- Kategorie:
- Archiwalne wyprawy.5
- Drawieński Park Narodowy.29
- Francja.9
- Holandia 2014.6
- Karkonosze 2008.4
- Kresy wschodnie 2008.10
- Mazury na rowerze teściowej.19
- Mazury-Suwalszczyzna 2014.4
- Mecklemburgische Seenplatte.12
- Po Polsce.54
- Rekordy Misiacza (pow. 200 km).13
- Rowery Europy.15
- Rugia 2011.15
- Rugia od 2010....31
- Spreewald (Kraina Ogórka).4
- Szczecin i okolice.1382
- Szczecińskie Rajdy BS i RS.212
- U przyjaciół ....46
- Wypadziki do Niemiec.323
- Wyprawa na spływ tratwami 2008.4
- Wyprawa Oder-Neisse Radweg 2012.7
- Wyprawy na Wyspę Uznam.12
- Z Basią....230
- Z cyborgami z TC TEAM :))).34
Do wioski Wkrzan z Basią. Torgelow, Niemcy.
Sobota, 17 września 2011 | dodano: 18.09.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Ten wyjazd od jakiegoś czasu uniemożliwiała nam kapryśna pogoda. Basia chciała w tym roku pojechać do wioski Wkrzan w Torgelow w Niemczech. Tak prawdę mówiąc, to Basi nie chodziło tylko o wycieczkę (choć to był cel główny), ale przy okazji przekroczenie kolejnego dystansu dziennego ;))). No i udało się, wyszło ponad 138 km!
Przy okazji ja przekroczyłem swój rekord roczny i mam w 2011 za sobą ponad 7.000 km.
Naiwnie wierząc w przepowiednie sprawdzalnych dotąd serwisów pogodowych ICM i YR.NO o godzinie 7:10 ruszyliśmy na trasę. Ciepło nie było, bo około 9 st.C, ale zapowiadano słoneczko wyglądające zza chmurek…Taaa, zapowiadano. Kiedy dojechaliśmy do Lubieszyna, na nasze nosy spadło kilka kropel deszczu, których nie miało być. Zimno było przenikliwe i mimo, że wciągnąłem na siebie krótkie i długie spodnie, zbyt komfortowo się nie czułem, brakowało też mi dodatkowej bluzy. Nie powiem, że byłem przygotowany idealnie, czego nie lubię. Dobrze, że wziąłem czapeczkę, bo inaczej byłoby niewesoło…
Przekroczyliśmy granicę w Linken i ścieżką rowerową dojechaliśmy do skrętu na Tanger, żeby przejechać nasz ulubiony odcinek drogi wśród brzózek.
Słoneczka jak widać...nie widać.

Po niebie snuły się wredne chmurki, które tylko czekały, by spuścić zimny prysznic na Misiaczów. Prawie im się udało przed Blankensee, ale udało nam się schronić pod drzewem. Zrobiło się jeszcze zimniej i zaczęliśmy wątpić w powodzenie wyprawy. Cykloza jednak okazała się silniejsza i wkrótce jechaliśmy dróżką wśród lasów na Mewegen. Tam zauważyliśmy kolejne chmurzysko, więc korzystając z okazji zjedliśmy w wiacie małe co nieco. Chmura okazała się jednak cierpliwa i poczekała na nas z prysznicem do momentu, gdy wyjechaliśmy z wiaty ;). Znów ją jednak przechytrzyliśmy i udało nam się schronić w lesie. Opad trwał jakieś 5 minut i można było ruszać dalej. Znów się ochłodziło. Dobrze, że choć Basia miała na sobie kurtkę z softshella, ja niestety swoją zostawiłem w garażu („po co brać, ma być słońce i ciepełko”). Dobrze, że powoli rosła temperatura, a reszta opadów nas omijała, nie ma to jak umieć zaklinać deszcz. Zachciało się nam gorącej kawy, więc postanowiliśmy zajechać do folwarku w Rothenklempenow. Niestety, w jednej z sal przygotowywano uroczystości weselne, zaś restauracja w podziemiach dopiero się otwierała, więc po cyknięciu fotki ruszyliśmy w stronę Koblentz.
Zabudowania Schloss Rothenklempenow.

Jak zwykle droga wiodąca przez Dorotheenwalde była oficjalnie zamknięta, przypuszczałem, że tradycyjnie odcinek za mostkiem na rzeczce przed Breitenstein był podtopiony i miałem rację. Pojechaliśmy jednak dalej, bo ta sytuacja powtarza się tam tak często, że nawet „lokalsi” przestali się przejmować znakami ;).
"U-Basia" wynurza się z głębin ;))).

Dalej jechaliśmy przez Breitenstein, Koblentz, Krugsdorf, skąd oznakowanym szlakiem rowerowym koło ogródków działkowych i dalej przez Rothenburg i Friedberg dotarliśmy do przedmieść Pasewalku. Tam mieliśmy krótki postój na słodkie bułki, po czym od razu skierowaliśmy się ścieżką rowerową przez Viereck do Torgelow. W czasie postoju rozglądaliśmy się za grzybkami, czy aby nie rosną sobie tuż przy ścieżce, ale jako że był to skraj poligonu, prędzej byśmy znaleźli niewypał, o czym groźnym tonem informowała nas informacja Der Kommandanta umieszczona na tablicy.

Temperatura powoli rosła i zaczynało naprawdę wyglądać słońce. Wkrótce dojechaliśmy do Torgelow, gdzie na moment zajrzeliśmy do Castrum Turglowe, „wersji demo” zrekonstruowanej wioski Wkrzan, żywego skansenu znajdującego się kilka kilometrów dalej nad rzeką Wkrą (Ucker / Uecker, podobno są dwie opcje nazywania tej rzeki w Niemczech).

Rzeczka i słowiańskie łodzie przy nabrzeżu.

Zanim tam jednak pojechaliśmy, przyszedł czas na dokonanie testów kolejnego kebabu (w zasadzie to zawsze zamawiamy tzw. pizzę turecką podobną do rollo, ale nie należy tego mylić, bowiem ciasto jest zupełnie innego rodzaju) w kolejnym barze tureckim w tych rejonach. Bar taki znajduje się na rynku niedaleko rzeki, po prawej stronie za tym mostkiem.

Widok na „kebabownię”, do której zmierza Basia.

Posiłek okazał się znakomity w smaku, przydzieliliśmy mu drugą lokatę po kebabie serwowanym w budce na deptaku w Prenzlau (kebab znad jeziora w Prezlau nie kwalifikuje się do konkursu;)), którą zajmuje teraz ex equo z kebabem z Ueckermunde. Trzecie miejsce zajmuje w tej chwili kebab z Pasewalku. Przy kwalifikowaniu do konkursu bierzemy również pod uwagę, czy nie zalega on potem godzinami w żołądku, których to kwalifikacji nie przeszedł kebab z Prenzlau znad jeziora. Co do kawy, to tej nie polecam w tym miejscu, lurowata…najlepsza wg nas jest w „Bimbisiku” koło Hintersee (stosunek jakość do ceny). Fajnie się siedziało, ale czas było się zbierać.
Widok na rozleniwioną miłośniczkę Tuerkische Pizza ;).

Droga do skansenu wiedzie za kościołem w prawo, trzeba jechać cały czas ścieżką wzdłuż rzeki.

Jazda okazała się daremna, bowiem z powodu wysokiego stanu wody w rzece skansen był „geschlossen” (zamknięty). Nie bardzo wiem, co ma jedno do drugiego, ale niech będzie. Czasu do zmierzchu było coraz mniej, a dystans spory. Relacja z wyjazdu, kiedy skansen był otwarty znajduje się TUTAJ.

Jedyne zdjęcia stamtąd teraz zrobiłem przez płotek, więc widać niewiele.


Wjechaliśmy na mostek koło skansenu, bowiem rzeka prezentowała się bardzo malowniczo.

Skansen po prawej…nie wygląda to na zagrożenie powodziowe.

Droga dla rowerów wiedzie wzdłuż rzeki Wkry, widoczna tu jest po lewej stronie (no, powiedzmy, że trochę ją widać).

Dojeżdżając do Eggesin, zatrzymaliśmy się w lesie na przerwę, w czasie której Basia natknęła się momentalnie na trzy podgrzybki, co mogło wróżyć, że jest ich tam więcej. Nie było więcej. Ja natknąłem się na stado komarów, które nie omieszkały mnie skosztować. Myślałem, że te cholery już wyzdychały w czasie zimnych nocy, ale jak widać dieta oparta na krwi dobrze służy ich zdrowiu.

Po dojechaniu do Eggesin, gdzie Basia dość długo odkrztuszała połkniętą muchę plan mieliśmy sprecyzowany (wiem, wiem…jesteśmy monotematyczni). Plan był więc taki, aby po dojechaniu do Ahlbeck, zamiast jechać prosto do Hintersee, odbić w lewo na Rieth. Wiadomo po co. Na przepyszny sernik w miejscowej „Cafe de Kloenstuw”, który zamierzaliśmy „upolować” za trzecim podejściem (za pierwszym razem był, za drugim się nie udało). Wiemy, że jest mnóstwo ciekawych miejsc, a my ciągle się tam pchamy, ale atmosfera tego miejsca jest tak kojąca, że moglibyśmy tam bywać co tydzień. Mieliśmy szczęście, że było otwarte, choć nieco krócej niż zwykle, bo od 14:00 do 16:00, nam się jednak udało tam być o 14:30. Stróż przybytku miał dziś lenia ;).

Dziś niestety znów polowanie na sernik się nie udało, więc po raz kolejny spróbowaliśmy innych wyrobów pani Katji Gaugel (cóż za germańskie imię;))), tym razem padło na ciasto czekoladowe i ciasto ze śliwkami, oba dobre, ale czekoladowe zdecydowanie lepsze.
Stolików pod brzozami tym razem nie było, pewnie ze względu na skrócone godziny otwarcia.

Jak już się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Oznaczało to, że w drogę powrotną ruszyliśmy szlakiem dawnej kolejki wąskotorowej w stronę Hintersee, gdzie mieliśmy dokonać kolejnego polowania – na otwarty „Bimbisik” (dla niewtajemniczonych: przydrożną budkę Imbiss z kawą i jedzonkiem). Najwyraźniej „Bimbisik” jest otwarty (lub w ogóle jest na miejscu) tylko wtedy, kiedy jadę tam sam z Basią, bowiem w czasie dwóch innych podejść z ekipą BS / RS raz go nie było na miejscu, a innym razem był zamknięty. Tym razem czekał na nas otwarty :)!

Kawa tam serwowana bardzo nam smakuje, oczywiście biorąc pod uwagę, że nie jest to specjalistyczna kawiarnia, a zwykła budka. Co ciekawe, kosztuje 0,50 EUR i jest mocna i aromatyczna, podczas gdy za lurę u Turka zapłaciliśmy 1,75 EUR. Tu moglibyśmy mieć za to trzy kubeczki smaczniejszego napoju.
Ja z kolei zamówiłem dla siebie ciekawostkę – gotowane kabanosy, do tego chleb i musztarda.
Smakuje wybornie, a koszt zachęcający do kolejnych odwiedzin: 1,50 EUR za porcję (tylko nie sugerować się moją miną, naprawdę mi smakowało;))).

