wyprawa Oder-Neisse Radweg 2012.7
- Wyprawy na Wyspę Uznam.12
- Z Basią....230
- Z cyborgami z TC TEAM :))).34
Wyspa Rugia na rowerze. DZIEŃ 2.
Piątek, 3 czerwca 2011 | dodano: 12.06.2011Kategoria Rugia 2011, Rugia od 2010..., Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Nastał pierwszy poranek na urlopie, byliśmy w domku w Stahlbrode i jakoś nie chciało mi się wyjeżdżać. Potem okazało się, że mogliśmy jeszcze zostać i Misiacz może mieć coś takiego jak intuicja. Zwinęliśmy się jednak z domku, bo czekała na nas Rugia i camping Drewoldke, który znam z poprzedniej wyprawy z Danielem, a który według relacji na forach internetowych zasługuje na miano campingu przyzwoitego, jako jeden z niewielu na Rugii. Po drodze zrobiliśmy spore zakupy w Realu w Stralsundzie, w tym zapas „Stralsundera” i „Stoertebekera”, bo z tego co pamiętałem, w okolicach Drewoldke nie było żadnego sensownego sklepu, w zasadzie to żadnego (teraz już jest, Netto i Getraenke Land w Altenkirchen, 2 km od campingu).
Przemieściliśmy się samochodem o około 90 km w pobliże Kap Arkona. Po wjeździe na camping zaskoczenie! Jeszcze nie sezon, a pełno namiotów, samochodów…okazało się, że wschodni Niemcy mają święto Herrentag i spędzają je masowo w plenerze.
Jednak najbardziej wku…wiło mnie to, że w środku tzw. „niskiego sezonu” camping Drewoldke wymyślił sobie, że 3 dni weekendu Herrentag będą…”wysokim sezonem”. Co to oznaczało? Ano to, że jak mieliśmy normalnie za rozbicie namiotu, 2 osoby i samochód za dobę zapłacić ok. 13 EUR, tak teraz za dwie noce weekendu skasowano nas ponad 100% więcej, bo aż 27 EUR za dobę! Za namiot!!! Byłem zły, bo przecież za domek z wygodami, gdzie prysznice były gratis płaciliśmy raptem 3 EUR więcej. ://// Moje niezadowolenie pogłębiał fakt, że musiałem wykupić kartę magnetyczną na prysznice za 5 EUR, co miało rzekomo starczyć na 20 minut kąpieli, a starczało na 10 minut, bo najwyraźniej w ten weekend woda też naliczana była podwójnie. Zrobiliśmy „interes życia”, no ale z drugiej strony skąd mogłem wiedzieć, że coś takiego wymyślą na weekend. Na szczęście od poniedziałku naliczanie szło już normalnie po 13 EUR. Zresztą, trudno znaleźć bardziej zadbany i dobrze urządzony camping na Rugii, a ten dodatkowo położony jest na wydmach wśród sosen, z widokiem na morze i klify Kap Arkona, a ponadto okoliczne tereny były celem naszych wypraw.
Kiedy już rozstawiliśmy się z namiotem i całym majdanem w zasadzie w jedynym jeszcze dostępnym z sensownych miejsc, zdjąłem z dachu rowery i udaliśmy się na kolejną wycieczkę, spokojną, ale niesamowicie klimatyczną i dostarczającą niezapomnianych wrażeń. Z Drewoldkie skierowaliśmy się idealnie gładką drogą z płyt do miejscowości Goor.
Trasą tą jechaliśmy już w tym roku na jednodniowym marcowym wypadzie z Atheną, Odysseusem, Monterem61 i Dornfeldem (no prawie, bo on się gdzieś nam tam odłączył po drodze ;))). Po drodze minęliśmy kamienną budowlę megalityczną, która według jednych badaczy jest rodzajem grobowca, według innych miejscem kultu, a jeszcze inni sądzą, że są to swego rodzaju „godła plemienne”. Mi najbardziej pasuje opcja miejsca kultu, bo zwiedzając nie lubię deptać kości zmarłych, nawet jeśli zostali tam pochowani 600 lat przed naszą erą.
Dalej ścieżka prowadzi malowniczymi terenami nad brzegiem morza do rybackiej wioseczki Vitt, która w dużej części wygląda tak, jak wyglądała zapewne w 19 wieku. Wciąż jest zamieszkana przez aktywnie działających rybaków, stoją tam chaty kryte strzechą (zresztą, to tradycyjny sposób krycia dachów na Rugii, nawet w obecnie budowanych domach), są też sklepiki i knajpki, bo miejscowość często najeżdżana jest przez tabuny turystów (no i my też najechaliśmy z Basią wioseczkę).
Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić bułeczek z rybką Fischbroetchen. ;)

Widok na Kap Arkona. Rugia.© Misiacz
Z Vitt ostrym szutrowym podjazdem dostaliśmy się w okolice kaplicy w Vitt, skąd wzdłuż klifowego urwiska pojechaliśmy na przylądek Kap Arkona, najświętsze miejsce słowiańskiego plemienia Ranów, gdzie stała świątynia Svantevita (tudzież Światowida lub Świętowita jak twierdzą inni), która została zniszczona w imię miłości bliźniego przez chrystianizacyjną krucjatę Duńczyków w roku 1168.
Więcej TUTAJ. Mimo starań biskupów, według mnie miejsce to do dziś nie straciło swojej magii. Można nawet „podładować akumulatory” swoje i rowerowe w starosłowiańskiej stacji uzupełniania mocy. ;)))
Z Kap Arkona pojechaliśmy do wioski Puttgarten, zamkniętej dla samochodów (nie dotyczy gości pensjonatów i mieszkańców), pełnej malowniczych domków krytych strzechą, jednak bardziej już nastawioną na przyjmowanie turystów niż Vitt. Stamtąd przez Noblin dotarliśmy do Altenkirchen, gdzie zwiedziliśmy kościół, którego budowę rozpoczęto przypuszczalnie już w 1185 roku. Pod załączonym powyżeli linkiem można przeczytać więcej o kościele jak i o samej miejscowości (widać też, ile państw „zarządzało” Rugią na przestrzeni dziejów).
Pokręciliśmy się troszkę po miejscowości, znaleźliśmy nowo wybudowany kompleks handlowy, gdzie mogliśmy robić zakupy.
Natknąłem się tam na kontenerowego McDonalda! ;)))
Potem wróciliśmy na camping i „ułożyliśmy rowerki do snu”. ;)
Przyszedł czas na wieczorny relaks i lenistwo na campingu, który spędziliśmy rozparci w krzesełkach przed namiotem, ze świeczką na stoliku, kolacją na talerzach i napojami w dłoni. ;)))
UŁATWIENIE DLA CZYTELNIKA – KLIKNIJ PONIŻEJ, ABY PRZEJŚĆ DO WYBRANEGO DNIA:
DZIEŃ 1 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 2 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 3 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 4 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 5 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 6 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 7 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 8 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 9 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 10 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 11 (KLIKNIJ)
CAŁOŚĆ WYJAZDU RUGIA 2011 (KLIKNIJ)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
21.85 km (10.10 km teren), czas: 01:36 h, avg:13.66 km/h,
prędkość maks: 38.00 km/hTemperatura:19.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 463 (kcal)
Wyspa Rugia na rowerze. DZIEŃ 1.
Czwartek, 2 czerwca 2011 | dodano: 11.06.2011Kategoria Rugia od 2010..., Wypadziki do Niemiec, Rugia 2011, Z Basią...
Z różnych przyczyn tegoroczny urlop nie był objazdowym krążeniem z namiotem po Europie, ale jedną z najważniejszych przyczyn było to, że Basia…załapała bakcyla cyklozy (do tej pory nie chciała w ogóle jeździć) i zaproponowała, aby tegoroczny urlop miał formę rowerową!!! ;) Początkowo istniała nawet opcja pełnej wyprawy z sakwami już od Szczecina i powrotu w ten sam sposób, ale ze względu na ograniczenia czasowe i ogromną ilość tras na Rugii do zwiedzenia zmieniliśmy taktykę. Nie chciałem również na samym początku zniechęcić Basi do tego typu spędzania urlopów. Kto wie, może doczekam się „pełnowymiarowej” wyprawy z sakwami z Basią?
Zakupiliśmy zawczasu samochodowy bagażnik na rowery (było z tym nieco zamętu), wrzuciliśmy namiot, zapakowaliśmy samochód sprzętem biwakowym i czwartkowego przedpołudnia po godzinie 10:30 ruszyliśmy najkrótszą trasą w stronę Stahlbrode.
Jest to miejscowość przed Stralsundem, w której biwakowałem swego czasu z Danielem na wyprawie sakwaiarskiej w tamtejsze rejony i na Rugię. Nie jest to jeszcze Rugia (no, prawie), ale chcieliśmy jeszcze przed wjazdem na wyspę zobaczyć Stralsund z siodełka roweru i zajechać na nasze ulubione bułeczki rybne Fischbroetchen.
Samochodem spokojnie pojechaliśmy przez Pasewalk i Anklam (odpuściłem sobie autostradę, z rowerami na dachu i tak nie pognam), a w Stahlbrode byliśmy około godziny 13:00. Wyjątkowo tym razem nie rozbijaliśmy namiotu, a wynajęliśmy domek. Niemcy mają dość dziwne elementy służące podbijaniu ceny, bo sam koszt wynajęcia domku jest jeszcze do przyjęcia (30 EUR za domek 3-osobowy na dobę), natomiast istnieje tam dziwny zwyczaj doliczania opłaty za tzw. Endreinigung, czyli sprzątanie po wyjeździe gości (25 EUR) – zawsze wydawało mi się, że sprzątanie po gościach jest rzeczą naturalną i cena to uwzględnia…ale nie w Niemczech. Jako, że ostatnio z Danielem nie naliczano nam takiej opłaty, więc przypomniałem o tym gospodarzom i stanęło, że płacimy 30 EUR bez dodatkowych 25 EUR za zamiatanie i bez 2 EUR za postój samochodu. Dobrze, że na tym campingu za prysznice nie trzeba było płacić, bo na większości niemieckich campingów istnieje dziwaczny i stresujący zwyczaj naliczania opłat (kupuje się kartę lub wrzuca monety), z czym nie zetknąłem się jeszcze na żadnym europejskim campingu, a byłem na dziesiątkach z nich - za każdą minutę płynięcia wody z prysznica bije licznik, co widać na ekraniku (około 25-30 centów za minutę, czyli 1 zł do 1,20 zł za minutę kąpieli…jeśli ktoś lubi relaksować się pod prysznicem z 10 minut, koszt wyniesie od 10-12 zł za pluskanie).
Po rozpakowaniu się wypiliśmy kawkę, wciągnęliśmy po kanapce i wskoczyliśmy na rowery.
Doskonałą ścieżką rowerową dojechaliśmy do miejscowości Reinberg, gdzie wjechaliśmy na zabytkową drogę „Hansa Route”, wykonaną z drobnej kosteczki i biegnącej równolegle do asfaltowej szosy. Mimo kostki (drobna, więc znośna) jest to niesamowicie malownicza trasa biegnąca w tunelu drzew (tam takie drogi się pielęgnuje i reklamuje jako atrakcję turystyczną, a nie wycina drzewa w pień jak w Polsce), gdzie w szczelinach pomiędzy kostkami rośnie sobie trawka i mech, przez co nawierzchnia widziana pod kątem wydaje się całkowicie zielona. Po ustawieniu zawieszenia w rowerkach ma mięciutkie jedzie się tą drogą znakomicie.
Minęliśmy Brandshagen i po pewnym czasie dotoczyliśmy się do granic Stralsundu, gdzie początkowo trasa biegła asfaltem, a potem ścieżką z kostki typu „Polbruk” (tak, tak, nie tylko u nas się to stosuje, nawet Niemcom się to zdarza całkiem często). Po drodze zatrzymaliśmy się przed zabytkowym browarem „Stralsunder”, gdzie na pokuszenie wodziła mnie browarniana knajpka sprzedająca świeżutkiego "Stralsundera" i "Stoertebekera"...niestety, nie dane mi było zakosztować złocistego napoju prosto z kadzi, ale obiecałem sobie zakupić go w postaci butelkowanej. ;)
W Stralsundzie trafiliśmy na festyn morski, przypominający nieco nasze Dni Morza (znalazła się nawet jedna podpita grupka małolatów, podobnie jak u nas, z tym że była to JEDNA grupka a nie kilkadziesiąt nachlanych tabunów szczyli). Posnuliśmy się najpierw wśród zabytków, których jest tam bez liku (biker Dornfeld stwierdził swego czasu po zwiedzeniu Stralsundu, że Kraków jest przereklamowany;))). Jeśli chodzi o zabytki, to natknęliśmy się również na zabytkowy motocykl, pieczołowicie odrestaurowaną czechosłowacką „Jawę”. ;)
Kilka fotek z zabytkami Stralsundu i zabytkowym Misiaczem ;).

