- Kategorie:
- Archiwalne wyprawy.5
- Drawieński Park Narodowy.29
- Francja.9
- Holandia 2014.6
- Karkonosze 2008.4
- Kresy wschodnie 2008.10
- Mazury na rowerze teściowej.19
- Mazury-Suwalszczyzna 2014.4
- Mecklemburgische Seenplatte.12
- Po Polsce.54
- Rekordy Misiacza (pow. 200 km).13
- Rowery Europy.15
- Rugia 2011.15
- Rugia od 2010....31
- Spreewald (Kraina Ogórka).4
- Szczecin i okolice.1382
- Szczecińskie Rajdy BS i RS.212
- U przyjaciół ....46
- Wypadziki do Niemiec.323
- Wyprawa na spływ tratwami 2008.4
- Wyprawa Oder-Neisse Radweg 2012.7
- Wyprawy na Wyspę Uznam.12
- Z Basią....230
- Z cyborgami z TC TEAM :))).34
Z Basią i "Gadzikiem" błąkanie po DDR...
Sobota, 22 października 2011 | dodano: 22.10.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Dziś z rana ja i Basia spotkaliśmy się z Jarkiem "Gadembagiennym" i ruszyliśmy na wycieczkę w kierunku Loecknitz.
Mimo, że trawę pokrywał szron, a temperatura przy gruncie była bliska zeru, Basia nadal jeździ na rowerze...no bo przecież to jeszcze nie zima (mówi, że zimą nie będzie jeździła). Mamy jednak jesień, a że zero przy gruncie... :))).
Najpierw skierowaliśmy się na nową drogę transgraniczną Warnik - Ladenthin, która jest już w pełni oddana do użytkowania.

Również droga z Ladenthin do Schwennenz jest gotowa i można śmigać po gładziutkim asfalcie.
Przejechaliśmy przez Grambow i po dojechaniu do Ramin zatrzymaliśmy się na gorącą herbatkę z termosu i kanapki.

Potem tradycyjną już dla nas trasą przez Schmagerow i Ploewen dojechaliśmy do Loecknitz, gdzie w "pomarańczowym" Netto uzupełniliśmy zapasy Zinfandela, oliwy, sera i mydełka w płynie, po czym podjechaliśmy na dłuższy popas nad jeziorem Loecknitzer See.

Wracaliśmy już nietradycyjnie, bo najpierw jechaliśmy trasą Loecknitz - Rothenklempenow, z której potem skręciliśmy na Boock.

W lesie między Boock a Blankensee wszyscy zatrzymaliśmy się na "zbiorowego szczocha" :).
Rowerki sobie czekały...

Za Blankensee wjechaliśmy do Polski i wracaliśmy odcinkiem tzw. "pętli sławoszewskiej", tj. z Buku dojechaliśmy do Dobrej i stamtąd przez Sławoszewo dojechaliśmy do Bartoszewa, gdzie Basia i "Gadzik" wypili w gospodzie po kawie.

Ja już kawą byłem przesycony i zamówiłem sobie na próbę sernik, chcąc porównać go z tym z kawiarni w Rieth.
Muszę przyznać, że dobry jest.

Po skonsumowaniu łakoci drogą rowerową dojechaliśmy na Głębokie, skąd przez Żyzną i Taczaka dojechaliśmy na Pomorzany.
P.S. Ponownie sprawdziłem roczny "przebieg Basi":
Wszystkie kilometry: 2712.19 km (w terenie 491.60 km; 18.13%)
Temperatura:12.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1597 (kcal)
Mimo, że trawę pokrywał szron, a temperatura przy gruncie była bliska zeru, Basia nadal jeździ na rowerze...no bo przecież to jeszcze nie zima (mówi, że zimą nie będzie jeździła). Mamy jednak jesień, a że zero przy gruncie... :))).
Najpierw skierowaliśmy się na nową drogę transgraniczną Warnik - Ladenthin, która jest już w pełni oddana do użytkowania.
Również droga z Ladenthin do Schwennenz jest gotowa i można śmigać po gładziutkim asfalcie.
Przejechaliśmy przez Grambow i po dojechaniu do Ramin zatrzymaliśmy się na gorącą herbatkę z termosu i kanapki.
Potem tradycyjną już dla nas trasą przez Schmagerow i Ploewen dojechaliśmy do Loecknitz, gdzie w "pomarańczowym" Netto uzupełniliśmy zapasy Zinfandela, oliwy, sera i mydełka w płynie, po czym podjechaliśmy na dłuższy popas nad jeziorem Loecknitzer See.
Wracaliśmy już nietradycyjnie, bo najpierw jechaliśmy trasą Loecknitz - Rothenklempenow, z której potem skręciliśmy na Boock.
W lesie między Boock a Blankensee wszyscy zatrzymaliśmy się na "zbiorowego szczocha" :).
Rowerki sobie czekały...
Za Blankensee wjechaliśmy do Polski i wracaliśmy odcinkiem tzw. "pętli sławoszewskiej", tj. z Buku dojechaliśmy do Dobrej i stamtąd przez Sławoszewo dojechaliśmy do Bartoszewa, gdzie Basia i "Gadzik" wypili w gospodzie po kawie.
Ja już kawą byłem przesycony i zamówiłem sobie na próbę sernik, chcąc porównać go z tym z kawiarni w Rieth.
Muszę przyznać, że dobry jest.
Po skonsumowaniu łakoci drogą rowerową dojechaliśmy na Głębokie, skąd przez Żyzną i Taczaka dojechaliśmy na Pomorzany.
P.S. Ponownie sprawdziłem roczny "przebieg Basi":
Wszystkie kilometry: 2712.19 km (w terenie 491.60 km; 18.13%)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
81.85 km (3.00 km teren), czas: 04:35 h, avg:17.86 km/h,
prędkość maks: 37.00 km/hTemperatura:12.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1597 (kcal)
Na działkę do taty...
Poniedziałek, 17 października 2011 | dodano: 17.10.2011Kategoria Szczecin i okolice
Pojechałem do taty na działkę, wziąłem trochę jabłek, a w domu je wypolerowałem ręcznikiem, żeby ładnie zapozowały do fotki ;).