Znowu nie chciało nam się ruszać, ale dochodziła godzina 16:00, a do domu mieliśmy około 40 km, więc czas było się zbierać. Dobrze znaną trasą przez Dobieszczyn dotarliśmy do Tanowa, a ruch o dziwo nie był tym razem duży. Może grzyby już „pochowały” się przed zimnem ;)?
Od Tanowa dojechaliśmy ścieżką na Głębokie, skąd przez Taczaka i Centralny dotarliśmy na Pomorzany. Basia jakieś 3 km przed celem deklarowała, że ma zasoby sił na 160 km, jednak te deklaracje zmieniły się, kiedy byliśmy już prawie pod domem, wydaje mi się, że gdy czuje się metę pod nosem, motywacja spada ;).
Co by jednak nie mówić, kolejny rekordzik ma i Basia (> 138 km w jeden dzień i potencjał stale rośnie) i ja (> 7.000 km w tym roku), zaś trasa obfitowała we wspaniałe widoki i atrakcje kulinarne, a pogoda mimo początkowych zaczepek zdecydowała się jednak z nami współpracować ;).
Temperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2667 (kcal)
Przy okazji ja przekroczyłem swój rekord roczny i mam w 2011 za sobą ponad 7.000 km.
Naiwnie wierząc w przepowiednie sprawdzalnych dotąd serwisów pogodowych ICM i YR.NO o godzinie 7:10 ruszyliśmy na trasę. Ciepło nie było, bo około 9 st.C, ale zapowiadano słoneczko wyglądające zza chmurek…Taaa, zapowiadano. Kiedy dojechaliśmy do Lubieszyna, na nasze nosy spadło kilka kropel deszczu, których nie miało być. Zimno było przenikliwe i mimo, że wciągnąłem na siebie krótkie i długie spodnie, zbyt komfortowo się nie czułem, brakowało też mi dodatkowej bluzy. Nie powiem, że byłem przygotowany idealnie, czego nie lubię. Dobrze, że wziąłem czapeczkę, bo inaczej byłoby niewesoło…
Przekroczyliśmy granicę w Linken i ścieżką rowerową dojechaliśmy do skrętu na Tanger, żeby przejechać nasz ulubiony odcinek drogi wśród brzózek.
Słoneczka jak widać...nie widać.
Po niebie snuły się wredne chmurki, które tylko czekały, by spuścić zimny prysznic na Misiaczów. Prawie im się udało przed Blankensee, ale udało nam się schronić pod drzewem. Zrobiło się jeszcze zimniej i zaczęliśmy wątpić w powodzenie wyprawy. Cykloza jednak okazała się silniejsza i wkrótce jechaliśmy dróżką wśród lasów na Mewegen. Tam zauważyliśmy kolejne chmurzysko, więc korzystając z okazji zjedliśmy w wiacie małe co nieco. Chmura okazała się jednak cierpliwa i poczekała na nas z prysznicem do momentu, gdy wyjechaliśmy z wiaty ;). Znów ją jednak przechytrzyliśmy i udało nam się schronić w lesie. Opad trwał jakieś 5 minut i można było ruszać dalej. Znów się ochłodziło. Dobrze, że choć Basia miała na sobie kurtkę z softshella, ja niestety swoją zostawiłem w garażu („po co brać, ma być słońce i ciepełko”). Dobrze, że powoli rosła temperatura, a reszta opadów nas omijała, nie ma to jak umieć zaklinać deszcz. Zachciało się nam gorącej kawy, więc postanowiliśmy zajechać do folwarku w Rothenklempenow. Niestety, w jednej z sal przygotowywano uroczystości weselne, zaś restauracja w podziemiach dopiero się otwierała, więc po cyknięciu fotki ruszyliśmy w stronę Koblentz.
Zabudowania Schloss Rothenklempenow.
Jak zwykle droga wiodąca przez Dorotheenwalde była oficjalnie zamknięta, przypuszczałem, że tradycyjnie odcinek za mostkiem na rzeczce przed Breitenstein był podtopiony i miałem rację. Pojechaliśmy jednak dalej, bo ta sytuacja powtarza się tam tak często, że nawet „lokalsi” przestali się przejmować znakami ;).
"U-Basia" wynurza się z głębin ;))).
Dalej jechaliśmy przez Breitenstein, Koblentz, Krugsdorf, skąd oznakowanym szlakiem rowerowym koło ogródków działkowych i dalej przez Rothenburg i Friedberg dotarliśmy do przedmieść Pasewalku. Tam mieliśmy krótki postój na słodkie bułki, po czym od razu skierowaliśmy się ścieżką rowerową przez Viereck do Torgelow. W czasie postoju rozglądaliśmy się za grzybkami, czy aby nie rosną sobie tuż przy ścieżce, ale jako że był to skraj poligonu, prędzej byśmy znaleźli niewypał, o czym groźnym tonem informowała nas informacja Der Kommandanta umieszczona na tablicy.
Temperatura powoli rosła i zaczynało naprawdę wyglądać słońce. Wkrótce dojechaliśmy do Torgelow, gdzie na moment zajrzeliśmy do Castrum Turglowe, „wersji demo” zrekonstruowanej wioski Wkrzan, żywego skansenu znajdującego się kilka kilometrów dalej nad rzeką Wkrą (Ucker / Uecker, podobno są dwie opcje nazywania tej rzeki w Niemczech).
Rzeczka i słowiańskie łodzie przy nabrzeżu.
Zanim tam jednak pojechaliśmy, przyszedł czas na dokonanie testów kolejnego kebabu (w zasadzie to zawsze zamawiamy tzw. pizzę turecką podobną do rollo, ale nie należy tego mylić, bowiem ciasto jest zupełnie innego rodzaju) w kolejnym barze tureckim w tych rejonach. Bar taki znajduje się na rynku niedaleko rzeki, po prawej stronie za tym mostkiem.
Widok na „kebabownię”, do której zmierza Basia.
Posiłek okazał się znakomity w smaku, przydzieliliśmy mu drugą lokatę po kebabie serwowanym w budce na deptaku w Prenzlau (kebab znad jeziora w Prezlau nie kwalifikuje się do konkursu;)), którą zajmuje teraz ex equo z kebabem z Ueckermunde. Trzecie miejsce zajmuje w tej chwili kebab z Pasewalku. Przy kwalifikowaniu do konkursu bierzemy również pod uwagę, czy nie zalega on potem godzinami w żołądku, których to kwalifikacji nie przeszedł kebab z Prenzlau znad jeziora. Co do kawy, to tej nie polecam w tym miejscu, lurowata…najlepsza wg nas jest w „Bimbisiku” koło Hintersee (stosunek jakość do ceny). Fajnie się siedziało, ale czas było się zbierać.
Widok na rozleniwioną miłośniczkę Tuerkische Pizza ;).
Droga do skansenu wiedzie za kościołem w prawo, trzeba jechać cały czas ścieżką wzdłuż rzeki.
Jazda okazała się daremna, bowiem z powodu wysokiego stanu wody w rzece skansen był „geschlossen” (zamknięty). Nie bardzo wiem, co ma jedno do drugiego, ale niech będzie. Czasu do zmierzchu było coraz mniej, a dystans spory. Relacja z wyjazdu, kiedy skansen był otwarty znajduje się TUTAJ.
Jedyne zdjęcia stamtąd teraz zrobiłem przez płotek, więc widać niewiele.
Wjechaliśmy na mostek koło skansenu, bowiem rzeka prezentowała się bardzo malowniczo.
Skansen po prawej…nie wygląda to na zagrożenie powodziowe.
Droga dla rowerów wiedzie wzdłuż rzeki Wkry, widoczna tu jest po lewej stronie (no, powiedzmy, że trochę ją widać).

Rzeka Uecker (Wkra) w okolicach Torgelow.© Misiacz
Dojeżdżając do Eggesin, zatrzymaliśmy się w lesie na przerwę, w czasie której Basia natknęła się momentalnie na trzy podgrzybki, co mogło wróżyć, że jest ich tam więcej. Nie było więcej. Ja natknąłem się na stado komarów, które nie omieszkały mnie skosztować. Myślałem, że te cholery już wyzdychały w czasie zimnych nocy, ale jak widać dieta oparta na krwi dobrze służy ich zdrowiu.
Po dojechaniu do Eggesin, gdzie Basia dość długo odkrztuszała połkniętą muchę plan mieliśmy sprecyzowany (wiem, wiem…jesteśmy monotematyczni). Plan był więc taki, aby po dojechaniu do Ahlbeck, zamiast jechać prosto do Hintersee, odbić w lewo na Rieth. Wiadomo po co. Na przepyszny sernik w miejscowej „Cafe de Kloenstuw”, który zamierzaliśmy „upolować” za trzecim podejściem (za pierwszym razem był, za drugim się nie udało). Wiemy, że jest mnóstwo ciekawych miejsc, a my ciągle się tam pchamy, ale atmosfera tego miejsca jest tak kojąca, że moglibyśmy tam bywać co tydzień. Mieliśmy szczęście, że było otwarte, choć nieco krócej niż zwykle, bo od 14:00 do 16:00, nam się jednak udało tam być o 14:30. Stróż przybytku miał dziś lenia ;).
Dziś niestety znów polowanie na sernik się nie udało, więc po raz kolejny spróbowaliśmy innych wyrobów pani Katji Gaugel (cóż za germańskie imię;))), tym razem padło na ciasto czekoladowe i ciasto ze śliwkami, oba dobre, ale czekoladowe zdecydowanie lepsze.
Stolików pod brzozami tym razem nie było, pewnie ze względu na skrócone godziny otwarcia.
Jak już się powiedziało A, to trzeba powiedzieć i B. Oznaczało to, że w drogę powrotną ruszyliśmy szlakiem dawnej kolejki wąskotorowej w stronę Hintersee, gdzie mieliśmy dokonać kolejnego polowania – na otwarty „Bimbisik” (dla niewtajemniczonych: przydrożną budkę Imbiss z kawą i jedzonkiem). Najwyraźniej „Bimbisik” jest otwarty (lub w ogóle jest na miejscu) tylko wtedy, kiedy jadę tam sam z Basią, bowiem w czasie dwóch innych podejść z ekipą BS / RS raz go nie było na miejscu, a innym razem był zamknięty. Tym razem czekał na nas otwarty :)!
Kawa tam serwowana bardzo nam smakuje, oczywiście biorąc pod uwagę, że nie jest to specjalistyczna kawiarnia, a zwykła budka. Co ciekawe, kosztuje 0,50 EUR i jest mocna i aromatyczna, podczas gdy za lurę u Turka zapłaciliśmy 1,75 EUR. Tu moglibyśmy mieć za to trzy kubeczki smaczniejszego napoju.
Ja z kolei zamówiłem dla siebie ciekawostkę – gotowane kabanosy, do tego chleb i musztarda.
Smakuje wybornie, a koszt zachęcający do kolejnych odwiedzin: 1,50 EUR za porcję (tylko nie sugerować się moją miną, naprawdę mi smakowało;))).
Znowu nie chciało nam się ruszać, ale dochodziła godzina 16:00, a do domu mieliśmy około 40 km, więc czas było się zbierać. Dobrze znaną trasą przez Dobieszczyn dotarliśmy do Tanowa, a ruch o dziwo nie był tym razem duży. Może grzyby już „pochowały” się przed zimnem ;)?
Od Tanowa dojechaliśmy ścieżką na Głębokie, skąd przez Taczaka i Centralny dotarliśmy na Pomorzany. Basia jakieś 3 km przed celem deklarowała, że ma zasoby sił na 160 km, jednak te deklaracje zmieniły się, kiedy byliśmy już prawie pod domem, wydaje mi się, że gdy czuje się metę pod nosem, motywacja spada ;).
Co by jednak nie mówić, kolejny rekordzik ma i Basia (> 138 km w jeden dzień i potencjał stale rośnie) i ja (> 7.000 km w tym roku), zaś trasa obfitowała we wspaniałe widoki i atrakcje kulinarne, a pogoda mimo początkowych zaczepek zdecydowała się jednak z nami współpracować ;).
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
138.30 km (15.00 km teren), czas: 07:40 h, avg:18.04 km/h,
prędkość maks: 52.00 km/hTemperatura:9.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2667 (kcal)
Wycieczka za Tanowo przed zsyłką Jurka...
Piątek, 16 września 2011 | dodano: 16.09.2011Kategoria Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Z cyborgami z TC TEAM :)))
Ponieważ Jurek wyjeżdża jutro na kolejną zsyłkę do pracy, na godzinę 12:00 umówiliśmy się "pod ptakami" (Pomnik Czynu Polaków) na pożegnalny spacerek rowerowy (dziś naprawdę spacerek).
Skoczyliśmy na chwilę do Foto Bestu, po drodze natykając się na taką oto nowoczesną rzeźbę stojącą przed Urzędem Miejskim pn. "Błyskotka".

Potem skierowaliśmy się przez Jasne Błonia i Las Arkoński do Tanowa.


Od Głębokiego do Pilchowa przejechaliśmy leśnymi ścieżkami, które niespecjalnie podobają się Jurkowi, choć jeździ na rowerze MTB.
Ścieżką rowerową dotarliśmy spokojnie do Tanowa, a dalej pojechaliśmy sprawdzić postępy na budowie ścieżki od Tanowa do Polic.
Jeszcze trochę trzeba porobić...