Stralsund. Starówka.© Misiacz
Nie mogłem sobie również odmówić przywitania z rodziną. ;)
Pokręciliśmy się po porcie, gdzie ze szwedzkiego żaglowca dostałem zaproszenie na piwo (wisiał tam nawet karton z napisem PIWO - po polsku i w innych językach). Kiedy kręciłem film, podchmielony szwedzki pirat zaczął mnie podejrzewać, że jestem z POLIZEI, co słychać na filmie ;))) Ponownie nie mogłem skorzystać z możliwości napicia się piwka. ;(((
Nic to, bo obok z kutra sprzedawano nasze ulubione bułeczki rybne Fischbroetchen, pomorski specjał składający się z bułki, sałaty, śledzia Bismarck i świeżej cebuli, przynajmniej w wersji podstawowej. My wybraliśmy opcję z rybką Butterfisch. Coś pysznego!!!
Po posileniu się ruszyliśmy w kierunku mostu wiodącego na Rugię. Samochody jeżdżą po widocznym na zdjęciu moście wiszącym, my zaś przejechaliśmy starym mostem zwodzonym, obecnie w remoncie.
Po wjechaniu na wyspę skierowaliśmy się w stronę miejscowości Gustow, początkowo szosą, potem ścieżką szutrową, których jest tu dużo. Nie dziwcie się, Rugia rządzi się nieco innymi prawami, w końcu w żyłach Rugijczyków płynie duża domieszka słowiańskiej krwi – więcej TUTAJ, nie chodzi tylko o ścieżki rowerowe, często to było widać po braku szacunku dla życia i zdrowia rowerzystów w porównaniu z kierowcami z innych landów z głębi Niemiec…o co chodzi w tej Słowiańszczyźnie?. Pędzą, wyprzedzają „na gazetę”, wymuszają…normalnie jak w Polsce…genetycznie to w znacznej części Słowianie, tyle, że gadają po niemiecku. Z kolei germańskie geny ujawniają się w postaci schludnych i czystych obejść, braku śmieci na poboczach i w lasach. Ot, taki mix genetyczny…Rugia była najeżdżana przez wiele nacji. Wiele nazw miejscowości do dziś zdradza swe słowiańskie pochodzenie w postaci końcówki –itz, np. Glewitz, co po słowiańsku zapewne brzmiałoby Glewice.
Minąwszy miejscowość Poseritz wjechaliśmy w okolicach Puddemin na znakomitą ścieżkę asfaltową, którą dojechaliśmy do skrzyżowania z drogą Gartz – Glewitz. W Glewitz znajduje się przeprawa promowa, z której promy pływają bezpośrednio do Stahlbrode, czyli miejscowości, gdzie mieszkaliśmy. Wzdłuż tej trasy ścieżka dopiero powstaje, więc jechaliśmy szosą, przejeżdżając po drodze przez miejscowość Zudar.
W budce-kasie przy przeprawie zakupiliśmy bilet na dwa rowery i dwie osoby, który kosztował nas 4,50 EUR. Sama przeprawa to moment, bo cieśnina Strelasund w tym miejscu jest naprawdę bardzo wąska.
Na camping dotarliśmy o godzinie 19:00. Przyznaję, że Basia spisała się dzielnie, a jest osobą, która dopiero zaczyna na poważnie jeździć. Na koniec wyprawy zaskoczyła mnie jeszcze bardziej, ale o tym w ostatnim odcinku relacji…;)
Na miejscu przyszedł czas na wieczorny relaks – już nic nie stało na przeszkodzie, by na werandzie otworzyć piwko. ;)
Poniżej jeszcze kilka zdjęć naszego domku, zarówno z zewnątrz jak i w środku oraz ujęcia z następnego dnia na sam camping. Wspaniały dzień!
Film z pierwszego dnia wyprawy:
UŁATWIENIE DLA CZYTELNIKA – KLIKNIJ PONIŻEJ, ABY PRZEJŚĆ DO WYBRANEGO DNIA:
DZIEŃ 1 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 2 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 3 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 4 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 5 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 6 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 7 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 8 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 9 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 10 (KLIKNIJ)
DZIEŃ 11 (KLIKNIJ)
CAŁOŚĆ WYJAZDU RUGIA 2011 (KLIKNIJ)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
50.10 km (6.00 km teren), czas: 03:14 h, avg:15.49 km/h,
prędkość maks: 40.00 km/hTemperatura:22.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1001 (kcal)
Przygotowania do wyjazdu na Rugię.
Wtorek, 31 maja 2011 | dodano: 31.05.2011Kategoria Rugia od 2010..., Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec
Przygotowania do wypadu na Rugię. Przyszło mi jednak zmienić opony, bo zaczął już z nich wyłazić oplot, ale skoro ze mną przejechały blisko 14.000 km, w tym wyprawę na Suwalszczyznę, gdzie jeździłem z pełnym ekwipunkiem głównie po szutrach, to chyba miały prawo się zacząć rozwalać. Przednia jeszcze by dała radę, ale wolałem zmienić od razu komplet. Przez ten okres złapałem tylko 2 gumy, jedną z przodu, drugą z tyłu (za to obie dwudziurkowe).
Nawet tylna jeszcze ciągnie, w sobotę troszkę się bałem, ale pojechałem na blisko 150 km do wioski Wkrzan w Torgelow i wciąż żywa! ;)))
Schwalbe nie zawiodły mnie, więc kupiłem je ponownie, mam nadzieję, że też tyle posłużą.
Dętka Panracer zaskoczyła mnie tym, że producentem jest...Panasonic. Nawet nie wiedziałem. No to już wiem. :)))


Światowid vel Svantevit już czeka! ;)))
Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Nawet tylna jeszcze ciągnie, w sobotę troszkę się bałem, ale pojechałem na blisko 150 km do wioski Wkrzan w Torgelow i wciąż żywa! ;)))
Schwalbe nie zawiodły mnie, więc kupiłem je ponownie, mam nadzieję, że też tyle posłużą.
Dętka Panracer zaskoczyła mnie tym, że producentem jest...Panasonic. Nawet nie wiedziałem. No to już wiem. :)))

Nowiutkie Schwalbe Marathon 700x35C.© Misiacz

Opnka założona, teraz tylko napompować na beton.© Misiacz
Światowid vel Svantevit już czeka! ;)))

Światowid na Rugii. Kap Arkona.© Misiacz
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
0.00 km (0.60 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
I znowu na Fischbrötchen :)))
Niedziela, 29 maja 2011 | dodano: 30.05.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec
Po wczorajszej wizycie w wiosce słowiańskich Wkrzan w Torgelow (D) w 10-osobowej szybkiej ekipie Bikestats, dziś przyszedł czas na relaks z Basią, spokojne ścieżki w Niemczech, obowiązkową bułkę Fischbrötchen i izotonicznego, bezalkoholowego Lubzera.
Najpierw jednak trzeba było przetestować nowy bagażnik dachowy.
Ponieważ po dojechaniu do celu okazało się, że rowery nadal są na dachu, oznacza to, że jak na razie bagażnik spisuje się dobrze. ;)


Dalsza trasa wiodła tym samym szlakiem, co ostatnio, wzdłuż Neuwarper See.