Wracając z działki spotkałem Piotrka "Bronika"...gdziekolwiek się nie ruszę, nawet na krótki wyjazd, prawie zawsze spotykam znajomych rowerzystów :).
Temperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)

Skarby z działeczki...© Misiacz
Wracając z działki spotkałem Piotrka "Bronika"...gdziekolwiek się nie ruszę, nawet na krótki wyjazd, prawie zawsze spotykam znajomych rowerzystów :).
Rower:Koza
Dane wycieczki:
7.84 km (3.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Antypętla sławoszewska...
Niedziela, 16 października 2011 | dodano: 16.10.2011Kategoria Szczecin i okolice, Z Basią...
Wczoraj było Loecknitz, a na dziś były szczytne zamiary, bowiem mieliśmy w planach jazdę z rowerami na samochodzie do ciekawego przyrodniczo rejonu w Niemczech - do Maerkische Schweiz, ale ponieważ zostaliśmy zaproszeni na 18:00 do znajomych, plan padł. Z tego samego powodu padł plan jazdy z Rowerzystką i Tunisławą do Altwarp...a szkoda, bo właśnie się dowiedziałem, że ze spotkania u znajomych nici...
Rano jednak o tym nie wiedzieliśmy i postanowiliśmy zrobić jedynie krótką przejażdżkę tzw. "pętlą sławoszewską", a w zasadzie antypętlą, bo w przeciwnym kierunku niż zwykle.
Pogoda rześka (pow. 10 st.), słoneczko...tylko jechać.
Pojechaliśmy w kierunku Dobrej przez Bezrzecze, aby jednak uniknąć ruchu na ul. Koralowej, z ul. Żyznej przejechaliśmy prawie na samą górę przez osiedle domków.

Za Dobrą skręciliśmy na Grzepnicę, zatrzymując się po drodze na postój w lesie.

Przy drodze do Grzepnicy zbudowane jest luksusowe, zamknięte osiedle wielkich domów. Najwyraźniej jest tak luksusowe i drogie, że nikt tych posiadłości nie kupuje i nikt tam nie mieszka, bo stoją puste, pewnie niszczeją i czekają nie wiadomo na co. Korty tenisowe na osiedlu powoli zarastają trawą.

Przez Sławoszewo dojechaliśmy do Bartoszewa, gdzie miałem zamiar kupić kawę w gospodzie, ale kolejka rowerzystów do baru była tak duża, że zrezygnowaliśmy i pojechaliśmy do Szczecina, gdzie zatrzymaliśmy się na gorącą herbatę z termosu i bułki nad stawem Uroczysko.


Lubią nad nim wypoczywać starsi ludzie...

Kiedy tak siedzieliśmy i jedliśmy wpatrzeni taflę stawu, na ścieżce za naszymi plecami usłyszałem szum przemieszczającej się dużej grupy rowerzystów, w której wypatrzyłem tatę i Bożenę ;).
Basia zastanawiała się, jak mi się to udało...ale to to akurat udaje mi się bardzo często.
Tata z Bożeną odłączyli się od grupy i dołączyli do nas.