Tą samą trasą wróciliśmy do Szczecina, gdzie pożegnaliśmy się na wysokości ulicy Ostrawickiej.

Po południu wybraliśmy się z Basią samochodem na nordic walking na Głębokie. Jadąc al. Wojska Polskiego zauważyliśmy znajome sylwetki rowerzystów, dwóch Pawłów: "Sargatha" i "Axisa". Jechali również w stronę Głębokiego, więc lekko zatrąbiłem. W takich sytuacjach w Sargatha wstępuje duch walki z kierowcami i tym razem już coś mamrotał pod nosem, dopóki nie rozpoznał Misiacza. ;)
Jakoś odruchowo skręciłem w stronę Arkońskiej, zamiast jechać prosto nad jezioro, więc Pawły odjechały. Po chwili dogoniłem ich na wysokości jednostki wojskowej. Znając zadziorny charakterek Sargatha, podjechałem do niego prawym bokiem samochodu, więc mnie nie widział i chcąc go podpuścić przez okno wydarłem się:
"JAK JEŹDZISZ BARANIE??!!"
...i powoli ruszyłem przed siebie. ;)))
Nie poznał mojego samochodu, bo wcześniej widział tylko przód, a poza tym dziś jechaliśmy naszą Cariną "staruszką".
Tego tylko było trzeba było Sargathowi - stanął na pedały i ruszył za mną w pościg, chcąc oczywiście wymierzyć sprawiedliwość i pewnie wywalić z siebie, co myśli o takich krzykaczach! ;)))
Na szczęście mnie rozpoznał i w całości dojechałem na Głębokie. ;)
Widok Głębokiego - przepiękny - niestety, akurat teraz miałem tylko komórkę, więc jakość marna...Spacerek NW miał 6 km...
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 946 (kcal)
Skoczyliśmy na chwilę do Foto Bestu, po drodze natykając się na taką oto nowoczesną rzeźbę stojącą przed Urzędem Miejskim pn. "Błyskotka".

Garbus. Rzeźba nowoczesna przed Urzędem Miasta.© Misiacz
Potem skierowaliśmy się przez Jasne Błonia i Las Arkoński do Tanowa.
Od Głębokiego do Pilchowa przejechaliśmy leśnymi ścieżkami, które niespecjalnie podobają się Jurkowi, choć jeździ na rowerze MTB.
Ścieżką rowerową dotarliśmy spokojnie do Tanowa, a dalej pojechaliśmy sprawdzić postępy na budowie ścieżki od Tanowa do Polic.
Jeszcze trochę trzeba porobić...
Tą samą trasą wróciliśmy do Szczecina, gdzie pożegnaliśmy się na wysokości ulicy Ostrawickiej.
Po południu wybraliśmy się z Basią samochodem na nordic walking na Głębokie. Jadąc al. Wojska Polskiego zauważyliśmy znajome sylwetki rowerzystów, dwóch Pawłów: "Sargatha" i "Axisa". Jechali również w stronę Głębokiego, więc lekko zatrąbiłem. W takich sytuacjach w Sargatha wstępuje duch walki z kierowcami i tym razem już coś mamrotał pod nosem, dopóki nie rozpoznał Misiacza. ;)
Jakoś odruchowo skręciłem w stronę Arkońskiej, zamiast jechać prosto nad jezioro, więc Pawły odjechały. Po chwili dogoniłem ich na wysokości jednostki wojskowej. Znając zadziorny charakterek Sargatha, podjechałem do niego prawym bokiem samochodu, więc mnie nie widział i chcąc go podpuścić przez okno wydarłem się:
"JAK JEŹDZISZ BARANIE??!!"
...i powoli ruszyłem przed siebie. ;)))
Nie poznał mojego samochodu, bo wcześniej widział tylko przód, a poza tym dziś jechaliśmy naszą Cariną "staruszką".
Tego tylko było trzeba było Sargathowi - stanął na pedały i ruszył za mną w pościg, chcąc oczywiście wymierzyć sprawiedliwość i pewnie wywalić z siebie, co myśli o takich krzykaczach! ;)))
Na szczęście mnie rozpoznał i w całości dojechałem na Głębokie. ;)
Widok Głębokiego - przepiękny - niestety, akurat teraz miałem tylko komórkę, więc jakość marna...Spacerek NW miał 6 km...
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
45.31 km (12.00 km teren), czas: 02:18 h, avg:19.70 km/h,
prędkość maks: 36.00 km/hTemperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 946 (kcal)
"Spacerek" z Jurkiem i Piotrkem ;)
Środa, 14 września 2011 | dodano: 14.09.2011Kategoria Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Z cyborgami z TC TEAM :)))
Zgadaliśmy się dziś z Jurkiem na godzinę 12:30 pod Pomnikiem Czynu Polaków, aby wybrać się na rowerowy spacerek. Jurek krążył wokół pomnika, kiedy dojechałem na miejsce. Zacząłem krążyć tuż za nim, zastanawiając się, kiedy mnie w końcu zauważy. Zauważył po całym dużym okrążeniu placu, kiedy zacząłem mocno "klamkować" hamulcami ;).
No to czas było ruszyć na spacer. Traf jednak chciał, że Jurek miał interes w sklepie rowerowym Mad Bike, do którego faktycznie dojechaliśmy spacerowo. Wchodząc do sklepu, natknęliśmy się na Małgosię "Rowerzystkę", która szukała dla siebie kasku (dodam, że to już moje drugie spotkanie z Małgosią, kiedy szukała kasku). W sklepie był również Piotrek "g286", który się do nas przyłączył. Kiedy powiedzieliśmy, że jedziemy spacerowo, zaproponował wypadzik do ... Nowego Warpna! ;))) Oczywiście nie było mowy o takim dystansie, ale już wiedzieliśmy, że z nim to ze spaceru nici ;))).
No, względnie spacerowo przejechaliśmy przez Las Arkoński, skąd po krókiej przerwie pojechaliśmy w stronę Bartoszewa.

Spacerowe tempo oscylowało wokół 30 km/h ;).
W Bartoszewie Jurek i Piotrek zaproponowali powrót lasem w stronę Głębokiego czerwonym szlakiem. O ile oni na rowerkach MTB jakoś dawali radę jechać po piaszczystej drodze zniszczonej przez "koniarzy", o tyle ja na swoich cienkich oponach trekkingowych notorycznie się zakopywałem, dwa razy o mało co nie zaliczając gleby. Zawróciliśmy więc i pojechaliśmy trasą tzw. "pętli sławoszewskiej".
Za Dobrą dostaliśmy wiatr w plecy i było lekko z górki (no co, nie było?;)) i ...wiem, wiem...przepraszam Jurek, ale troszkę mnie poniosło, mieliśmy być grzeczni, bo Jurek na antybiotyku ;(((...i tak mnie jakoś bezmyślnie niosło te 35-40 km/h, potem zmianę dał Piotrek i dochodziło do 42 km/h. Tak to dojechaliśmy na Głębokie, gdzie okazało się, że Jurek nie miał nic do picia.
Na pytanie "Czemu nic nie mówiłeś?" odpowiedział: "Nie było kiedy" ;).

Na szczęście miałem zapasowe pół litra gazowanej wody, które wsiąkło w Jurka jak w Saharę ;).
Potem już naprawdę spacerowo przejechaliśmy ponownie Laskiem Arkońskim, przed Parkiem Kasprowicza pożegnaliśmy Jurka, a my z Piotrkiem rozjechaliśmy się przy Urzędzie Miejskim.
W drodze powrotnej zajechałem jeszcze na działkę do taty, który z Karkonoszy przywiózł mi prawdziwe piwo, mój ulubiony "Lwówek Książęcy".
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1119 (kcal)
No to czas było ruszyć na spacer. Traf jednak chciał, że Jurek miał interes w sklepie rowerowym Mad Bike, do którego faktycznie dojechaliśmy spacerowo. Wchodząc do sklepu, natknęliśmy się na Małgosię "Rowerzystkę", która szukała dla siebie kasku (dodam, że to już moje drugie spotkanie z Małgosią, kiedy szukała kasku). W sklepie był również Piotrek "g286", który się do nas przyłączył. Kiedy powiedzieliśmy, że jedziemy spacerowo, zaproponował wypadzik do ... Nowego Warpna! ;))) Oczywiście nie było mowy o takim dystansie, ale już wiedzieliśmy, że z nim to ze spaceru nici ;))).
No, względnie spacerowo przejechaliśmy przez Las Arkoński, skąd po krókiej przerwie pojechaliśmy w stronę Bartoszewa.

Przerwa w Lasku Arkońskim. Jurek i Piotrek mędrkują nad rowerem. ;)© Misiacz
Spacerowe tempo oscylowało wokół 30 km/h ;).
W Bartoszewie Jurek i Piotrek zaproponowali powrót lasem w stronę Głębokiego czerwonym szlakiem. O ile oni na rowerkach MTB jakoś dawali radę jechać po piaszczystej drodze zniszczonej przez "koniarzy", o tyle ja na swoich cienkich oponach trekkingowych notorycznie się zakopywałem, dwa razy o mało co nie zaliczając gleby. Zawróciliśmy więc i pojechaliśmy trasą tzw. "pętli sławoszewskiej".
Za Dobrą dostaliśmy wiatr w plecy i było lekko z górki (no co, nie było?;)) i ...wiem, wiem...przepraszam Jurek, ale troszkę mnie poniosło, mieliśmy być grzeczni, bo Jurek na antybiotyku ;(((...i tak mnie jakoś bezmyślnie niosło te 35-40 km/h, potem zmianę dał Piotrek i dochodziło do 42 km/h. Tak to dojechaliśmy na Głębokie, gdzie okazało się, że Jurek nie miał nic do picia.
Na pytanie "Czemu nic nie mówiłeś?" odpowiedział: "Nie było kiedy" ;).

Odpoczynek na Głębokim.© Misiacz
Na szczęście miałem zapasowe pół litra gazowanej wody, które wsiąkło w Jurka jak w Saharę ;).
Potem już naprawdę spacerowo przejechaliśmy ponownie Laskiem Arkońskim, przed Parkiem Kasprowicza pożegnaliśmy Jurka, a my z Piotrkiem rozjechaliśmy się przy Urzędzie Miejskim.
W drodze powrotnej zajechałem jeszcze na działkę do taty, który z Karkonoszy przywiózł mi prawdziwe piwo, mój ulubiony "Lwówek Książęcy".
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
50.36 km (7.00 km teren), czas: 02:20 h, avg:21.58 km/h,
prędkość maks: 43.00 km/hTemperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1119 (kcal)
Do Jurka z probiotykiem ;)
Wtorek, 13 września 2011 | dodano: 13.09.2011Kategoria Szczecin i okolice
Dziś zachciało mi się jechać na Głębokie, ale w sumie nie pojechałem tam, a do Jurka, który ma akurat tydzień urlopu od pracy na wyjeździe.
Jako, że chłopisko łyka antybiotyk, podskoczyłem jeszcze do apteki po probiotyki, które mu obiecałem podrzucić.
Przemknąłem przez Pogodno, Park Kasprowicza i znalazłem się na rozkopanej ul. Arkońskiej.

Przejechałem przez Broniewskiego, znalazłem się na rozkopanej ul. Chopina, więc próbowałem jakoś przedrzeć się przez rozkopaną ul. Zakole i różnymi opłotkami się udało. Wszystko rozkopane...ale ma być lepiej. ;)
Tak to dostałem się do Jurka.

Jesień nadciąga szybko i po godzinie 19:30 zaczęło się już mocno ściemniać.
Zjeżdżając z ul. Wilczej ciągnąłem się w korku, który stworzyła wlekąca się nauka jazdy. Kiedy droga jednojezdniowa zamieniła się w dwujezdniową, nie pozostało nic innego jak wrzucić 57 km/h na licznik i wyprzedzić zawalidrogę. Mam nadzieję, że po moim uśmiechu skierowanym do wnętrza "L"-ki instruktor rzucił dziewczynce: "Jedź szybciej, bo nawet rowery nas wyprzedzają" ;)))
Kiedy dojechałem na Wały Chrobrego, zrobiło się już prawie "na poważnie" ciemno, a nie było jeszcze godziny 20:00.
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 431 (kcal)
Jako, że chłopisko łyka antybiotyk, podskoczyłem jeszcze do apteki po probiotyki, które mu obiecałem podrzucić.
Przemknąłem przez Pogodno, Park Kasprowicza i znalazłem się na rozkopanej ul. Arkońskiej.