Powoli tocząc się dotarliśmy do celu.
Podjechaliśmy pod kościół, a potem na przystań.

Przyszedł czas na Fischbrötchen i bezalkoholowego, izotonicznego Lubzera w znanej nam już knajpce. :)


Buła coś niewyraźnie wyszła.

Lubię też takie wycieczki, można nacieszyć się jazdą w zupełnie innym, relaksującym stylu.

:)
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 644 (kcal)
Najpierw jednak trzeba było przetestować nowy bagażnik dachowy.
Ponieważ po dojechaniu do celu okazało się, że rowery nadal są na dachu, oznacza to, że jak na razie bagażnik spisuje się dobrze. ;)
Dalsza trasa wiodła tym samym szlakiem, co ostatnio, wzdłuż Neuwarper See.
Powoli tocząc się dotarliśmy do celu.
Podjechaliśmy pod kościół, a potem na przystań.
Przyszedł czas na Fischbrötchen i bezalkoholowego, izotonicznego Lubzera w znanej nam już knajpce. :)
Buła coś niewyraźnie wyszła.
Lubię też takie wycieczki, można nacieszyć się jazdą w zupełnie innym, relaksującym stylu.
:)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
32.72 km (5.00 km teren), czas: 01:53 h, avg:17.37 km/h,
prędkość maks: 30.00 km/hTemperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 644 (kcal)
Matka „Athena” i jej dziewięciu Bikesynów u Wkrzan w Torgelow (D).
Sobota, 28 maja 2011 | dodano: 29.05.2011Kategoria Szczecińskie Rajdy BS i RS, Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec
Ja tylko zamieściłem informację, że wybieram się w sobotę do zrekonstruowanej osady słowiańskiego plemienia Wkrzan w Torgelow w Niemczech. Naprawdę, nie spodziewałem się, że będzie aż 10 osób. Fajnie, bo super się jeździ z tą ekipą.
Uczestnicy:
1) Athena
2) Exit87
3) Gryf
4) Ismail Delivere
5) Michał
6) Misiacz
7) Monter61
8) Odysseus
9) Rammzes
10) Sargath
Zbiórkę zaplanowałem o godzinie 7:00 pod TESCO na Pomorzanach. Po drodze w Dobrej miał jeszcze dołączyć Michał i Exit87.

Planowane tempo jazdy miało oscylować w okolicach 24 km/h, czego udało mi się dopilnować przez 21 km, kiedy to jechałem na prowadzeniu aż do Dobrej. Jako, że nie jestem Gadzikiem, więc nie mam tyle mocy, by non-stop jechać na czele, więc potem się zaczęło ostrzej, choć przyznam, że nawet gdy jechaliśmy szybko, to jechało się wyjątkowo lekko.
Postój w Blankensee.

Dobrze, a teraz czas na wyjaśnienie tytułu – dlaczego Athena została naszą matką? ;))) Otóż do osady Wkrzan można niedrogo wejść na bilet grupowy 10-osobowy, pod warunkiem, że jest to osoba dorosła z dziećmi w wieku szkolnym. Tu matkowania nam podjęła się Athena, my zaś występować mieliśmy jako jej małoletnie potomstwo (no i w zasadzie się udało, dostaliśmy bileciki ulgowe, dziękujemy Athenie;))).
Droga za Blankensee.

Trasa wiodła dalej przez Buk, Blankensee, Rothenklempenow, z przystankiem w Koblentz, gdzie Sargath chciał nam pokazać duże jezioro, chaszcze i błoto ;).



Potem Odysseus zaprowadził nas do grobowca-mauzoleum, ale czyjego? Jakoś specjalnie się tym nie zainteresowałem.

Znowu zachciało mi się odgrywać „Gladiatora”, muszę już przestać. ;)))

Z Koblentz szybko dojechaliśmy do Krugsdorf, gdzie znowu zrobiliśmy sobie krótką przerwę, również nad jeziorem.

Potem podjechaliśmy jeszcze na moment do pałacu Schloss Krugsdorf.

Stamtąd, częściowo płytową drogą dotarliśmy do drogi łączącej Paswalk z Torgelow i od tego momentu mieliśmy wiatr w plecy…i od tego momentu zaczęło się „darcie gum”, czyli nie schodzenie z prędkością poniżej 30 km/h. Nie przeczę, z wiatrem w plecy naprawdę fajnie się pędziło. Po drodze podpiął się pod nas niemiecki sakwiarz i jechał z nami aż do Torgelow.
W Torgelow najpierw skierowaliśmy się do Castrum Turglowe, znajdującego się przy resztkach murów obronnych w centrum miasta.

Nazywam to wersją demo tego, co można obejrzeć w pobliskim żywym skansenie Ukranenland, gdzie pasjonaci żyją tak, jak dawniej żyli słowiańscy Wkrzanie (z pominięciem posiadania komórek, skarpetek, faksu czy sprzedaży Coca-Coli ;))).
Poniżej seria zdjęć z Ukranenland. Pech chciał, że padła mi bateria w camcorderze, więc reszta fotek i ujęć do filmu została wykonana przy pomocy aparatu użyczonego przez Michała.




Bar "MacWKRZAN" ;)))
Wkrzanka przygotowuje hamburgery po starosłowiańsku. ;)


Pogańska świątynia.


Wkrzański kowal.

Wkrzański woj w skarpetkach ;)))

Wnętrze chaty wkrzańskiej.

Po zwiedzeniu osady inną drogą wróciliśmy do Torgelow, gdzie Sargath, który jak zwykle zabrał za mało kanapek (czytaj: nie zabrał ich wcale), rozpoczął daremne poszukiwania budy z kebabem (a mówiłem, żeby zjeść „hamburgera po wkrzańsku” w osadzie;))). Z braku kebaba podjechaliśmy do Lidla, gdzie Paweł, który nie zabiera na wyjazdy kanapek kupił sobie…kanapki z garmażerki i opakowanie…polskiej kiełbasy krakowskiej. Reszta w tym czasie przysypiała na chodniku pod sklepem. Ja na szczęście nie, bo wiem jak kończy się przydługie czekanie na kogoś, więc razem z Pawłem wlazłem do Lidla i snułem się tam razem z nim (ja w zasadzie bezcelowo).
Kiedy Paweł napełnił wreszcie zbiorniki, ruszyliśmy w kierunku Eggesin, a stamtąd na Hintersee. Tempo było cały czas ostre, ale jechało się dobrze (przynajmniej mi). Przed Gegensee zatrzymaliśmy się na krótki postój wśród drzew i komarów.

Przed granicą wyprzedziliśmy sporą grupkę turystów, która dogoniła nas, gdy zatrzymaliśmy się na postój przy słupkach granicznych.

Potem ponownie się mijaliśmy, a Sargath, Ismail i Gryf wdawali się co rusz w wyścigi…a to ze starszymi sakwiarzami, a to z pędzącymi 40 km/h szosowcami.
Najwidoczniej mają niespożyte siły.
Tak to zasuwając dotarliśmy na Głębokie w Szczecinie, gdzie nasza grupka zaczęła się powoli rozpraszać. Ja z Gryfem zajechałem na moment do Michała, od którego chciałem przegrać sobie fotki i ujęcia do filmu. Potem wraz z Gryfem dojechałem na Pomorzany, gdzie się pożegnaliśmy. Gryfowi zostało do domu jeszcze jakieś 30 km, co oznacza, że pokonał tego dnia dystans ok. 200 km (więcej dowiecie się zapewne z wpisu na jego stronie).
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ.
Poniżej film, niestety pod koniec kręcony aparatem, ponieważ niespodziewanie padła mi bateria w kamerce...
:)
P.S. Dobrze byłoby kiedyś trafić na coś takiego:
&NR=1
:)
Temperatura:19.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 3333 (kcal)
Uczestnicy:
1) Athena
2) Exit87
3) Gryf
4) Ismail Delivere
5) Michał
6) Misiacz
7) Monter61
8) Odysseus
9) Rammzes
10) Sargath
Zbiórkę zaplanowałem o godzinie 7:00 pod TESCO na Pomorzanach. Po drodze w Dobrej miał jeszcze dołączyć Michał i Exit87.
Planowane tempo jazdy miało oscylować w okolicach 24 km/h, czego udało mi się dopilnować przez 21 km, kiedy to jechałem na prowadzeniu aż do Dobrej. Jako, że nie jestem Gadzikiem, więc nie mam tyle mocy, by non-stop jechać na czele, więc potem się zaczęło ostrzej, choć przyznam, że nawet gdy jechaliśmy szybko, to jechało się wyjątkowo lekko.
Postój w Blankensee.
Dobrze, a teraz czas na wyjaśnienie tytułu – dlaczego Athena została naszą matką? ;))) Otóż do osady Wkrzan można niedrogo wejść na bilet grupowy 10-osobowy, pod warunkiem, że jest to osoba dorosła z dziećmi w wieku szkolnym. Tu matkowania nam podjęła się Athena, my zaś występować mieliśmy jako jej małoletnie potomstwo (no i w zasadzie się udało, dostaliśmy bileciki ulgowe, dziękujemy Athenie;))).
Droga za Blankensee.
Trasa wiodła dalej przez Buk, Blankensee, Rothenklempenow, z przystankiem w Koblentz, gdzie Sargath chciał nam pokazać duże jezioro, chaszcze i błoto ;).