Potem już wspólnie przez Krzekowo dojechaliśmy na Gumieńce, gdzie każdy podążył w swoją stronę...
P.S. Pozdrowienia dla Piotrka, którego spotkaliśmy pod Bartoszewem oraz Anety "Atheny" spotkanej w okolicach Głębokiego :).
Temperatura:13.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 884 (kcal)
Rano jednak o tym nie wiedzieliśmy i postanowiliśmy zrobić jedynie krótką przejażdżkę tzw. "pętlą sławoszewską", a w zasadzie antypętlą, bo w przeciwnym kierunku niż zwykle.
Pogoda rześka (pow. 10 st.), słoneczko...tylko jechać.
Pojechaliśmy w kierunku Dobrej przez Bezrzecze, aby jednak uniknąć ruchu na ul. Koralowej, z ul. Żyznej przejechaliśmy prawie na samą górę przez osiedle domków.
Za Dobrą skręciliśmy na Grzepnicę, zatrzymując się po drodze na postój w lesie.
Przy drodze do Grzepnicy zbudowane jest luksusowe, zamknięte osiedle wielkich domów. Najwyraźniej jest tak luksusowe i drogie, że nikt tych posiadłości nie kupuje i nikt tam nie mieszka, bo stoją puste, pewnie niszczeją i czekają nie wiadomo na co. Korty tenisowe na osiedlu powoli zarastają trawą.
Przez Sławoszewo dojechaliśmy do Bartoszewa, gdzie miałem zamiar kupić kawę w gospodzie, ale kolejka rowerzystów do baru była tak duża, że zrezygnowaliśmy i pojechaliśmy do Szczecina, gdzie zatrzymaliśmy się na gorącą herbatę z termosu i bułki nad stawem Uroczysko.
Lubią nad nim wypoczywać starsi ludzie...
Kiedy tak siedzieliśmy i jedliśmy wpatrzeni taflę stawu, na ścieżce za naszymi plecami usłyszałem szum przemieszczającej się dużej grupy rowerzystów, w której wypatrzyłem tatę i Bożenę ;).
Basia zastanawiała się, jak mi się to udało...ale to to akurat udaje mi się bardzo często.
Tata z Bożeną odłączyli się od grupy i dołączyli do nas.
Potem już wspólnie przez Krzekowo dojechaliśmy na Gumieńce, gdzie każdy podążył w swoją stronę...
P.S. Pozdrowienia dla Piotrka, którego spotkaliśmy pod Bartoszewem oraz Anety "Atheny" spotkanej w okolicach Głębokiego :).
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
44.66 km (4.00 km teren), czas: 02:43 h, avg:16.44 km/h,
prędkość maks: 42.00 km/hTemperatura:13.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 884 (kcal)
Misiowy Zinfandel aus Kalifornien ;)
Sobota, 15 października 2011 | dodano: 15.10.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Dziś pojechaliśmy do Loecknitz.
Niby na wycieczkę...
Niby na zakupy...
A tak po prawdzie, to połączyliśmy przyjemne z pożytecznym.
Najciekawszy jest przypadek Basi...ale po kolei.
Minęliśmy Będargowo i ruszyliśmy w stronę Warnika.
Ktoś tam próbował po drodze udowodnić swoją męskość i Basię ścigał. To nie ja. Ja robię zdjęcie...

Z Warnika dojechaliśmy do Bobolina, a stamtąd na granicę.
Pamiętacie (kto pamięta, ten pamięta), jak Basia mówiła, że NIGDY nie zrobi 100 km w 1 dzień? W tym roku zrobiła 138 km w 1 dzień i było jej mało.
Miała też nie nigdy jeździć z sakwami...z pominięciem oczywiście wyprawy do Brenia, hehehe...;)))
Teraz mówi, że nigdy, ale to nigdy nie będzie jeździła zimą. Dziś rano było koło 0 st.C.
Na tym zdjęciu - jak widać - Basia przygotowuje się intensywnie do NIE-JEŻDŻENIA w zimie! ;))))))))))))))))))
No faktycznie, strój letni ;)))!

Dodam, że w sakwie miała termos z gorącą herbatą i ochraniacze na buty kolarskie.
Pewnie po to, żeby mi udowodnić, że zimą nie wsiądzie na rower? :)))
Przed Schwennenz mały popas...

W Grambow wzrok przyciągały "rajskie jabłuszka"...

..oraz wyjątkowo ładne widoki Grambow w rześkim powietrzu.

W Loecknitz Basia poszła na zakupy w Netto "czarnym", a ja smarowałem łańcuch i uwieczniłem mój patent na ciepłe napoje w zimne dni.
Skarpetki do spania nieźle trzymają ciepło napoju.

W Netto "pomarańczowym" z kolei na zakupy poszedłem ja, a Basia dorwała się do aparatu...