Arkońska w remoncie. Szczecin.© Misiacz
Przejechałem przez Broniewskiego, znalazłem się na rozkopanej ul. Chopina, więc próbowałem jakoś przedrzeć się przez rozkopaną ul. Zakole i różnymi opłotkami się udało. Wszystko rozkopane...ale ma być lepiej. ;)
Tak to dostałem się do Jurka.

U Jurka. Dostawa probiotyku.© Misiacz
Jesień nadciąga szybko i po godzinie 19:30 zaczęło się już mocno ściemniać.
Zjeżdżając z ul. Wilczej ciągnąłem się w korku, który stworzyła wlekąca się nauka jazdy. Kiedy droga jednojezdniowa zamieniła się w dwujezdniową, nie pozostało nic innego jak wrzucić 57 km/h na licznik i wyprzedzić zawalidrogę. Mam nadzieję, że po moim uśmiechu skierowanym do wnętrza "L"-ki instruktor rzucił dziewczynce: "Jedź szybciej, bo nawet rowery nas wyprzedzają" ;)))
Kiedy dojechałem na Wały Chrobrego, zrobiło się już prawie "na poważnie" ciemno, a nie było jeszcze godziny 20:00.

Wały Chrobrego. Szczecin.© Misiacz
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
20.50 km (4.00 km teren), czas: 01:02 h, avg:19.84 km/h,
prędkość maks: 57.00 km/hTemperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 431 (kcal)
Z małym Krysiorkiem do Altwarp...
Poniedziałek, 12 września 2011 | dodano: 12.09.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Wiem, że się powtarzam, ale wyjazdy w okolice Rieth i Altwarp mają dla mnie taki klimat, że ile razy bym tam nie jechał - zawsze mi się podoba.
Na dodatek mam chęć podzielić się tymi wrażeniami z innymi.
Tym razem wyjazd odbył się w gronie rodzinnym, oprócz mnie była jeszcze moja Basia "Misiaczowa", brat Krzysiek, bratowa Kasia i największy kox ze wszystkich koxów, czyli moja 3-letnia bratanica Krysia vel "Krysiorek" z BS (jej wpis z dzisiejszego wyjazdu znajduje się TUTAJ (KLIK)).
Jako, że nie wszyscy mają taką formę jak Krysia, więc do Rieth rowery zawieźliśmy samochodami.

Na miejscu Krysia jak zwykle dokonała technicznych oględzin sprzętu taty.

Przegląd wypadł średnio, hamulec nie za dobrze wyregulowany i czujne oko Krysi szybko wyłapało defekt.

Chwila motywacyjnej pogawędki z wujkiem Misiaczem i czas ruszać w drogę.

Trzeba tylko sprawdzić, czy cały ekwpiunek spakowany. ;)))

A ja Wam mówię - Krysiorek jeszcze nam wszystkim pokaże, na co ją stać! ;)

Udało się wreszcie ruszyć.
Przejechaliśmy przez "centrum" Rieth i tradycyjnie skierowaliśmy się na ścieżkę do Warsin.


Przy wieży widokowej nad Neuwarper See tradycyjnie zatrzymaliśmy się na postój, tym razem również po to, aby podkarmić i "odcedzić" Krysię.


Mała oczywiście na wieżę chciała włazić sama, podobnie było ze złażeniem.

Dalej trasa wiodła przez las nową asfaltową ścieżką, która następnie przechodzi w szutrową, by przed samym Warsin znów przybrać postać asfaltową. Tam skręciliśmy na wschód w kierunku Altwarp. Ścieżka jak zawsze znakomita, choć długi prosty odcinek nieco przynudza, zwłaszcza najmłodszą rowerzystkę, która dla odmiany zarządziła marsz. ;)))

Swojego tatusia, zbyt gorliwie dyskutującego na temat braku logiki tego pomysłu szybko sprowadziła na ziemię kilkoma szybkimi ciosami karate. ;)))

Sprawę trzeba było załatwić z użyciem dyplomacji, a nie ma lepszej metody niż powiedzieć, że musimy zdążyć na pyszną bułę.
Słowa typu buła, kanapka, obiadek, jedzonko zawsze działają cuda w przypadku małej karateczki i po chwili siedziała w foteliku i jechaliśmy w stronę Altwarp.
W zasadzie zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo była godzina 14:30, a lokal w porcie był zamykany o godzinie 15:00. Wszyscy dostaliśmy swoje buły, my z Basią wzięliśmy Fischbroetchen ze śledziem Bismark, a reszta rodzinki z Buttermakrele (rybka maślana).

Po spałaszowaniu pyszności, wybrałem się z Krysią na krótki spacer po porcie. Krajobraz portowy zmienił się od ostatniej wizyty, bowiem zniknął z niego duży, rdzewiejący prom, który swego czasu kursował między Altwarp a Nowym Warpnem w "alkoholowych" rejsach w strefie wolnocłowej.

Kasia i Krzyś w tym czasie sączyli przepyszne piwko bezalkoholowe "Lubzer", które w przeciwieństwie do innych produktów tej firmy nadal warzone jest zgodnie z prawem o czystości piwa z roku 1516. Napój jest oczywiście "isotonisch" jak głosi napis na naklejce. ;)

Po najedzeniu się jak zwykle nikomu nie chciało się ruszyć tym bardziej, że w miejscowości tej panuje wyjątkowo błogi nastrój.

Trzeba było jednak w końcu się podnieść i ruszyć w drogę powrotną. Przejeżdżając przez Altwarp pokazałem rodzince miejsce, w którym ostatnio nocowaliśmy z Basią w czasie naszego dwudniowego wyjazdu rowerowego z sakwami.

Dojechaliśmy do Warsin i znów toczyliśmy się malowniczą szutrówką przez lasy...

Motywacja była spora, bowiem następnym celem była klimatyczna kawiarnia "Cafe de Kloenstuw" w Rieth, gdzie gospodyni serwuje przepyszne ciasta własnego wyrobu, my napaleni byliśmy na niesamowity sernik, który jedliśmy tam w czasie ostatniej wizyty z ekipą BS i RS. Jak zwykle przywitał nas przesympatyczny futrzak. ;)

Jak podejrzewałem tak było. Po prostu sernik ten jest tak znakomity, że znika z menu w zastraszającym tempie. Już nie było. Szkoda...Nie pozostało nic innego, jak skosztować innych wyrobów - tym razem padło na ciasto serowe z malinami i ciasto z jagodami, a do tego aromatyczna kawka.
W takiej scenerii wszystko smakowało znakomicie.

Jakość i smak ciasta zostały potwierdzone próbami dokonanymi przez niezależnego eksperta. ;)

Jako, że ciasto szybciutko się skończyło, nasz "ekspert" zabrał mnie na spacer po przyległościach kawiarni.

Zabytkowy rower służący jako kwietnik.

Zabytkowa pralka.

Zabytkowy Misiacz.

Gdyby ktoś miał chęć zajrzeć na stronkę tej kawiarni, to tu jest adres:

Nie powiem, że serdecznie polecam to miejsce, bo jeżeli je polecę, to sernika już nigdy tam nie uświadczę. ;)))
Jak zwykle, pobyt w fajnym miejscu wywołuje błogość, która sprawia, że nie chce się stamtąd wychodzić.
Nadszedł jednak czas powrotu, trzeba było pojmać brykającą Krysię i jechać na parking, by załadować rowery na samochody.

Ruszyliśmy w drogę powrotną...
P.S.
Wracało się nawet też błogo, dopóki przed Gegensee nie pojawił się jakiś tuman w wypasionej bordowej mazdzie na szczecińskich numerach rejestracyjnych. Przestrzeganie przepisów to przecież nie dla niego i musiał się wykazać swoim ego wyprzedzając w idiotycznych miejscach z niedozwoloną prędkością. Do szału doprowadzał go zwłaszcza jadący przed nim ford na niemieckich numerach, który ściśle stosował się do przepisów. Szczeciński kretyn w pewnym momencie wymyślił sobie, że znakomitym pomysłem będzie wyprzedzenie tego forda w momencie, gdy z przeciwka nadjeżdżała grupka rowerzystów - na czołówkę. Pewnie zaraz pewni moi ZNAJOMI BIKERZY (zainteresowani wiedzą, którzy) zarzucą mi brak patriotyzmu i będą nazywali mnie Herr Misiatsch, ale przy tym co zrobił nasz kierowca i w tym samym momencie niemiecki kierowca, aby ratować rowerzystów bardzo mi się spodobało. Kiedy zobaczył mazdę idącą na niechybną czołówkę z rowerzystami, kierowca forda wyjechał celowo na sam środek drogi, uniemożliwiając wyprzedzanie. Myślę, że uratował tym rowerzystów przed nieszczęściem, a nawet przed śmiercią. Naszego zaś "bohatera" ta zniewaga tak ubodła, że w wiosce Hintersee wyprzedził Niemca z pedałem gazu w podłodze, gnając jak oszalały po wąskich i krętych dróżkach we wsi, na pewno nie mniej niż 100 km/h.
Teraz możecie już moi ZNAJOMI BIKERZY powiesić na mnie wszystkie psy, tudzież "hundy" jaki to Misiacz niedobry jest i nazywać mnie Herr Misiatsch, no bo pewnie znów napisałem coś niepatriotycznego? ;)))
Ale to tak na marginesie...dla odprężenia polecam jeszcze wpis Krysiorka. ;)))
P.S. nr 2: Okazało się jednak, że budynek kawiarni w Rieth to nie dawna stacja kolejki wąskotorowej, a dawna mleczarnia. Więcej TUTAJ.
Temperatura:27.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 627 (kcal)
Na dodatek mam chęć podzielić się tymi wrażeniami z innymi.
Tym razem wyjazd odbył się w gronie rodzinnym, oprócz mnie była jeszcze moja Basia "Misiaczowa", brat Krzysiek, bratowa Kasia i największy kox ze wszystkich koxów, czyli moja 3-letnia bratanica Krysia vel "Krysiorek" z BS (jej wpis z dzisiejszego wyjazdu znajduje się TUTAJ (KLIK)).
Jako, że nie wszyscy mają taką formę jak Krysia, więc do Rieth rowery zawieźliśmy samochodami.
Na miejscu Krysia jak zwykle dokonała technicznych oględzin sprzętu taty.
Przegląd wypadł średnio, hamulec nie za dobrze wyregulowany i czujne oko Krysi szybko wyłapało defekt.
Chwila motywacyjnej pogawędki z wujkiem Misiaczem i czas ruszać w drogę.
Trzeba tylko sprawdzić, czy cały ekwpiunek spakowany. ;)))
A ja Wam mówię - Krysiorek jeszcze nam wszystkim pokaże, na co ją stać! ;)
Udało się wreszcie ruszyć.
Przejechaliśmy przez "centrum" Rieth i tradycyjnie skierowaliśmy się na ścieżkę do Warsin.
Przy wieży widokowej nad Neuwarper See tradycyjnie zatrzymaliśmy się na postój, tym razem również po to, aby podkarmić i "odcedzić" Krysię.
Mała oczywiście na wieżę chciała włazić sama, podobnie było ze złażeniem.
Dalej trasa wiodła przez las nową asfaltową ścieżką, która następnie przechodzi w szutrową, by przed samym Warsin znów przybrać postać asfaltową. Tam skręciliśmy na wschód w kierunku Altwarp. Ścieżka jak zawsze znakomita, choć długi prosty odcinek nieco przynudza, zwłaszcza najmłodszą rowerzystkę, która dla odmiany zarządziła marsz. ;)))
Swojego tatusia, zbyt gorliwie dyskutującego na temat braku logiki tego pomysłu szybko sprowadziła na ziemię kilkoma szybkimi ciosami karate. ;)))
Sprawę trzeba było załatwić z użyciem dyplomacji, a nie ma lepszej metody niż powiedzieć, że musimy zdążyć na pyszną bułę.
Słowa typu buła, kanapka, obiadek, jedzonko zawsze działają cuda w przypadku małej karateczki i po chwili siedziała w foteliku i jechaliśmy w stronę Altwarp.
W zasadzie zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo była godzina 14:30, a lokal w porcie był zamykany o godzinie 15:00. Wszyscy dostaliśmy swoje buły, my z Basią wzięliśmy Fischbroetchen ze śledziem Bismark, a reszta rodzinki z Buttermakrele (rybka maślana).
Po spałaszowaniu pyszności, wybrałem się z Krysią na krótki spacer po porcie. Krajobraz portowy zmienił się od ostatniej wizyty, bowiem zniknął z niego duży, rdzewiejący prom, który swego czasu kursował między Altwarp a Nowym Warpnem w "alkoholowych" rejsach w strefie wolnocłowej.