Wieża obserwacyjna w krzaczorach na bagnach.© Misiacz
Potem Odysseus zaprowadził nas do grobowca-mauzoleum, ale czyjego? Jakoś specjalnie się tym nie zainteresowałem.
Znowu zachciało mi się odgrywać „Gladiatora”, muszę już przestać. ;)))
Z Koblentz szybko dojechaliśmy do Krugsdorf, gdzie znowu zrobiliśmy sobie krótką przerwę, również nad jeziorem.
Potem podjechaliśmy jeszcze na moment do pałacu Schloss Krugsdorf.
Stamtąd, częściowo płytową drogą dotarliśmy do drogi łączącej Paswalk z Torgelow i od tego momentu mieliśmy wiatr w plecy…i od tego momentu zaczęło się „darcie gum”, czyli nie schodzenie z prędkością poniżej 30 km/h. Nie przeczę, z wiatrem w plecy naprawdę fajnie się pędziło. Po drodze podpiął się pod nas niemiecki sakwiarz i jechał z nami aż do Torgelow.
W Torgelow najpierw skierowaliśmy się do Castrum Turglowe, znajdującego się przy resztkach murów obronnych w centrum miasta.
Nazywam to wersją demo tego, co można obejrzeć w pobliskim żywym skansenie Ukranenland, gdzie pasjonaci żyją tak, jak dawniej żyli słowiańscy Wkrzanie (z pominięciem posiadania komórek, skarpetek, faksu czy sprzedaży Coca-Coli ;))).
Poniżej seria zdjęć z Ukranenland. Pech chciał, że padła mi bateria w camcorderze, więc reszta fotek i ujęć do filmu została wykonana przy pomocy aparatu użyczonego przez Michała.
Bar "MacWKRZAN" ;)))
Wkrzanka przygotowuje hamburgery po starosłowiańsku. ;)
Pogańska świątynia.
Wkrzański kowal.
Wkrzański woj w skarpetkach ;)))
Wnętrze chaty wkrzańskiej.
Po zwiedzeniu osady inną drogą wróciliśmy do Torgelow, gdzie Sargath, który jak zwykle zabrał za mało kanapek (czytaj: nie zabrał ich wcale), rozpoczął daremne poszukiwania budy z kebabem (a mówiłem, żeby zjeść „hamburgera po wkrzańsku” w osadzie;))). Z braku kebaba podjechaliśmy do Lidla, gdzie Paweł, który nie zabiera na wyjazdy kanapek kupił sobie…kanapki z garmażerki i opakowanie…polskiej kiełbasy krakowskiej. Reszta w tym czasie przysypiała na chodniku pod sklepem. Ja na szczęście nie, bo wiem jak kończy się przydługie czekanie na kogoś, więc razem z Pawłem wlazłem do Lidla i snułem się tam razem z nim (ja w zasadzie bezcelowo).
Kiedy Paweł napełnił wreszcie zbiorniki, ruszyliśmy w kierunku Eggesin, a stamtąd na Hintersee. Tempo było cały czas ostre, ale jechało się dobrze (przynajmniej mi). Przed Gegensee zatrzymaliśmy się na krótki postój wśród drzew i komarów.
Przed granicą wyprzedziliśmy sporą grupkę turystów, która dogoniła nas, gdy zatrzymaliśmy się na postój przy słupkach granicznych.
Potem ponownie się mijaliśmy, a Sargath, Ismail i Gryf wdawali się co rusz w wyścigi…a to ze starszymi sakwiarzami, a to z pędzącymi 40 km/h szosowcami.
Najwidoczniej mają niespożyte siły.
Tak to zasuwając dotarliśmy na Głębokie w Szczecinie, gdzie nasza grupka zaczęła się powoli rozpraszać. Ja z Gryfem zajechałem na moment do Michała, od którego chciałem przegrać sobie fotki i ujęcia do filmu. Potem wraz z Gryfem dojechałem na Pomorzany, gdzie się pożegnaliśmy. Gryfowi zostało do domu jeszcze jakieś 30 km, co oznacza, że pokonał tego dnia dystans ok. 200 km (więcej dowiecie się zapewne z wpisu na jego stronie).
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ.
Poniżej film, niestety pod koniec kręcony aparatem, ponieważ niespodziewanie padła mi bateria w kamerce...
:)
P.S. Dobrze byłoby kiedyś trafić na coś takiego:
&NR=1
:)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
149.95 km (3.00 km teren), czas: 06:08 h, avg:24.45 km/h,
prędkość maks: 42.00 km/hTemperatura:19.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 3333 (kcal)
Masa krytyczna - maj 2011. Najazd BS.
Piątek, 27 maja 2011 | dodano: 27.05.2011Kategoria Szczecin i okolice
Dziś pojechałem na Masę Krytyczną. Planowany był przejazd ok. 700 rowerów, ale ile było? Nie policzyłem.
Oczywiście zebrała się spora grupka z naszej "sekty" Bikestats. ;)))
Na zdjęciu Athena, Odysseus, Rowerzystka, Rammzes..

Rowerzystka i Tunisława...

Pas rowerowy, prawie nowość w Szczecinie...

Troszkę nas było! ;)
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 396 (kcal)
Oczywiście zebrała się spora grupka z naszej "sekty" Bikestats. ;)))
Na zdjęciu Athena, Odysseus, Rowerzystka, Rammzes..

Ekipa BS na Masie Krytycznej.© Misiacz
Rowerzystka i Tunisława...

Rowerzystka i Tunisława.© Misiacz
Pas rowerowy, prawie nowość w Szczecinie...

Jaskółka wiosy nie czyni? A może jednak?© Misiacz
Troszkę nas było! ;)

Spora ta Masa. Ciekawe ile?© Misiacz
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
17.75 km (3.00 km teren), czas: 01:23 h, avg:12.83 km/h,
prędkość maks: 37.00 km/hTemperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 396 (kcal)
Tropiciel Fischbrötchen w Altwarp! ;)))
Niedziela, 22 maja 2011 | dodano: 22.05.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Średnią ponad 60 km/h osiągnęliśmy na odcinku między Szczecinem a Rieth w Niemczech. Nie rowerami oczywiście, a samochodem, który zawiózł nam tam rowery. ;)))
Po wczorajszym wyjeździe do Mescherin na spotkanie z klubem "Jantarowe Szlaki", dziś w planie było naprawdę luźne toczenie się…
W Rieth, wraz z Basią i moim bratem Krzyśkiem byliśmy koło południa, wypakowaliśmy sprzęt i najpierw skierowaliśmy się nad Neuwarper See, gdzie zjedliśmy co nieco, a ja uciąłem sobie krótką pogawędkę ze starszym Niemcem, który przypłynął z żoną w kanadyjce na plażę.
Następnie zająłem się myśleniem, jakby tu dalej pojechać. ;)

Brat z kolei zajął się batonikiem…

Próbowaliśmy jeszcze zajrzeć do zamku w Rieth, ale jest on własnością prywatną i wstępu do niego nie ma, więc skierowaliśmy się na ścieżkę szlaku „Oder-Neisse Radweg”. Po drodze sfotografowałem w Rieth domek zbudowany w stylu pomorskim.

Ponieważ wycieczka miała być absolutnie relaksująca, więc po chwili zatrzymaliśmy się na postój przy wieży widokowej nad Neuwarper See.

W tym czasie Basia powolutku turlała się w stronę lasu, gdzie wybudowana jest nowiutka ścieżka rowerowa.

Tak bardzo mi się ona podoba, że po raz kolejny musiałem ją uwiecznić, tylko jakiś typek wlazł mi w międzyczasie w kadr! ;)))

Wiatr nam sprzyjał i w całkiem żwawym tempie dojechaliśmy do Warsin nad Zalewem Szczecińskim (tudzież Stettinner Haff, jak kto woli).
Od Warsin do Altwarp jest niecałe 7 km i cały ten odcinek można komfortowo przejechać rewelacyjną ścieżką rowerową, całkiem niedawno oddaną do użytku.
Altwarp to spokojna, wręcz kojąca wioseczka, czysta i schludna. Znajduje się w niej port rybacki, stoi też niszczejący prom Adler, który swego czasu pływał w te i nazad między Altwarp i Nowym Warpnem, na pokładzie którego rodacy zaopatrywali się masowo w tani alkohol, a Niemcy na ryneczku w Nowym Warpnie robili zakupy…i jakoś się to toczyło, każdy miał coś do roboty. Teraz w Nowym Warpnie jedynie chyba „psy dupami szczekają”.