Port i niebo w Altwarp.© Misiacz
Kasia i Krzyś w tym czasie sączyli przepyszne piwko bezalkoholowe "Lubzer", które w przeciwieństwie do innych produktów tej firmy nadal warzone jest zgodnie z prawem o czystości piwa z roku 1516. Napój jest oczywiście "isotonisch" jak głosi napis na naklejce. ;)
Po najedzeniu się jak zwykle nikomu nie chciało się ruszyć tym bardziej, że w miejscowości tej panuje wyjątkowo błogi nastrój.
Trzeba było jednak w końcu się podnieść i ruszyć w drogę powrotną. Przejeżdżając przez Altwarp pokazałem rodzince miejsce, w którym ostatnio nocowaliśmy z Basią w czasie naszego dwudniowego wyjazdu rowerowego z sakwami.
Dojechaliśmy do Warsin i znów toczyliśmy się malowniczą szutrówką przez lasy...
Motywacja była spora, bowiem następnym celem była klimatyczna kawiarnia "Cafe de Kloenstuw" w Rieth, gdzie gospodyni serwuje przepyszne ciasta własnego wyrobu, my napaleni byliśmy na niesamowity sernik, który jedliśmy tam w czasie ostatniej wizyty z ekipą BS i RS. Jak zwykle przywitał nas przesympatyczny futrzak. ;)
Jak podejrzewałem tak było. Po prostu sernik ten jest tak znakomity, że znika z menu w zastraszającym tempie. Już nie było. Szkoda...Nie pozostało nic innego, jak skosztować innych wyrobów - tym razem padło na ciasto serowe z malinami i ciasto z jagodami, a do tego aromatyczna kawka.
W takiej scenerii wszystko smakowało znakomicie.
Jakość i smak ciasta zostały potwierdzone próbami dokonanymi przez niezależnego eksperta. ;)
Jako, że ciasto szybciutko się skończyło, nasz "ekspert" zabrał mnie na spacer po przyległościach kawiarni.
Zabytkowy rower służący jako kwietnik.
Zabytkowa pralka.
Zabytkowy Misiacz.
Gdyby ktoś miał chęć zajrzeć na stronkę tej kawiarni, to tu jest adres:
Nie powiem, że serdecznie polecam to miejsce, bo jeżeli je polecę, to sernika już nigdy tam nie uświadczę. ;)))
Jak zwykle, pobyt w fajnym miejscu wywołuje błogość, która sprawia, że nie chce się stamtąd wychodzić.
Nadszedł jednak czas powrotu, trzeba było pojmać brykającą Krysię i jechać na parking, by załadować rowery na samochody.
Ruszyliśmy w drogę powrotną...
P.S.
Wracało się nawet też błogo, dopóki przed Gegensee nie pojawił się jakiś tuman w wypasionej bordowej mazdzie na szczecińskich numerach rejestracyjnych. Przestrzeganie przepisów to przecież nie dla niego i musiał się wykazać swoim ego wyprzedzając w idiotycznych miejscach z niedozwoloną prędkością. Do szału doprowadzał go zwłaszcza jadący przed nim ford na niemieckich numerach, który ściśle stosował się do przepisów. Szczeciński kretyn w pewnym momencie wymyślił sobie, że znakomitym pomysłem będzie wyprzedzenie tego forda w momencie, gdy z przeciwka nadjeżdżała grupka rowerzystów - na czołówkę. Pewnie zaraz pewni moi ZNAJOMI BIKERZY (zainteresowani wiedzą, którzy) zarzucą mi brak patriotyzmu i będą nazywali mnie Herr Misiatsch, ale przy tym co zrobił nasz kierowca i w tym samym momencie niemiecki kierowca, aby ratować rowerzystów bardzo mi się spodobało. Kiedy zobaczył mazdę idącą na niechybną czołówkę z rowerzystami, kierowca forda wyjechał celowo na sam środek drogi, uniemożliwiając wyprzedzanie. Myślę, że uratował tym rowerzystów przed nieszczęściem, a nawet przed śmiercią. Naszego zaś "bohatera" ta zniewaga tak ubodła, że w wiosce Hintersee wyprzedził Niemca z pedałem gazu w podłodze, gnając jak oszalały po wąskich i krętych dróżkach we wsi, na pewno nie mniej niż 100 km/h.
Teraz możecie już moi ZNAJOMI BIKERZY powiesić na mnie wszystkie psy, tudzież "hundy" jaki to Misiacz niedobry jest i nazywać mnie Herr Misiatsch, no bo pewnie znów napisałem coś niepatriotycznego? ;)))
Ale to tak na marginesie...dla odprężenia polecam jeszcze wpis Krysiorka. ;)))
P.S. nr 2: Okazało się jednak, że budynek kawiarni w Rieth to nie dawna stacja kolejki wąskotorowej, a dawna mleczarnia. Więcej TUTAJ.
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
32.05 km (6.00 km teren), czas: 01:48 h, avg:17.81 km/h,
prędkość maks: 56.00 km/hTemperatura:27.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 627 (kcal)
Jeden Misiacz i dwie Baśki ;)))
Sobota, 10 września 2011 | dodano: 10.09.2011Kategoria Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Z Basią...
Plany były ambitne, towarzystwo znakomite (ja i dwie Baśki - "Misiaczowa" i "Rudzielec102";)), zakładany dystans około 150 km z zahaczeniem o Torgelow, Rieth i Hintersee w drodze powrotnej...tylko pogoda zawiodła, podobnie jak wszystkie prognozy pogody.
***
Start miał być o 8:15, ale z powodu opadów nie wiedzieliśmy, co robić. W końcu chmury nieco obeschły i wyjechaliśmy po godzinie 11:00. O tej godzinie nie było już co myśleć o dystansie 150 km, więc trasę nieco skróciliśmy.
***
Przez Głębokie, Pilchowo, Bartoszewo, Dobrą i Buk chcieliśmy dojechać do Niemiec, a stamtąd pojechać do Rieth na sernik i kawę. Niestety, Basia "Misiaczowa" miała taki niespotykany zjazd formy, że czuła się po 15 km gorzej, niż po niedawnych 136 km do Brenia.
Przed Bartoszewem, starsze małżeństwo paradujące PIESZO całą szerokością ŚCIEŻKI ROWEROWEJ zwróciło nam uwagę, że nie wolno jeździć koło siebie na rowerach, bo oni nie mogą normalnie iść po drodze dla rowerów i w tej sytuacji muszą z niej zejść! ;)))
W Bartoszewie zaproponowałem postój na kawę w gospodzie, Basi zawsze to jakoś sił dodawało ostatnio.

Nie tym razem. Dziwna dziura kondycyjna nie zniknęła, a jedynie przybrała większe rozmiary. Po dojechaniu w okolice Grzepnicy już było wiadomo, że z planów nici i trzeba najkrótszą drogą przez Dobrą i Wołczkowo wracać do Szczecina.
Przed Głębokim zatrzymaliśmy się na polanie na odpoczynek, gdzie dopadły mnie Baśki. ;)

Za chwilę dowiedziałem się też dlaczego...
...kobieta, a tym bardziej dwie...
...stanowią istotne obciążenie w życiu mężczyzny. ;)))

Wyszło niecałe 45 km z zakładanych 150, ale może i dobrze, bo znów zaczął padać deszcz...
Temperatura:22.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 863 (kcal)
***
Start miał być o 8:15, ale z powodu opadów nie wiedzieliśmy, co robić. W końcu chmury nieco obeschły i wyjechaliśmy po godzinie 11:00. O tej godzinie nie było już co myśleć o dystansie 150 km, więc trasę nieco skróciliśmy.
***
Przez Głębokie, Pilchowo, Bartoszewo, Dobrą i Buk chcieliśmy dojechać do Niemiec, a stamtąd pojechać do Rieth na sernik i kawę. Niestety, Basia "Misiaczowa" miała taki niespotykany zjazd formy, że czuła się po 15 km gorzej, niż po niedawnych 136 km do Brenia.
Przed Bartoszewem, starsze małżeństwo paradujące PIESZO całą szerokością ŚCIEŻKI ROWEROWEJ zwróciło nam uwagę, że nie wolno jeździć koło siebie na rowerach, bo oni nie mogą normalnie iść po drodze dla rowerów i w tej sytuacji muszą z niej zejść! ;)))
W Bartoszewie zaproponowałem postój na kawę w gospodzie, Basi zawsze to jakoś sił dodawało ostatnio.
Nie tym razem. Dziwna dziura kondycyjna nie zniknęła, a jedynie przybrała większe rozmiary. Po dojechaniu w okolice Grzepnicy już było wiadomo, że z planów nici i trzeba najkrótszą drogą przez Dobrą i Wołczkowo wracać do Szczecina.
Przed Głębokim zatrzymaliśmy się na polanie na odpoczynek, gdzie dopadły mnie Baśki. ;)
Za chwilę dowiedziałem się też dlaczego...
...kobieta, a tym bardziej dwie...
...stanowią istotne obciążenie w życiu mężczyzny. ;)))
Wyszło niecałe 45 km z zakładanych 150, ale może i dobrze, bo znów zaczął padać deszcz...
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
44.55 km (2.00 km teren), czas: 02:30 h, avg:17.82 km/h,
prędkość maks: 34.00 km/hTemperatura:22.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 863 (kcal)
Naturalnie natura...
Środa, 7 września 2011 | dodano: 07.09.2011Kategoria Szczecin i okolice
Natura w garażu...

Natura przed garażem...

Naturalnie, za daleko dziś nie pojechałem...
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)

Natura w garażu...© Misiacz
Natura przed garażem...

Natura przed garażem...© Misiacz
Naturalnie, za daleko dziś nie pojechałem...
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
2.22 km (1.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
„Uciekający Bimbisik II”. Już w kinach! ;)
Niedziela, 4 września 2011 | dodano: 04.09.2011Kategoria Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Część 2 serialu z cyklu nieudanych polowań na otwarty „Bimbisik” w Hintersee (pieszczotliwe zdrobnienie od niemieckiego słowa Imbiss, oznaczającego budkę lub bar z przekąskami). Streszczenie poprzedniego odcinka znajduje się TUTAJ.
Reżyseria:
Paweł „Misiacz” & Basia „Misiaczowa”
Obsada (starring):
1. Basia „Misiaczowa”
2. Paweł „Misiacz”
3. Adrian „Gryf”
4. Piotrek „Bronik”
Kiedy ostatnio próbowaliśmy z dużą ekipą zawitać w „Bimbisiku” w Hintersee na kawę i kiełbachę (wurst), okazało się, że go …tam nie ma. Budka gdzieś odjechała.
Dziś podjęliśmy kolejną próbę „schwytania” w nieco mniejszym składzie.

Ruszyliśmy po 9:00 w kierunku nowego przejścia do Niemiec w Warniku. Najpierw jednak czekał nas solidny podjazd!

Liczyłem, że od ostatniej wizyty na remontowanej drodze z Ladenthin do Schwennenz (20 sierpnia) zaszły zmiany, które umożliwią bezproblemowy przejazd do Ladenthin. Bezproblemowy to on jest tylko połowicznie, potem jest sypki piach, ale jakoś daliśmy radę.
Przejechaliśmy przez Schwennenz, Grambow i zatrzymaliśmy się na popas w budce. Tam doszło do testowania przez Bronika rowerów trekkingowych: mojego i Adriana. Piotrek dojrzał w końcu do tego, żeby kupić normalny rower i przestać jeździć na wyprawy turystyczne na wynalazku typu „góral”. W międzyczasie na moment podłączył się do nas rowerzysta, który szukał drogi do Bismark, więc w ten sposób trafił do celu.
Dalej pojechaliśmy do Blankensee, gdzie pokazałem ekipie drewniane grzybki. Tam Adrian postanowił chwilę pomedytować w pozycji lotosu. ;)))

Wiatr nam dziś sprzyjał. Przez Pampow i Glasshuette dojechaliśmy wreszcie do Hintersee. Po drodze spotkaliśmy bikera Srk23 z Polic. Po krótkiej rozmowie ruszyliśmy dalej.
Jedziemy, jedziemy i JEST „BIMBISIK”!!! Wreszcie!

Dojeżdżamy, a tam okazuje się, że akurat dziś budka zamknięta (geschlossen)!!! Jassnnny gwint! Dziś wybory w Niemczech i pewnie pani Petra siedziała w komisji. ;)

No trudno. Zjedliśmy, co w sakwach mieliśmy i ruszyliśmy na przepyszny sernik domowy do knajpki w Rieth.
Po drodze minęliśmy rzeźby w Ludwigshof.

W Rieth zajechaliśmy zajrzeć do mini-muzeum dziedzictwa kulturowego wsi pomorskiej.


Przyszedł wreszcie czas na pyszny sernik i kawę.

Co mówi powyższa wiadomość? Ano mówi, że kawiarnia jest nieczynna z powodu urlopu od 2 do 5 września. No tego to już za wiele!!!
Nie będzie kawy, nie będzie sernika...:(((
Na szczęście w „centrum” Rieth dojrzałem drogowskaz do innego „Bimbisiku”, oddalonego o 1 km. Niby blisko, ale w tym momencie okazało się, że Bronik złapał kapcia w przednim kole. Dopompował i jakoś się dotoczyliśmy. Ten „Bimbisik” był otwarty!!! ;)))

My zamawialiśmy domowe ciasto z wiśniami, bezami i agrestem, Adrian kiełbaskę i piwko (w Niemczech można mieć na rowerze 1,6 promila;)))…a Piotrek w tym czasie łatał dętkę.

Nasza kawka, ciastko i wiecznie głodny Adrian pałaszujący kiełbaskę. ;)

Po pysznym deserze pojechaliśmy jeszcze na moment na wieżę widokową nad Neuwarper See.


Widok z wieży na ekipę.

Z Rieth wróciliśmy trasą, którą przyjechaliśmy. Ja zostałem nieco z tyłu (potrzeba). Tuż przed granicą przy drodze stał radiowóz Polizei. Widząc nas, policjant wyszedł na drogę i zamachał lizakiem ekipie. Po chwili, gdy dogoniłem grupę, przystojniak (ja się nie znam, Basia oceniła) wyszczerzył zęby w uśmiechu i kazał jechać dalej. Dzięki za zastopowanie grupki, nie musiałem ich gonić! ;)))
Znaną już trasą dojechaliśmy przez Głębokie, Taczaka na Pomorzany, gdzie pożegnaliśmy Adriana.
Dobrze, że dzisiejsza wycieczka była taka spokojna, bo po wczorajszym szaleństwie z koxami do Strasburga byłem nieco znużony…
P.S. Basia dziś przekroczyła dystans 2.000 km w roku 2011. Nie wiem, co powiedzieć...
Temperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2283 (kcal)
Reżyseria:
Paweł „Misiacz” & Basia „Misiaczowa”
Obsada (starring):
1. Basia „Misiaczowa”
2. Paweł „Misiacz”
3. Adrian „Gryf”
4. Piotrek „Bronik”
Kiedy ostatnio próbowaliśmy z dużą ekipą zawitać w „Bimbisiku” w Hintersee na kawę i kiełbachę (wurst), okazało się, że go …tam nie ma. Budka gdzieś odjechała.
Dziś podjęliśmy kolejną próbę „schwytania” w nieco mniejszym składzie.
Ruszyliśmy po 9:00 w kierunku nowego przejścia do Niemiec w Warniku. Najpierw jednak czekał nas solidny podjazd!
Liczyłem, że od ostatniej wizyty na remontowanej drodze z Ladenthin do Schwennenz (20 sierpnia) zaszły zmiany, które umożliwią bezproblemowy przejazd do Ladenthin. Bezproblemowy to on jest tylko połowicznie, potem jest sypki piach, ale jakoś daliśmy radę.
Przejechaliśmy przez Schwennenz, Grambow i zatrzymaliśmy się na popas w budce. Tam doszło do testowania przez Bronika rowerów trekkingowych: mojego i Adriana. Piotrek dojrzał w końcu do tego, żeby kupić normalny rower i przestać jeździć na wyprawy turystyczne na wynalazku typu „góral”. W międzyczasie na moment podłączył się do nas rowerzysta, który szukał drogi do Bismark, więc w ten sposób trafił do celu.
Dalej pojechaliśmy do Blankensee, gdzie pokazałem ekipie drewniane grzybki. Tam Adrian postanowił chwilę pomedytować w pozycji lotosu. ;)))
Wiatr nam dziś sprzyjał. Przez Pampow i Glasshuette dojechaliśmy wreszcie do Hintersee. Po drodze spotkaliśmy bikera Srk23 z Polic. Po krótkiej rozmowie ruszyliśmy dalej.
Jedziemy, jedziemy i JEST „BIMBISIK”!!! Wreszcie!
Dojeżdżamy, a tam okazuje się, że akurat dziś budka zamknięta (geschlossen)!!! Jassnnny gwint! Dziś wybory w Niemczech i pewnie pani Petra siedziała w komisji. ;)
No trudno. Zjedliśmy, co w sakwach mieliśmy i ruszyliśmy na przepyszny sernik domowy do knajpki w Rieth.
Po drodze minęliśmy rzeźby w Ludwigshof.

Rzeźba w Ludwigshof.© Misiacz
W Rieth zajechaliśmy zajrzeć do mini-muzeum dziedzictwa kulturowego wsi pomorskiej.
Przyszedł wreszcie czas na pyszny sernik i kawę.
Co mówi powyższa wiadomość? Ano mówi, że kawiarnia jest nieczynna z powodu urlopu od 2 do 5 września. No tego to już za wiele!!!
Nie będzie kawy, nie będzie sernika...:(((
Na szczęście w „centrum” Rieth dojrzałem drogowskaz do innego „Bimbisiku”, oddalonego o 1 km. Niby blisko, ale w tym momencie okazało się, że Bronik złapał kapcia w przednim kole. Dopompował i jakoś się dotoczyliśmy. Ten „Bimbisik” był otwarty!!! ;)))
My zamawialiśmy domowe ciasto z wiśniami, bezami i agrestem, Adrian kiełbaskę i piwko (w Niemczech można mieć na rowerze 1,6 promila;)))…a Piotrek w tym czasie łatał dętkę.
Nasza kawka, ciastko i wiecznie głodny Adrian pałaszujący kiełbaskę. ;)
Po pysznym deserze pojechaliśmy jeszcze na moment na wieżę widokową nad Neuwarper See.
Widok z wieży na ekipę.
Z Rieth wróciliśmy trasą, którą przyjechaliśmy. Ja zostałem nieco z tyłu (potrzeba). Tuż przed granicą przy drodze stał radiowóz Polizei. Widząc nas, policjant wyszedł na drogę i zamachał lizakiem ekipie. Po chwili, gdy dogoniłem grupę, przystojniak (ja się nie znam, Basia oceniła) wyszczerzył zęby w uśmiechu i kazał jechać dalej. Dzięki za zastopowanie grupki, nie musiałem ich gonić! ;)))
Znaną już trasą dojechaliśmy przez Głębokie, Taczaka na Pomorzany, gdzie pożegnaliśmy Adriana.
Dobrze, że dzisiejsza wycieczka była taka spokojna, bo po wczorajszym szaleństwie z koxami do Strasburga byłem nieco znużony…
P.S. Basia dziś przekroczyła dystans 2.000 km w roku 2011. Nie wiem, co powiedzieć...
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
113.42 km (15.00 km teren), czas: 06:08 h, avg:18.49 km/h,
prędkość maks: 47.00 km/hTemperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2283 (kcal)
Szczecin - Strasburg - Szczecin !
Sobota, 3 września 2011 | dodano: 03.09.2011Kategoria Wypadziki do Niemiec, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Szczecin i okolice
Na wycieczkę do Strasburga, zorganizowaną przez Krzyśka „Montera61” wybrałem się, mając absolutną pewność, że tempo nie będzie wycieczkowe. Liczyłem się z tym. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na skład ekipy:
1. Sargath (the Kox)
2. Gryf (the Kox)
3. Grzesiek (the Kox)
4. Monter61 (the Kox)
5. Romal (the Kox)
6. Saint (the Kox)
7. Misiacz (jak zawsze niewinny;))
Na miejsce zbiórki o godzinie 9:00 do parku przy ul. Pułaskiego dojechał pomachać nam na pożegnanie Jarek „Gadbagienny” (the Kox), który niestety z nami nie mógł jechać.

Nowo zakupiona, lekka karbonowa szosówka Sargatha nie wróżyła tempa spacerowego, co napawało mnie pewnymi obawami, ponieważ mój trekking ma masę TIR-a.

Miałem rację. Od samego początku koxy narzuciły tempo ok. 30-33 km/h i przyszło mi go dotrzymywać. Miałem nosa, że w Dołujach dokupiłem sobie picie, bo w takim tempie organizm szybko tracił płyny (w ciągu całej trasy wypiłem 4,5 litra cieczy wszelakich). Przemknęliśmy przez Lubieszyn, Ploewen i zjechaliśmy na drogę wiodącą do Boock.

Jechał z nami robot, pierwszy od lewej.

W zasadzie nie ma co tu wiele opisywać, wyjazd na razie skupiony był na tempie. Przemknęliśmy przez Dorotheenwalde i po dystansie jakichś 50 km nasza średnia oscylowała w granicach 26-27 km/h. Wiedziałem, że prędzej czy później spadnie, ileż można tak cisnąć?
W Krugsdorf zatrzymaliśmy się na fotkę z dożynkową, cycatą babą. ;)

Było za co załapać!

Potem mknęliśmy do Pasewalku, gdzie również była chwila przerwy, w sumie wymuszona przeze mnie, bo się zbiesiłem i stwierdziłem, że muszę w końcu cokolwiek zjeść.

Kula w Pasewalku zbudowana z ruin wojennych miasta, pewnie symbol pod hasłem „Nigdy więcej” (nie wiem, co mieli Niemcy na myśli: nigdy więcej wojny czy nigdy więcej przegranej?).

Stamtąd dalej gnaliśmy przez wioski i wioseczki, Grzesiek z Pawłem wydarli gumy jeszcze bardziej i tyle ich widzieliśmy.
Kox Gryf został z nami, mimo że jego szosówka rwała się do przodu. Dzięki temu załapał się na fotkę z tablicą Strasburga.

Jeżeli ktoś sądzi, że ten niemiecki Strasburg jest choć w małym stopniu tak piękny, jak Strassburg we Francji, to się grubo myli. Tak zapyziałego, brudnego i zapijaczonego miasteczka w ogóle nie spodziewałem się w Niemczech ujrzeć. Miałem wrażenie, że nie jestem w Niemczech! Pierwszy raz na coś takiego się natknąłem. Obrzydliwy rynek, obskurna budka na nim, w budce i obok potłuczone butelki, kapsle, pety, ślady po rzygowinach, a ławeczki obok obsadzone przez podchmieloną młodzież i starszych.

Starałem się w tej brzydocie znaleźć jakieś ładniejsze elementy, ale za wiele ich nie było.


Dość dużo czasu tam spędziliśmy mimo wszystko, a to dlatego, że obok był sklep i budka z kebabem (tym razem nie testowałem, a Romal i Saint...nie wiem, czy to nie było za ciężkie żarcie po takim tempie), więc zajęliśmy się jedzeniem i piciem.
W sklepie nawet udało mi się kupić pyszną kawę z ekspresu ciśnieniowego, jak znalazł do jazdy z takimi typami! ;)))
A, właśnie, co do koxów. Największe z nich, tj.:
1. Sargath (the Kox)
2. Gryf (the Kox)
3. Grzesiek (the Kox)
zdecydowały się popędzić jeszcze do oddalonego o 38 km Neubrandenburga, co oznaczało dwie rzeczy: oni zrobią ponad 200 km, zaś my dojedziemy do domu żywi! ;)))
Ze Strasburga jechaliśmy już znacznie spokojniej przez Trebenow, Nieden i Zuesedom. Niestety, tam zaczęły się 3 km tak koszmarnego bruku, że aż miałem początkowo ochotę na wykonanie kolejnego komiksu o trasach Montera, ale musiałem jednak przyznać, że chłop tym razem jest niewinny jak niemowlę i komiksu nie będzie.
Po prostu trafił nam się taki odcinek i już.