Kuterek rybacki.

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem smakoszem pomorskiego specjału pod nazwą Fischbrötchen (bułeczki z rybkami do wyboru plus sałata, cebula i inne warzywa) i niczym niedźwiedź grizzly zawsze za nimi węszę będąc w Niemczech. Tak też było i tym razem i ponownie miałem szczęście (po wpisach u innych lokalnych bikerów widzę, że „sprzedałem” zainteresowanie tą potrawą). Znalazłem knajpkę rybną na nabrzeżu, przed którą zaparkowaliśmy rowery.

Czym prędzej wszedłem do środka i już! Mam ją w rękach! Buła z rybką Butterfisch, cebulą, sałatą i ogórkiem jest moja! ;)

Jako, że na rowerze nie pijam napojów z procentami, więc zamówiłem znakomity bezalkoholowy napój izotoniczny!

Tak sobie zawsze żartuję mówiąc o piwie, ale patrzę na naklejkę na butelce, a tam jak byk napisane „ISOTONISCH”!
Teraz już wiem, co może dodawać sił rowerzyście, kalorie i chmiel bez alkoholu na trasie, to jest to!

W knajpce było tak błogo, a posiłek tak pyszny, że nie miałem chęci wstawać.

Jest mała nadzieja dla ruchu turystycznego między Starym Warpnem (czyli Altwarp), a Nowym Warpnem. Kursuje tam kuter „turystyczny”, który przewozi pasażerów za 3 EUR. Ciekawa alternatywa dostania się do Altwarp z rowerem w przyszłości (kiedyś zabierałem się tym rdzewiejącym promem w tle).
Powrót odbywał się dokładnie tą samą trasą. Tu widok na ścieżkę pomiędzy Altwarp a Warsin.

To już prawie koniec tej świetnej wycieczki, czas zapakować rowerki i do Szczecina.

W Szczecinie jednak zadzwonił do mnie tata i zaprosił na grilla na działkę, ale KTM-a miałem już zamkniętego w garażu, więc wyciągnąłem swojego wiernego „Rosynanta” i pomknąłem na szaszłyka.

Temperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 676 (kcal)
Po wczorajszym wyjeździe do Mescherin na spotkanie z klubem "Jantarowe Szlaki", dziś w planie było naprawdę luźne toczenie się…
W Rieth, wraz z Basią i moim bratem Krzyśkiem byliśmy koło południa, wypakowaliśmy sprzęt i najpierw skierowaliśmy się nad Neuwarper See, gdzie zjedliśmy co nieco, a ja uciąłem sobie krótką pogawędkę ze starszym Niemcem, który przypłynął z żoną w kanadyjce na plażę.
Następnie zająłem się myśleniem, jakby tu dalej pojechać. ;)
Brat z kolei zajął się batonikiem…
Próbowaliśmy jeszcze zajrzeć do zamku w Rieth, ale jest on własnością prywatną i wstępu do niego nie ma, więc skierowaliśmy się na ścieżkę szlaku „Oder-Neisse Radweg”. Po drodze sfotografowałem w Rieth domek zbudowany w stylu pomorskim.
Ponieważ wycieczka miała być absolutnie relaksująca, więc po chwili zatrzymaliśmy się na postój przy wieży widokowej nad Neuwarper See.
W tym czasie Basia powolutku turlała się w stronę lasu, gdzie wybudowana jest nowiutka ścieżka rowerowa.
Tak bardzo mi się ona podoba, że po raz kolejny musiałem ją uwiecznić, tylko jakiś typek wlazł mi w międzyczasie w kadr! ;)))
Wiatr nam sprzyjał i w całkiem żwawym tempie dojechaliśmy do Warsin nad Zalewem Szczecińskim (tudzież Stettinner Haff, jak kto woli).
Od Warsin do Altwarp jest niecałe 7 km i cały ten odcinek można komfortowo przejechać rewelacyjną ścieżką rowerową, całkiem niedawno oddaną do użytku.
Altwarp to spokojna, wręcz kojąca wioseczka, czysta i schludna. Znajduje się w niej port rybacki, stoi też niszczejący prom Adler, który swego czasu pływał w te i nazad między Altwarp i Nowym Warpnem, na pokładzie którego rodacy zaopatrywali się masowo w tani alkohol, a Niemcy na ryneczku w Nowym Warpnie robili zakupy…i jakoś się to toczyło, każdy miał coś do roboty. Teraz w Nowym Warpnie jedynie chyba „psy dupami szczekają”.
Kuterek rybacki.

Kuter w Altwarp.© Misiacz
Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem smakoszem pomorskiego specjału pod nazwą Fischbrötchen (bułeczki z rybkami do wyboru plus sałata, cebula i inne warzywa) i niczym niedźwiedź grizzly zawsze za nimi węszę będąc w Niemczech. Tak też było i tym razem i ponownie miałem szczęście (po wpisach u innych lokalnych bikerów widzę, że „sprzedałem” zainteresowanie tą potrawą). Znalazłem knajpkę rybną na nabrzeżu, przed którą zaparkowaliśmy rowery.
Czym prędzej wszedłem do środka i już! Mam ją w rękach! Buła z rybką Butterfisch, cebulą, sałatą i ogórkiem jest moja! ;)
Jako, że na rowerze nie pijam napojów z procentami, więc zamówiłem znakomity bezalkoholowy napój izotoniczny!
Tak sobie zawsze żartuję mówiąc o piwie, ale patrzę na naklejkę na butelce, a tam jak byk napisane „ISOTONISCH”!
Teraz już wiem, co może dodawać sił rowerzyście, kalorie i chmiel bez alkoholu na trasie, to jest to!
W knajpce było tak błogo, a posiłek tak pyszny, że nie miałem chęci wstawać.
Jest mała nadzieja dla ruchu turystycznego między Starym Warpnem (czyli Altwarp), a Nowym Warpnem. Kursuje tam kuter „turystyczny”, który przewozi pasażerów za 3 EUR. Ciekawa alternatywa dostania się do Altwarp z rowerem w przyszłości (kiedyś zabierałem się tym rdzewiejącym promem w tle).
Powrót odbywał się dokładnie tą samą trasą. Tu widok na ścieżkę pomiędzy Altwarp a Warsin.
To już prawie koniec tej świetnej wycieczki, czas zapakować rowerki i do Szczecina.
W Szczecinie jednak zadzwonił do mnie tata i zaprosił na grilla na działkę, ale KTM-a miałem już zamkniętego w garażu, więc wyciągnąłem swojego wiernego „Rosynanta” i pomknąłem na szaszłyka.
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
39.79 km (10.00 km teren), czas: 02:12 h, avg:18.09 km/h,
prędkość maks: 39.00 km/hTemperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 676 (kcal)
Łatanie gumy x 2 i klub "Jantarowe" Szlaki w Mescherin.
Niedziela, 22 maja 2011 | dodano: 22.05.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec
Moim planem na dziś było spokojne toczenie się po przygranicznych szlakach, oczywiście po stronie niemieckiej, tylko co ja poradzę na to, że wiatr wiał w plecy i do Kołbaskowa rower sam jechał 35 km/h…czego nie można chyba nazwać spokojnym toczeniem się…
We wczorajszym wpisie wspominałem o barbarzyńskich praktykach dokonywania w Polsce rzezi przydrożnych drzew, wspomniałem też o drodze do granicy w Rosówku, gdzie wiekowe drzewa spotkały się z piłami polskich drwali. Minąłem tylko słupki graniczne i mogłem sobie jedynie powspominać, że tak mogło to dalej u nas wyglądać, ale nie wygląda (u nas jest niebezpieczne, w Niemczech jest bezpieczne, to pewnie kwestia tego, z której strony słupka granicznego się akurat jest).

Kiedy dojechałem do Neurochlitz, zadzwonił do mnie tata, który z klubem turystyki rowerowej „Jantarowe Szlaki” wybrał się na wycieczkę w okolice Mescherin, gdzie mieli dodatkową atrakcję w postaci zwiedzania kanałów Międzyodrza strażackimi motorówkami. Jako, że dzieliło mnie od spotkania z tatą prawie 30 minut, a dystans był znikomy, postanowiłem poszukać wiatraka, do którego drogowskaz widziałem w okolicy. Wróciłem na drogę na Gartz, minąłem POLIZEI skrupulatnie łapiących tych, którzy drwią z niemieckich przepisów i zacząłem odczuwać dziwnie zwiększony komfort jazdy. Rower wręcz płynął, bujał się jak ponton, więc pomyślałem, że coś nie tak z amortyzatorem w sztycy, ale nie, był OK.
GUMA !!! Dziura!!! Rzadko mi się to zdarza, bo na tym komplecie opon przejechałem już blisko 14.000 km i była to dopiero druga guma, więc miałem prawo czuć się zdziwiony. ;)
Zrezygnowałem więc już z poszukiwań wiatraka, dopompowałem powietrza i skrótem skierowałem się na Staffelde, a stamtąd zjazdem na Mescherin.