Moje napompowane na kamień, wąskie trekkingowe opony tak mną telepały, że zostałem w tyle. Po dojechaniu do Fahrenwalde, gdzie bruk wreszcie się skończył okazało się, że na skrzyżowaniu czeka na mnie tylko Monter, zaś Romal i Saint pojechali do Loecknitz przez Bruessow. My z Monterem wybraliśmy trasę szutrową przez puszczę, gdzie zatrzymaliśmy się, by cyknąć fotkę młyna, w którym mieści się knajpka.


Szutrówka przez puszczę jest dobrej jakości i niezwykle malownicza.
Wiedzie do Caselow.

Z Caselow dojechaliśmy polnymi drogami do Loecknitz, a w chwilę potem wjechali tam Romal i Saint. Po zakupach w REWE najprostszą drogą ruszyliśmy do Szczecina, a we mnie jak zwykle pod koniec trasy wstąpiły jakieś nowe siły i darłem gumy „ile fabryka dała Misiaczowi”.
Przez Dołuje i Mierzyn dojechaliśmy do ronda na Gumieńcach, gdzie każdy rozjechał się w swoją stronę.
Kiedy spojrzałem na siebie w domu w lustro, z odbicia patrzyła na mnie jedna wielka bryłka soli w kształcie Misiacza. Wypociłem chyba z siebie wszelkie zapasy, bo miałem ją skrystalizowaną dosłownie wszędzie (brwi, włosy, koszulka, ręce…). Troszkę dziś zaszalałem…
Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 3133 (kcal)
1. Sargath (the Kox)
2. Gryf (the Kox)
3. Grzesiek (the Kox)
4. Monter61 (the Kox)
5. Romal (the Kox)
6. Saint (the Kox)
7. Misiacz (jak zawsze niewinny;))
Na miejsce zbiórki o godzinie 9:00 do parku przy ul. Pułaskiego dojechał pomachać nam na pożegnanie Jarek „Gadbagienny” (the Kox), który niestety z nami nie mógł jechać.
Nowo zakupiona, lekka karbonowa szosówka Sargatha nie wróżyła tempa spacerowego, co napawało mnie pewnymi obawami, ponieważ mój trekking ma masę TIR-a.
Miałem rację. Od samego początku koxy narzuciły tempo ok. 30-33 km/h i przyszło mi go dotrzymywać. Miałem nosa, że w Dołujach dokupiłem sobie picie, bo w takim tempie organizm szybko tracił płyny (w ciągu całej trasy wypiłem 4,5 litra cieczy wszelakich). Przemknęliśmy przez Lubieszyn, Ploewen i zjechaliśmy na drogę wiodącą do Boock.
Jechał z nami robot, pierwszy od lewej.
W zasadzie nie ma co tu wiele opisywać, wyjazd na razie skupiony był na tempie. Przemknęliśmy przez Dorotheenwalde i po dystansie jakichś 50 km nasza średnia oscylowała w granicach 26-27 km/h. Wiedziałem, że prędzej czy później spadnie, ileż można tak cisnąć?
W Krugsdorf zatrzymaliśmy się na fotkę z dożynkową, cycatą babą. ;)
Było za co załapać!
Potem mknęliśmy do Pasewalku, gdzie również była chwila przerwy, w sumie wymuszona przeze mnie, bo się zbiesiłem i stwierdziłem, że muszę w końcu cokolwiek zjeść.
Kula w Pasewalku zbudowana z ruin wojennych miasta, pewnie symbol pod hasłem „Nigdy więcej” (nie wiem, co mieli Niemcy na myśli: nigdy więcej wojny czy nigdy więcej przegranej?).
Stamtąd dalej gnaliśmy przez wioski i wioseczki, Grzesiek z Pawłem wydarli gumy jeszcze bardziej i tyle ich widzieliśmy.
Kox Gryf został z nami, mimo że jego szosówka rwała się do przodu. Dzięki temu załapał się na fotkę z tablicą Strasburga.

Ze Szczecina do Strasburga mamy rzut beretem ;)© Misiacz
Jeżeli ktoś sądzi, że ten niemiecki Strasburg jest choć w małym stopniu tak piękny, jak Strassburg we Francji, to się grubo myli. Tak zapyziałego, brudnego i zapijaczonego miasteczka w ogóle nie spodziewałem się w Niemczech ujrzeć. Miałem wrażenie, że nie jestem w Niemczech! Pierwszy raz na coś takiego się natknąłem. Obrzydliwy rynek, obskurna budka na nim, w budce i obok potłuczone butelki, kapsle, pety, ślady po rzygowinach, a ławeczki obok obsadzone przez podchmieloną młodzież i starszych.
Starałem się w tej brzydocie znaleźć jakieś ładniejsze elementy, ale za wiele ich nie było.
Dość dużo czasu tam spędziliśmy mimo wszystko, a to dlatego, że obok był sklep i budka z kebabem (tym razem nie testowałem, a Romal i Saint...nie wiem, czy to nie było za ciężkie żarcie po takim tempie), więc zajęliśmy się jedzeniem i piciem.
W sklepie nawet udało mi się kupić pyszną kawę z ekspresu ciśnieniowego, jak znalazł do jazdy z takimi typami! ;)))
A, właśnie, co do koxów. Największe z nich, tj.:
1. Sargath (the Kox)
2. Gryf (the Kox)
3. Grzesiek (the Kox)
zdecydowały się popędzić jeszcze do oddalonego o 38 km Neubrandenburga, co oznaczało dwie rzeczy: oni zrobią ponad 200 km, zaś my dojedziemy do domu żywi! ;)))
Ze Strasburga jechaliśmy już znacznie spokojniej przez Trebenow, Nieden i Zuesedom. Niestety, tam zaczęły się 3 km tak koszmarnego bruku, że aż miałem początkowo ochotę na wykonanie kolejnego komiksu o trasach Montera, ale musiałem jednak przyznać, że chłop tym razem jest niewinny jak niemowlę i komiksu nie będzie.
Po prostu trafił nam się taki odcinek i już.
Moje napompowane na kamień, wąskie trekkingowe opony tak mną telepały, że zostałem w tyle. Po dojechaniu do Fahrenwalde, gdzie bruk wreszcie się skończył okazało się, że na skrzyżowaniu czeka na mnie tylko Monter, zaś Romal i Saint pojechali do Loecknitz przez Bruessow. My z Monterem wybraliśmy trasę szutrową przez puszczę, gdzie zatrzymaliśmy się, by cyknąć fotkę młyna, w którym mieści się knajpka.
Szutrówka przez puszczę jest dobrej jakości i niezwykle malownicza.
Wiedzie do Caselow.
Z Caselow dojechaliśmy polnymi drogami do Loecknitz, a w chwilę potem wjechali tam Romal i Saint. Po zakupach w REWE najprostszą drogą ruszyliśmy do Szczecina, a we mnie jak zwykle pod koniec trasy wstąpiły jakieś nowe siły i darłem gumy „ile fabryka dała Misiaczowi”.
Przez Dołuje i Mierzyn dojechaliśmy do ronda na Gumieńcach, gdzie każdy rozjechał się w swoją stronę.
Kiedy spojrzałem na siebie w domu w lustro, z odbicia patrzyła na mnie jedna wielka bryłka soli w kształcie Misiacza. Wypociłem chyba z siebie wszelkie zapasy, bo miałem ją skrystalizowaną dosłownie wszędzie (brwi, włosy, koszulka, ręce…). Troszkę dziś zaszalałem…
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
143.42 km (20.00 km teren), czas: 06:01 h, avg:23.84 km/h,
prędkość maks: 52.00 km/hTemperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 3133 (kcal)
Breń. Dzień 2.
Poniedziałek, 29 sierpnia 2011 | dodano: 29.08.2011Kategoria Drawieński Park Narodowy, Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, U przyjaciół ..., Z Basią...
Po wspaniałym dniu poprzednim, rewelacyjnym wieczorze i uczciwym śnie…zawsze nadchodzi ten smutny moment, kiedy trzeba wrócić do Szczecina.
Rano zbieraliśmy się naprawdę niespiesznie, potem Hania podała sycące śniadanko i kawę i nadszedł czas wyprowadzić nasze pojazdy na powietrze.

Tego dnia na szczęcie nie padał deszcz, a nawet zaczynał pojawiać się błękit nieba. Wiatr tylko nie był zbyt sprzyjający, bo albo boczny albo w twarz. O godzinie 10:00 pożegnaliśmy się z Hanią i psią ferajną i ruszyliśmy na Płoszkowo. Tam na skrzyżowaniu pojechaliśmy w kierunku Choszczna. Jako, że chmury zaczęły ustępować „na poważnie”, aż korciło żeby uwiecznić to na zdjęciu. Tu kościół i pajęczyna z kabli we wsi Raduń.

Dziś jechaliśmy tak troszkę skokowo, Basia po prostu wyjechała wcześniej z Brenia, bo nie chciała za późno wrócić, potem ją dogoniliśmy. Podobny manewr zastosowaliśmy w Choszcznie, choć nie za bardzo mi się podobało, żeby Basię puszczać samą. Mam do niej serce jak jakaś kwoka…w zasadzie to raczej „kwok”. ;))) Ja, Aneta i Marek odbiliśmy 1300 m na zakupy do Lidla, zaś Basia pojechała spokojnie w stronę Piasecznika. Potem z kolei Aneta i Marek zatrzymali się na małą przerwę za Choszcznem, zaś „kwok” gnał w stronę Piasecznika. Chyba musiało być szybko, bo mnie policja na radar łapała. ;) Basia już czekała na mnie w Piaseczniku. Zjedliśmy po bułce i nadjechali „Grecy”, a jako że i oni zgłodnieli, była więc okazja, abym ja z Basią powoli toczył się w kierunku Krępcewa. Jeszcze przed wyjazdem z Piasecznika wybiegł z zagrody mały, radosny kundelek i przyłączył się do naszej wycieczki.

Zaczęliśmy się bać, że gdzieś się zagubi, bo nie zamierzał się odłączyć. Nie schodził poniżej 18 km/h, a często nas zostawiał w tyle. Kiedy go dogoniliśmy, zaprezentował nam swoje dość makabryczne hobby…otóż tarzał się z lubością w rozkładającej się na drodze padlinie jakiegoś zwierzęcia, które zginęło pod kołami samochodu. Nie wiem, co to za zwierzę było, bo padlinka była rozjechana i od dawna zielona, więc smród nieziemski.
Zadowolony piesek, po tej specyficznej kuracji z energią ruszył dalej z nami.

Musieliśmy już ostro przycisnąć, by go zgubić. Od nas odpadł gdzieś na wysokości Bralęcina, ale potem biegł chwilę z „Grekami”, którzy też go zgubili (co to dla nich) i dogonili nas.


Na zupełnie innego przedstawiciela psiego gatunku trafiliśmy z kolei w Krępcewie. Tradycyjnie, jak to u nas, agresywne burki szlajają się po wsiach bez nadzoru, tez zaś nie tylko warczał na nas, gonił i szczekał, ale zaczął niepokojąco zbliżać się z zębami do łydki Basi. Tego Misiaczowi „kwokowi” było za wiele. Próba walnięcia kundla przednim kołem się nie powiodła, ale za to spowodowała, że znalazł się w zasięgu mojego ciężkiego, trekkingowego buta z „podkową” SPD. Tak mu odwinąłem na odlew prawą podeszwą prosto w pysk, że mam nadzieję popamięta przez chociaż czas jakiś, że rowerzystów nie należy atakować. Opcję zagazowania agresora tym razem odpuściłem na rzecz „nogoczynów”. ;)
Droga za Krępcewem to w zasadzie asfaltowy ser szwajcarski z wrzodami, więc trochę nas wytrzęsło. Dobrze, że jeszcze nikt nie połakomił się na wycięcie drzew, bo widok przynajmniej ładny.
„Wjeżdżając od strony Stargardu około 500 m przed wsią przy skrzyżowaniu z drogą na Strzebielewo Pyrzyckie stoi unikatowy krzyż pokutno-błagalny (postawiony przez sprawcę, jako prośba za duszę ofiary oraz o wybaczenie i pomoc w wędrówce do Ziemi Świętej).” – Wikipedia.
Faktycznie, krzyż z XIV wieku stoi i nawet cyknęliśmy mu fotkę.

Wreszcie dojechaliśmy do Witkowa, gdzie niepodzielnie panuje kult Ilnickiego Mariana, prezesa firmy „Agrofirma-Witkowo”, o którym nawet na stronach tejże firmy można rzekomo przeczytać, że:
"...Jesteś jak Ryszard Lwie Serce i ksiądz Stanisław Staszic..." ;)
Zaiste, ten światły władca Witkowa znakomite zasługi musiał oddać lokalnej społeczności, a i my rowerzyści zapewne możemy Marianowi wielokrotnie dziękować nie tylko za wędliny, ale też i za tę piękną ścieżkę, bez pomocy którego to Mariana trakt ten zapewne by powstać nie mógł.

Opuściwszy królestwo Mariana, co poznaliśmy po zniknięciu ścieżki, wjechaliśmy w okolice Kluczewa i Stargardu, by stamtąd, tą samą co ostatnio drogą dostać się nad jezioro Miedwie.

W amfiteatrze odbywały się jakieś występy zespołów ludowych, więc i mnie i Markowi udzielił się rytm harmoszki i bębna i ku zgorszeniu naszych pań, zaczęliśmy rytmicznie pląsać. Daliśmy spokój, bo Aneta aż padła z zażenowania. ;)

Występy spowodowały, że po promenadzie snuły się tabuny ludzi, ale jakoś udało nam się przedrzeć do drogi rowerowej na Kobylankę. Tam dostaliśmy wiatr w twarz, więc zasłoniliśmy nasze panie sakwami i sobą (moje wyglądały jak szafa albo lodówka, jeśli chodzi o wielkość). Jadąc w ten sposób dotarliśmy do zjazdu z górki do Kołbacza, z której na Góry Bukowe rozpościerał się niesamowity widok.


Chwilę postaliśmy delektując się widokiem, po czym zjechaliśmy do Kołbacza.

Stamtąd trasa wiodła przez Stare Czarnowo, do którego kilkaset metrów musieliśmy „przeskoczyć” dawną drogą główną S-3, z której na szczęście szybko zjechaliśmy. W Starym Czarnowie, spoglądając na nas i nasze obładowane rowery pozdrowił nas miejscowy pijaczek lekko zdumionym głosem: „Rrrreeekkkrrełłłaaacja?” ;)))
Dalej trasa biegła przez Dobropole i Kołowo i Basia powoli zaczęła odczuwać trudy pierwszej, tak długiej i trudnej dla niej wyprawy. Z liny jednak nie chciała korzystać, wystarczyła czasem pomocna, pchająca łapa Misiacza na plecach…ot, pomoc rodziny w trudnej chwili. ;) Po wtoczeniu się na najwyższy na trasie punkt Gór Bukowych rozpoczęła się piękna, szybka jazda w dół. Potem jeszcze parę morderczych hopków i wjechaliśmy na ulicę koło hotelu „Panorama” zakorkowaną samochodami zjeżdżającymi autostradą znad morza. Fajnie być w takim momencie na rowerze.
Choć w dużym ruchu, to w bez większych emocji dotarliśmy do mostu nad Odrą Zachodnią, gdzie pożegnaliśmy się z Anetą i Markiem. Został nam jeszcze tylko ostry podjazd pod Włościańską i można było spokojnie jechać do domku.
…a lina w ogóle nie przydała się!!! ;))) Marek w zasadzie wziął ją chyba tylko na wycieczkę. ;)

P.S. Weekendowa wyprawa miała dystans 257 km, w związku z czym Basia ma już przejechane w tym roku 1923 km...co oznacza, że 2000 km to chyba tylko kwestia kolejnej wycieczki.
RELACJA Z DNIA 1
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2465 (kcal)
Rano zbieraliśmy się naprawdę niespiesznie, potem Hania podała sycące śniadanko i kawę i nadszedł czas wyprowadzić nasze pojazdy na powietrze.
Tego dnia na szczęcie nie padał deszcz, a nawet zaczynał pojawiać się błękit nieba. Wiatr tylko nie był zbyt sprzyjający, bo albo boczny albo w twarz. O godzinie 10:00 pożegnaliśmy się z Hanią i psią ferajną i ruszyliśmy na Płoszkowo. Tam na skrzyżowaniu pojechaliśmy w kierunku Choszczna. Jako, że chmury zaczęły ustępować „na poważnie”, aż korciło żeby uwiecznić to na zdjęciu. Tu kościół i pajęczyna z kabli we wsi Raduń.
Dziś jechaliśmy tak troszkę skokowo, Basia po prostu wyjechała wcześniej z Brenia, bo nie chciała za późno wrócić, potem ją dogoniliśmy. Podobny manewr zastosowaliśmy w Choszcznie, choć nie za bardzo mi się podobało, żeby Basię puszczać samą. Mam do niej serce jak jakaś kwoka…w zasadzie to raczej „kwok”. ;))) Ja, Aneta i Marek odbiliśmy 1300 m na zakupy do Lidla, zaś Basia pojechała spokojnie w stronę Piasecznika. Potem z kolei Aneta i Marek zatrzymali się na małą przerwę za Choszcznem, zaś „kwok” gnał w stronę Piasecznika. Chyba musiało być szybko, bo mnie policja na radar łapała. ;) Basia już czekała na mnie w Piaseczniku. Zjedliśmy po bułce i nadjechali „Grecy”, a jako że i oni zgłodnieli, była więc okazja, abym ja z Basią powoli toczył się w kierunku Krępcewa. Jeszcze przed wyjazdem z Piasecznika wybiegł z zagrody mały, radosny kundelek i przyłączył się do naszej wycieczki.
Zaczęliśmy się bać, że gdzieś się zagubi, bo nie zamierzał się odłączyć. Nie schodził poniżej 18 km/h, a często nas zostawiał w tyle. Kiedy go dogoniliśmy, zaprezentował nam swoje dość makabryczne hobby…otóż tarzał się z lubością w rozkładającej się na drodze padlinie jakiegoś zwierzęcia, które zginęło pod kołami samochodu. Nie wiem, co to za zwierzę było, bo padlinka była rozjechana i od dawna zielona, więc smród nieziemski.
Zadowolony piesek, po tej specyficznej kuracji z energią ruszył dalej z nami.
Musieliśmy już ostro przycisnąć, by go zgubić. Od nas odpadł gdzieś na wysokości Bralęcina, ale potem biegł chwilę z „Grekami”, którzy też go zgubili (co to dla nich) i dogonili nas.
Na zupełnie innego przedstawiciela psiego gatunku trafiliśmy z kolei w Krępcewie. Tradycyjnie, jak to u nas, agresywne burki szlajają się po wsiach bez nadzoru, tez zaś nie tylko warczał na nas, gonił i szczekał, ale zaczął niepokojąco zbliżać się z zębami do łydki Basi. Tego Misiaczowi „kwokowi” było za wiele. Próba walnięcia kundla przednim kołem się nie powiodła, ale za to spowodowała, że znalazł się w zasięgu mojego ciężkiego, trekkingowego buta z „podkową” SPD. Tak mu odwinąłem na odlew prawą podeszwą prosto w pysk, że mam nadzieję popamięta przez chociaż czas jakiś, że rowerzystów nie należy atakować. Opcję zagazowania agresora tym razem odpuściłem na rzecz „nogoczynów”. ;)
Droga za Krępcewem to w zasadzie asfaltowy ser szwajcarski z wrzodami, więc trochę nas wytrzęsło. Dobrze, że jeszcze nikt nie połakomił się na wycięcie drzew, bo widok przynajmniej ładny.
„Wjeżdżając od strony Stargardu około 500 m przed wsią przy skrzyżowaniu z drogą na Strzebielewo Pyrzyckie stoi unikatowy krzyż pokutno-błagalny (postawiony przez sprawcę, jako prośba za duszę ofiary oraz o wybaczenie i pomoc w wędrówce do Ziemi Świętej).” – Wikipedia.
Faktycznie, krzyż z XIV wieku stoi i nawet cyknęliśmy mu fotkę.
Wreszcie dojechaliśmy do Witkowa, gdzie niepodzielnie panuje kult Ilnickiego Mariana, prezesa firmy „Agrofirma-Witkowo”, o którym nawet na stronach tejże firmy można rzekomo przeczytać, że:
"...Jesteś jak Ryszard Lwie Serce i ksiądz Stanisław Staszic..." ;)
Zaiste, ten światły władca Witkowa znakomite zasługi musiał oddać lokalnej społeczności, a i my rowerzyści zapewne możemy Marianowi wielokrotnie dziękować nie tylko za wędliny, ale też i za tę piękną ścieżkę, bez pomocy którego to Mariana trakt ten zapewne by powstać nie mógł.
Opuściwszy królestwo Mariana, co poznaliśmy po zniknięciu ścieżki, wjechaliśmy w okolice Kluczewa i Stargardu, by stamtąd, tą samą co ostatnio drogą dostać się nad jezioro Miedwie.
W amfiteatrze odbywały się jakieś występy zespołów ludowych, więc i mnie i Markowi udzielił się rytm harmoszki i bębna i ku zgorszeniu naszych pań, zaczęliśmy rytmicznie pląsać. Daliśmy spokój, bo Aneta aż padła z zażenowania. ;)
Występy spowodowały, że po promenadzie snuły się tabuny ludzi, ale jakoś udało nam się przedrzeć do drogi rowerowej na Kobylankę. Tam dostaliśmy wiatr w twarz, więc zasłoniliśmy nasze panie sakwami i sobą (moje wyglądały jak szafa albo lodówka, jeśli chodzi o wielkość). Jadąc w ten sposób dotarliśmy do zjazdu z górki do Kołbacza, z której na Góry Bukowe rozpościerał się niesamowity widok.
Chwilę postaliśmy delektując się widokiem, po czym zjechaliśmy do Kołbacza.
Stamtąd trasa wiodła przez Stare Czarnowo, do którego kilkaset metrów musieliśmy „przeskoczyć” dawną drogą główną S-3, z której na szczęście szybko zjechaliśmy. W Starym Czarnowie, spoglądając na nas i nasze obładowane rowery pozdrowił nas miejscowy pijaczek lekko zdumionym głosem: „Rrrreeekkkrrełłłaaacja?” ;)))
Dalej trasa biegła przez Dobropole i Kołowo i Basia powoli zaczęła odczuwać trudy pierwszej, tak długiej i trudnej dla niej wyprawy. Z liny jednak nie chciała korzystać, wystarczyła czasem pomocna, pchająca łapa Misiacza na plecach…ot, pomoc rodziny w trudnej chwili. ;) Po wtoczeniu się na najwyższy na trasie punkt Gór Bukowych rozpoczęła się piękna, szybka jazda w dół. Potem jeszcze parę morderczych hopków i wjechaliśmy na ulicę koło hotelu „Panorama” zakorkowaną samochodami zjeżdżającymi autostradą znad morza. Fajnie być w takim momencie na rowerze.
Choć w dużym ruchu, to w bez większych emocji dotarliśmy do mostu nad Odrą Zachodnią, gdzie pożegnaliśmy się z Anetą i Markiem. Został nam jeszcze tylko ostry podjazd pod Włościańską i można było spokojnie jechać do domku.
…a lina w ogóle nie przydała się!!! ;))) Marek w zasadzie wziął ją chyba tylko na wycieczkę. ;)
P.S. Weekendowa wyprawa miała dystans 257 km, w związku z czym Basia ma już przejechane w tym roku 1923 km...co oznacza, że 2000 km to chyba tylko kwestia kolejnej wycieczki.
RELACJA Z DNIA 1
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
121.09 km (4.50 km teren), czas: 06:30 h, avg:18.63 km/h,
prędkość maks: 44.00 km/hTemperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2465 (kcal)
