Powietrze na szczęście nie uchodziło gwałtownie i udało mi się dojechać do Mescherin nad brzeg Odry i znaleźć dogodne stanowisko do naprawy awarii. Akurat nie miałem co robić czekając na tatę, nie ma to jak łatanie dętki dla zabicia nudy. ;)

Zdjąłem oponę, sprawdziłem, czy w środku nie ma szkła czy innych ostrych świństw i zabrałem się za szukanie dziurki (dętkę zapasową też miałem, ale skoro miałem oczekiwania prawie pół godziny...). Dziurki nie było, za to było jakieś dziwne przetarcie, które czym prędzej zakleiłem, innych dziur nie znalazłem. Założyłem dętkę, oponę, namachałem się i nabiłem ciśnienie na max, założyłem koło. Zbieram narzędzia, łapię za oponę a tam…flak. Co za licho? Robota od początku. Dobrze, że wożę ze sobą gumowe rękawiczki, przynajmniej łap nie upieprzyłem smarem.
Co się okazało? Otóż w bocznej części opony tkwił sobie mały, niewidoczny prawie drucik, który dziabnął mi w dętce drugą dziurkę.
Bądź tu mądry i ją znajdź.
Byłem.
Zlazłem nad rzekę, zanurzyłem dętkę i zobaczyłem, jak banieczki powietrza zapieprzają z dętki ku powierzchni wody. Uff, wreszcie się udało. Co ciekawe, przy poprzednim łataniu również trafiłem miałem dwie dziury na raz i też z podobnym scenariuszem.
Widok śliczny, więc czas się posilić.

Otwieram sakwy, a tam…pusto! ;(
Bułki i batoniki zostawiłem w kuchni na stole. Dobrze, że picie miałem kaloryczne.
Tata z Bożeną akurat dobili do stanicy, więc przejechałem mostem na polską stronę, by tam się z nimi spotkać. Dostałem kanapkę! ;)


Nie wiem, czy tamta impreza miała się ku końcowi, w każdym razie zebraliśmy się z tatą, Bożeną i dwoma innymi klubowiczami, Ewarystem i Tomkiem i postanowiliśmy przejechać się do Gartz.

Jak widać polityka nie oszczędziła i turystyki tzw. zorganizowanej.

W porcie w Gartz tradycyjna fotka pod łukiem prezentującym materiały, z których zbudowany był most, który już nie istnieje.

Pokręciliśmy się trochę po Gartz i zawróciliśmy tą samą ścieżką do Mescherin. Zaczyna się tam robić w weekendy tłoczno od naszych rowerzystów niczym w Parku Kasprowicza, po którym snują się tabuny niedzielnych rowerzystów. Zdecydowanie trzeba tam jeździć w godzinach rannych lub wieczornych.

W Mescherin zatrzymaliśmy się w knajpce, gdzie posiliłem się pyszną Gulaschsuppe. Oj, było mi to potrzebne!


Piwo w tle oczywiście bezalkoholowe. ;)

W zasadzie tam odłączyliśmy się z tatą i Bożeną od klubowiczów, ponieważ wykombinowałem, że do Polski pojedziemy „prawie wzdłuż granicy”, którą zamierzaliśmy przekroczyć w Schwennenz.
Najpierw jednak czekał nas 2-kilometrowy podjazd do Staffelde. Nie lubię go, jest upierdliwy jakiś.

Kurhan w Staffelde.

W Neurochlitz przecięliśmy drogę główną i skierowaliśmy się drogą na Rosow. Oczywiście znowu zachciało mi się odgrywać scenkę z filmu „Gladiator”. ;)))

Miałem jechać spokojnie i takie tempo w zasadzie trzymaliśmy…dopóki nie zachciało mi się gonić skutera, który nas minął po drodze.
Jak dzieciak…ruszyłem za nim w pościg! ;)))
Dopadłem go po jakimś kilometrze, chłopak ciągle zerkał w lusterko i bezskutecznie wyciskał z „bzyczka” ostatnie poty nie mogąc uciec. Miałem już zwolnić, ale bez sensu odpuszczać takiego „żywiciela”, któremu można ciągnąć się na kole. ;)

W Rosow skręciliśmy na Nadrensee, skąd droga powiodła nas na Ladenthin.

Bardzo podoba mi się tamtejszy krajobraz, więc po raz kolejny zrobiłem sobie z nim fotkę.

Kiedy dojeżdżaliśmy do Schwennenz, z radością stwierdziłem, że Niemcy w ramach budowy przejścia Ladenthin-Warnik wyremontują również drogę Ladenthin-Schwennenz, której asfalt nie należy do najrówniejszych chyba nawet według standardów naszych rodzimych drogowców. ;)
Przed granicą zatrzymaliśmy się jeszcze na ostatni popas w wiacie, po czym przez Stobno dojechaliśmy do Mierzyna i dalej do Szczecina.

:)))
Temperatura:24.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1736 (kcal)
We wczorajszym wpisie wspominałem o barbarzyńskich praktykach dokonywania w Polsce rzezi przydrożnych drzew, wspomniałem też o drodze do granicy w Rosówku, gdzie wiekowe drzewa spotkały się z piłami polskich drwali. Minąłem tylko słupki graniczne i mogłem sobie jedynie powspominać, że tak mogło to dalej u nas wyglądać, ale nie wygląda (u nas jest niebezpieczne, w Niemczech jest bezpieczne, to pewnie kwestia tego, z której strony słupka granicznego się akurat jest).
Kiedy dojechałem do Neurochlitz, zadzwonił do mnie tata, który z klubem turystyki rowerowej „Jantarowe Szlaki” wybrał się na wycieczkę w okolice Mescherin, gdzie mieli dodatkową atrakcję w postaci zwiedzania kanałów Międzyodrza strażackimi motorówkami. Jako, że dzieliło mnie od spotkania z tatą prawie 30 minut, a dystans był znikomy, postanowiłem poszukać wiatraka, do którego drogowskaz widziałem w okolicy. Wróciłem na drogę na Gartz, minąłem POLIZEI skrupulatnie łapiących tych, którzy drwią z niemieckich przepisów i zacząłem odczuwać dziwnie zwiększony komfort jazdy. Rower wręcz płynął, bujał się jak ponton, więc pomyślałem, że coś nie tak z amortyzatorem w sztycy, ale nie, był OK.
GUMA !!! Dziura!!! Rzadko mi się to zdarza, bo na tym komplecie opon przejechałem już blisko 14.000 km i była to dopiero druga guma, więc miałem prawo czuć się zdziwiony. ;)
Zrezygnowałem więc już z poszukiwań wiatraka, dopompowałem powietrza i skrótem skierowałem się na Staffelde, a stamtąd zjazdem na Mescherin.
Powietrze na szczęście nie uchodziło gwałtownie i udało mi się dojechać do Mescherin nad brzeg Odry i znaleźć dogodne stanowisko do naprawy awarii. Akurat nie miałem co robić czekając na tatę, nie ma to jak łatanie dętki dla zabicia nudy. ;)
Zdjąłem oponę, sprawdziłem, czy w środku nie ma szkła czy innych ostrych świństw i zabrałem się za szukanie dziurki (dętkę zapasową też miałem, ale skoro miałem oczekiwania prawie pół godziny...). Dziurki nie było, za to było jakieś dziwne przetarcie, które czym prędzej zakleiłem, innych dziur nie znalazłem. Założyłem dętkę, oponę, namachałem się i nabiłem ciśnienie na max, założyłem koło. Zbieram narzędzia, łapię za oponę a tam…flak. Co za licho? Robota od początku. Dobrze, że wożę ze sobą gumowe rękawiczki, przynajmniej łap nie upieprzyłem smarem.
Co się okazało? Otóż w bocznej części opony tkwił sobie mały, niewidoczny prawie drucik, który dziabnął mi w dętce drugą dziurkę.
Bądź tu mądry i ją znajdź.
Byłem.
Zlazłem nad rzekę, zanurzyłem dętkę i zobaczyłem, jak banieczki powietrza zapieprzają z dętki ku powierzchni wody. Uff, wreszcie się udało. Co ciekawe, przy poprzednim łataniu również trafiłem miałem dwie dziury na raz i też z podobnym scenariuszem.
Widok śliczny, więc czas się posilić.
Otwieram sakwy, a tam…pusto! ;(
Bułki i batoniki zostawiłem w kuchni na stole. Dobrze, że picie miałem kaloryczne.
Tata z Bożeną akurat dobili do stanicy, więc przejechałem mostem na polską stronę, by tam się z nimi spotkać. Dostałem kanapkę! ;)
Nie wiem, czy tamta impreza miała się ku końcowi, w każdym razie zebraliśmy się z tatą, Bożeną i dwoma innymi klubowiczami, Ewarystem i Tomkiem i postanowiliśmy przejechać się do Gartz.
Jak widać polityka nie oszczędziła i turystyki tzw. zorganizowanej.
W porcie w Gartz tradycyjna fotka pod łukiem prezentującym materiały, z których zbudowany był most, który już nie istnieje.

Łuk w Gartz.© Misiacz
Pokręciliśmy się trochę po Gartz i zawróciliśmy tą samą ścieżką do Mescherin. Zaczyna się tam robić w weekendy tłoczno od naszych rowerzystów niczym w Parku Kasprowicza, po którym snują się tabuny niedzielnych rowerzystów. Zdecydowanie trzeba tam jeździć w godzinach rannych lub wieczornych.
W Mescherin zatrzymaliśmy się w knajpce, gdzie posiliłem się pyszną Gulaschsuppe. Oj, było mi to potrzebne!
Piwo w tle oczywiście bezalkoholowe. ;)
W zasadzie tam odłączyliśmy się z tatą i Bożeną od klubowiczów, ponieważ wykombinowałem, że do Polski pojedziemy „prawie wzdłuż granicy”, którą zamierzaliśmy przekroczyć w Schwennenz.
Najpierw jednak czekał nas 2-kilometrowy podjazd do Staffelde. Nie lubię go, jest upierdliwy jakiś.
Kurhan w Staffelde.
W Neurochlitz przecięliśmy drogę główną i skierowaliśmy się drogą na Rosow. Oczywiście znowu zachciało mi się odgrywać scenkę z filmu „Gladiator”. ;)))
Miałem jechać spokojnie i takie tempo w zasadzie trzymaliśmy…dopóki nie zachciało mi się gonić skutera, który nas minął po drodze.
Jak dzieciak…ruszyłem za nim w pościg! ;)))
Dopadłem go po jakimś kilometrze, chłopak ciągle zerkał w lusterko i bezskutecznie wyciskał z „bzyczka” ostatnie poty nie mogąc uciec. Miałem już zwolnić, ale bez sensu odpuszczać takiego „żywiciela”, któremu można ciągnąć się na kole. ;)

Pościg Misiacza za skuterem.© Misiacz
W Rosow skręciliśmy na Nadrensee, skąd droga powiodła nas na Ladenthin.
Bardzo podoba mi się tamtejszy krajobraz, więc po raz kolejny zrobiłem sobie z nim fotkę.
Kiedy dojeżdżaliśmy do Schwennenz, z radością stwierdziłem, że Niemcy w ramach budowy przejścia Ladenthin-Warnik wyremontują również drogę Ladenthin-Schwennenz, której asfalt nie należy do najrówniejszych chyba nawet według standardów naszych rodzimych drogowców. ;)
Przed granicą zatrzymaliśmy się jeszcze na ostatni popas w wiacie, po czym przez Stobno dojechaliśmy do Mierzyna i dalej do Szczecina.
:)))
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
82.00 km (4.00 km teren), czas: 04:29 h, avg:18.29 km/h,
prędkość maks: 41.00 km/hTemperatura:24.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1736 (kcal)
Barbarzyństwo przyrodnicze w Polsce.
Sobota, 21 maja 2011 | dodano: 21.05.2011
To żaden wpis rowerowy...choć może mieć z rowerem wiele wspólnego. W końcu też jeździmy tymi drogami.
To zdjęcie wykonałem 11 maja 2011 koło Warnika:

O ile remonty dróg i budowy autostrad ciągną się latami, o tyle w zapale do demolki nie mamy chyba sobie równych.
Przeczytałem ostatni wpis Rowerzystki, gdzie zobaczyłem, w jaki bezmyślny i barbarzyński sposób wycinane są drzewa w naszej okolicy.
Mamy dziś 21 maja 2011. Poniżej przykład sprawności drogowców.
To zdjęcie wykonała 18 maja 2011 Rowerzystka przy remontowanej drodze między Będargowem a Warnikiem (tydzień starczył, żeby zmienić nieodwracalnie krajobraz):

Po co wycięto te drzewa? Chyba każdy się domyśla, o czym poniżej...
Ten proceder ma miejsce w całej Polsce i najczęściej uzasadniany jest względami bezpieczeństwa. Dodam, że na drodze tej panuje minimalne natężenie ruchu.
O ile czasem jest to zrozumiałe, o tyle do wycinania w pień całych alei starych drzew przyczynia się zapewne głównie to, o czym można przeczytać w artykule "Wycinka drzew przydrożnych w Polsce", którego fragment przytaczam poniżej:
"Do ogałacania dróg z drzew przyczynia się też praktyka pozyskiwania taniego surowca na potrzeby opałowe (dla gmin – do szkół, świetlic lub jako swoisty „zasiłek” dla bezrobotnych). Takie nieodpłatne przekazywanie pozyskanego podczas wycinek drewna opałowego prowadzi często do nierzetelności, co potwierdził NIK: według pracownika ZDP w Elblągu 56 ściętych drzew przekazano nieodpłatnie wójtowi gminy Godkowo, jednak „z informacji uzyskanej od wójta […] wynika natomiast, że gmina uzyskała tylko 19 drzew” (co zatem stało się z pozostałymi 37 drzewami – zapewne zostały przerobione na meble)."
Podobne uzasadnienie "względami bezpieczeństwa" stało się przecież pretekstem do wyrżnięcia pięknej alei drzew wzdłuż drogi prowadzącej z Kołbaskowa do granicy w Rosówku (jak się okazało, wyniki "badań" były nierzetelne, zaledwie kilka drzew kwalifikowało się do usunięcia). Teraz mamy tam asfalt, pole i hulający wicher. Co ciekawe, za słupkami granicznymi, już w Niemczech, gdzie dalej biegnie ta sama droga, wszystkie drzewa są na swoim miejscu. Czy tam już nie stanowią zagrożenia? A może drzewa stanowią u nas zagrożenie dla debili pędzących drogami po 150 km/h, którzy czasem zawijają się na drzewku? To dla nich niszczona jest ta resztka natury, która nam pozostała?
Cytuję za artykułem:
"Zarządcy dróg, powołując się na frazes o „konieczności zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego”, pomijają fakt istnienia sprawdzonych możliwości technicznych zapewnienia tego bezpieczeństwa poprzez ustawianie znaków ograniczenia prędkości, zakazu wyprzedzania, oznaczenia drzew tablicami odblaskowymi czy ustawiania barier energochłonnych, zabezpieczających przed wypadnięciem pojazdów z jezdni i wpadnięciem na drzewo. Ta recepta jest skuteczna w Niemczech: w Brandenburgii (jeden z krajów związkowych) ustawiono 1352 kilometry barierek ochronnych (zabezpieczających pojazd przed zjechaniem z jezdni) i w latach 1997–2005 liczba przypadków najechania na drzewo zmalała tam o 33%, a liczba ofiar śmiertelnych takich wypadków spadła z 337 do 110!"
Jak wielkich rozmiarów jest w Polsce ten barbarzyński proceder podaje dalej artykuł:
"Skalę wycinki można szacować na dziesiątki tysięcy drzew rocznie, choćby na podstawie przykładów:
* kilka tysięcy drzew rosnących wzdłuż drogi nr 16 wycięto w latach 2004–2005 w okolicach Mikołajek (warmińsko-mazurskie)
* 760 drzew rosnących wzdłuż drogi nr 57 zezwolił usunąć w 2006 r. wójt gminy w Kolnie (warmińsko-mazurskie)
* 770 drzew rosnących wzdłuż drogi nr 57 usunięto w 2006 r. w gminie Dźwierzuty (warmińsko-mazurskie) na podstawie decyzji wójta, wydanej z naruszeniem prawa
* 4105 drzew wycięto w latach 2006–2007 przy trasie Bartoszyce – Kętrzyn (warmińsko-mazurskie)
* 1200 drzew rosnących w województwie pomorskim przy drogach nr 7, 20, 22, 55 planowano usunąć w 2005 r. (dzięki interwencji organizacji pozarządowych ok. 500 drzew ocalało)
* 2299 drzew zostało usuniętych w 2008 r. przez Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich w Koszalinie, z tego w gminie Sławoborze 430, Trzebiatów – 247, Świdwin – 239
* 2306 drzew planował wyciąć do końca 2008 r. Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich w Koszalinie, z czego:
- 474 przy drodze nr 106 zezwolił usunąć burmistrz Kamienia Pomorskiego,
- 446 przy drodze nr 203 zezwolił usunąć burmistrz miasta i gminy Sianów,
- 12 000 drzew zezwolił wyciąć w 2007 r. Urząd Miejski w Gliwicach (śląskie)
- Jak doniosła prasa w 2008 r.: „Nawet kilkadziesiąt tysięcy drzew planują wyciąć w najbliższym czasie zarządcy dróg dolnośląskich”.
Jeżeli będziemy kiedyś chcieli zobaczyć, jak wygląda zadrzewiona aleja, pozostaną nam wkrótce tylko wycieczki do Niemiec.
My w Szczecinie mamy to szczęście, że mamy ok. 10 km do granicy, ale co mają powiedzieć bikerzy w głębi Polski?
Na koniec gorzki, ironiczny fragment, stanowiący początek cytowanego artykułu:
"„Jazda przez zielone tunele alei wprawia w upojenie. Stuletnie drzewa rozpościerają swoje konary ponad drogą, tworząc ochronny dach, przez który przedzierają się tylko pojedyncze promienie słońca [...] Czy jest lepsza okazja do kontemplacji niż jazda samochodem przez okazałą cienistą aleję z zamykającym ją liściastym dachem? Wszędzie migocą małe i duże jeziora. Oto właściwe miejsce dla kogoś, kto tęskni za urlopem wśród jezior”.
Jeśli ktoś myśli, że to zachęta do odwiedzenia Mazur, jest w błędzie. To zaproszenie do odwiedzenia… Niemiec, zamieszczone na oficjalnej internetowej stronie turystycznej naszych sąsiadów. Oni reklamują się alejami. A my?
„Chcemy wyciąć wszystkie drzewa z poboczy Warmii i Mazur” – grozili drogowcy już w 2004 roku i plan ten realizują."
Link do artykułu znajduje się TUTAJ.
P.S. P.S. jest TUTAJ.
Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
To zdjęcie wykonałem 11 maja 2011 koło Warnika:
O ile remonty dróg i budowy autostrad ciągną się latami, o tyle w zapale do demolki nie mamy chyba sobie równych.
Przeczytałem ostatni wpis Rowerzystki, gdzie zobaczyłem, w jaki bezmyślny i barbarzyński sposób wycinane są drzewa w naszej okolicy.
Mamy dziś 21 maja 2011. Poniżej przykład sprawności drogowców.
To zdjęcie wykonała 18 maja 2011 Rowerzystka przy remontowanej drodze między Będargowem a Warnikiem (tydzień starczył, żeby zmienić nieodwracalnie krajobraz):

Po co wycięto te drzewa? Chyba każdy się domyśla, o czym poniżej...
Ten proceder ma miejsce w całej Polsce i najczęściej uzasadniany jest względami bezpieczeństwa. Dodam, że na drodze tej panuje minimalne natężenie ruchu.
O ile czasem jest to zrozumiałe, o tyle do wycinania w pień całych alei starych drzew przyczynia się zapewne głównie to, o czym można przeczytać w artykule "Wycinka drzew przydrożnych w Polsce", którego fragment przytaczam poniżej:
"Do ogałacania dróg z drzew przyczynia się też praktyka pozyskiwania taniego surowca na potrzeby opałowe (dla gmin – do szkół, świetlic lub jako swoisty „zasiłek” dla bezrobotnych). Takie nieodpłatne przekazywanie pozyskanego podczas wycinek drewna opałowego prowadzi często do nierzetelności, co potwierdził NIK: według pracownika ZDP w Elblągu 56 ściętych drzew przekazano nieodpłatnie wójtowi gminy Godkowo, jednak „z informacji uzyskanej od wójta […] wynika natomiast, że gmina uzyskała tylko 19 drzew” (co zatem stało się z pozostałymi 37 drzewami – zapewne zostały przerobione na meble)."
Podobne uzasadnienie "względami bezpieczeństwa" stało się przecież pretekstem do wyrżnięcia pięknej alei drzew wzdłuż drogi prowadzącej z Kołbaskowa do granicy w Rosówku (jak się okazało, wyniki "badań" były nierzetelne, zaledwie kilka drzew kwalifikowało się do usunięcia). Teraz mamy tam asfalt, pole i hulający wicher. Co ciekawe, za słupkami granicznymi, już w Niemczech, gdzie dalej biegnie ta sama droga, wszystkie drzewa są na swoim miejscu. Czy tam już nie stanowią zagrożenia? A może drzewa stanowią u nas zagrożenie dla debili pędzących drogami po 150 km/h, którzy czasem zawijają się na drzewku? To dla nich niszczona jest ta resztka natury, która nam pozostała?
Cytuję za artykułem:
"Zarządcy dróg, powołując się na frazes o „konieczności zapewnienia bezpieczeństwa ruchu drogowego”, pomijają fakt istnienia sprawdzonych możliwości technicznych zapewnienia tego bezpieczeństwa poprzez ustawianie znaków ograniczenia prędkości, zakazu wyprzedzania, oznaczenia drzew tablicami odblaskowymi czy ustawiania barier energochłonnych, zabezpieczających przed wypadnięciem pojazdów z jezdni i wpadnięciem na drzewo. Ta recepta jest skuteczna w Niemczech: w Brandenburgii (jeden z krajów związkowych) ustawiono 1352 kilometry barierek ochronnych (zabezpieczających pojazd przed zjechaniem z jezdni) i w latach 1997–2005 liczba przypadków najechania na drzewo zmalała tam o 33%, a liczba ofiar śmiertelnych takich wypadków spadła z 337 do 110!"
Jak wielkich rozmiarów jest w Polsce ten barbarzyński proceder podaje dalej artykuł:
"Skalę wycinki można szacować na dziesiątki tysięcy drzew rocznie, choćby na podstawie przykładów:
* kilka tysięcy drzew rosnących wzdłuż drogi nr 16 wycięto w latach 2004–2005 w okolicach Mikołajek (warmińsko-mazurskie)
* 760 drzew rosnących wzdłuż drogi nr 57 zezwolił usunąć w 2006 r. wójt gminy w Kolnie (warmińsko-mazurskie)
* 770 drzew rosnących wzdłuż drogi nr 57 usunięto w 2006 r. w gminie Dźwierzuty (warmińsko-mazurskie) na podstawie decyzji wójta, wydanej z naruszeniem prawa
* 4105 drzew wycięto w latach 2006–2007 przy trasie Bartoszyce – Kętrzyn (warmińsko-mazurskie)
* 1200 drzew rosnących w województwie pomorskim przy drogach nr 7, 20, 22, 55 planowano usunąć w 2005 r. (dzięki interwencji organizacji pozarządowych ok. 500 drzew ocalało)
* 2299 drzew zostało usuniętych w 2008 r. przez Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich w Koszalinie, z tego w gminie Sławoborze 430, Trzebiatów – 247, Świdwin – 239
* 2306 drzew planował wyciąć do końca 2008 r. Zachodniopomorski Zarząd Dróg Wojewódzkich w Koszalinie, z czego:
- 474 przy drodze nr 106 zezwolił usunąć burmistrz Kamienia Pomorskiego,
- 446 przy drodze nr 203 zezwolił usunąć burmistrz miasta i gminy Sianów,
- 12 000 drzew zezwolił wyciąć w 2007 r. Urząd Miejski w Gliwicach (śląskie)
- Jak doniosła prasa w 2008 r.: „Nawet kilkadziesiąt tysięcy drzew planują wyciąć w najbliższym czasie zarządcy dróg dolnośląskich”.
Jeżeli będziemy kiedyś chcieli zobaczyć, jak wygląda zadrzewiona aleja, pozostaną nam wkrótce tylko wycieczki do Niemiec.
My w Szczecinie mamy to szczęście, że mamy ok. 10 km do granicy, ale co mają powiedzieć bikerzy w głębi Polski?
Na koniec gorzki, ironiczny fragment, stanowiący początek cytowanego artykułu:
"„Jazda przez zielone tunele alei wprawia w upojenie. Stuletnie drzewa rozpościerają swoje konary ponad drogą, tworząc ochronny dach, przez który przedzierają się tylko pojedyncze promienie słońca [...] Czy jest lepsza okazja do kontemplacji niż jazda samochodem przez okazałą cienistą aleję z zamykającym ją liściastym dachem? Wszędzie migocą małe i duże jeziora. Oto właściwe miejsce dla kogoś, kto tęskni za urlopem wśród jezior”.
Jeśli ktoś myśli, że to zachęta do odwiedzenia Mazur, jest w błędzie. To zaproszenie do odwiedzenia… Niemiec, zamieszczone na oficjalnej internetowej stronie turystycznej naszych sąsiadów. Oni reklamują się alejami. A my?
„Chcemy wyciąć wszystkie drzewa z poboczy Warmii i Mazur” – grozili drogowcy już w 2004 roku i plan ten realizują."
Link do artykułu znajduje się TUTAJ.
P.S. P.S. jest TUTAJ.
Rower:
Dane wycieczki:
0.00 km (0.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Rowery Goeteborga. Szwecja.
Wtorek, 17 maja 2011 | dodano: 19.05.2011Kategoria Rowery Europy
Kiedy jadę na wyjazd służbowy, zawsze liczę, że uda mi się skorzystać z publicznego systemu wynajmu rowerów i zwiedzić okolicę. Takie same zamiary miałem i teraz, ale wyjazdy służbowe mają to do siebie, że zazwyczaj taki wyjazd składa się głównie z: jazdy samochodem, oczekiwania na samolot lub prom w terminalu, przelot / rejs, dojazdu, hotelu, spania, przydługich jak zawsze obrad, widoku sali konferencyjnej i biegania wszędzie na czas.
Zalety: kolacja sponsorowana przez organizatora na statku płynącym wokół 4 co do wielkości wyspy Szwecji (Hisingen) i "zwiedzenie" Goeteborga w czasie szybkiego zasuwania z obrad na kolację, "żeby zdążyć".
W tym czasie oczywiście nie omieszkałem jak zawsze cyknąć fotek lokalnych rowerów (takie cyklotyczne odchyłki Misiacza;))).


Ten leży już długo, tylne ma koło prawie w "ósemkę", choć zdjęcie tego nie oddało.


I tyle...dotarłem do portu i wreszcie "łyk oddechu" :)))


Ożywczy łyk...;)))




...i tyle się najeździłem, choć może to i dobrze, bo trzeba wypocząć po ostatnich wycieczkach majowych.
Temperatura:11.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Zalety: kolacja sponsorowana przez organizatora na statku płynącym wokół 4 co do wielkości wyspy Szwecji (Hisingen) i "zwiedzenie" Goeteborga w czasie szybkiego zasuwania z obrad na kolację, "żeby zdążyć".
W tym czasie oczywiście nie omieszkałem jak zawsze cyknąć fotek lokalnych rowerów (takie cyklotyczne odchyłki Misiacza;))).
Ten leży już długo, tylne ma koło prawie w "ósemkę", choć zdjęcie tego nie oddało.
I tyle...dotarłem do portu i wreszcie "łyk oddechu" :)))
Ożywczy łyk...;)))
...i tyle się najeździłem, choć może to i dobrze, bo trzeba wypocząć po ostatnich wycieczkach majowych.
Rower:
Dane wycieczki:
0.00 km (0.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura:11.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
