Nic nie służy Misiaczom lepiej, jak wytrawne czerwone wino z Kaliforni z wizerunkiem niedźwiedzia ;)))

Oprócz wina z misiem dobrze też służy im pobyczenie się nad Loecknitzer See.



Nad jeziorem są wiaty...


W wiatach są Misiacze, a ten akurat udaje optymistę... ;)))

...bo choć kiełbaski pyszne, to piwo jednak bezalkoholowe (nigdy nie tłoczę w siebie alkoholu...na trasie;)))

Co dalej? Ano nic specjalnego...Ploewen, Bismark, Linken, Dołuje, Mierzyn, Szczecin, dom, obiad, łóżko i poobiednia drzemka...
Koniec opisu, może i lakoniczny, ale my mieliśmy niezłą frajdę z wyjazdu oraz 3,2 kg sera Gouda i Edamer, 4 kalifornijskie wina "z misiem" zakupione w Loecknitz...i coś tam jeszcze w sakwach....
Temperatura:12.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1255 (kcal)
Niby na wycieczkę...
Niby na zakupy...
A tak po prawdzie, to połączyliśmy przyjemne z pożytecznym.
Najciekawszy jest przypadek Basi...ale po kolei.
Minęliśmy Będargowo i ruszyliśmy w stronę Warnika.
Ktoś tam próbował po drodze udowodnić swoją męskość i Basię ścigał. To nie ja. Ja robię zdjęcie...
Z Warnika dojechaliśmy do Bobolina, a stamtąd na granicę.
Pamiętacie (kto pamięta, ten pamięta), jak Basia mówiła, że NIGDY nie zrobi 100 km w 1 dzień? W tym roku zrobiła 138 km w 1 dzień i było jej mało.
Miała też nie nigdy jeździć z sakwami...z pominięciem oczywiście wyprawy do Brenia, hehehe...;)))
Teraz mówi, że nigdy, ale to nigdy nie będzie jeździła zimą. Dziś rano było koło 0 st.C.
Na tym zdjęciu - jak widać - Basia przygotowuje się intensywnie do NIE-JEŻDŻENIA w zimie! ;))))))))))))))))))
No faktycznie, strój letni ;)))!

Basia w stroju niezbyt letnim.© Misiacz
Dodam, że w sakwie miała termos z gorącą herbatą i ochraniacze na buty kolarskie.
Pewnie po to, żeby mi udowodnić, że zimą nie wsiądzie na rower? :)))
Przed Schwennenz mały popas...
W Grambow wzrok przyciągały "rajskie jabłuszka"...
..oraz wyjątkowo ładne widoki Grambow w rześkim powietrzu.
W Loecknitz Basia poszła na zakupy w Netto "czarnym", a ja smarowałem łańcuch i uwieczniłem mój patent na ciepłe napoje w zimne dni.
Skarpetki do spania nieźle trzymają ciepło napoju.
W Netto "pomarańczowym" z kolei na zakupy poszedłem ja, a Basia dorwała się do aparatu...
Nic nie służy Misiaczom lepiej, jak wytrawne czerwone wino z Kaliforni z wizerunkiem niedźwiedzia ;)))
Oprócz wina z misiem dobrze też służy im pobyczenie się nad Loecknitzer See.
Nad jeziorem są wiaty...
W wiatach są Misiacze, a ten akurat udaje optymistę... ;)))
...bo choć kiełbaski pyszne, to piwo jednak bezalkoholowe (nigdy nie tłoczę w siebie alkoholu...na trasie;)))
Co dalej? Ano nic specjalnego...Ploewen, Bismark, Linken, Dołuje, Mierzyn, Szczecin, dom, obiad, łóżko i poobiednia drzemka...
Koniec opisu, może i lakoniczny, ale my mieliśmy niezłą frajdę z wyjazdu oraz 3,2 kg sera Gouda i Edamer, 4 kalifornijskie wina "z misiem" zakupione w Loecknitz...i coś tam jeszcze w sakwach....
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
63.34 km (2.00 km teren), czas: 03:41 h, avg:17.20 km/h,
prędkość maks: 50.00 km/hTemperatura:12.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1255 (kcal)
Rowery Turynu, Włochy :)
Środa, 12 października 2011 | dodano: 12.10.2011Kategoria Rowery Europy
Jak tylko wróciłem pod wieczór z wczorajszej wycieczki z Basią do Trzebieży, musiałem szybko spakować to i owo, bo w nocy czekał mnie służbowy wylot do Włoch, do Turynu. Jak zwykle starałem się skorzystać z okazji i podpatrzeć infrastrukturę i rowery kolejnego kraju.
Niestety, wyjazdy służbowe bardzo niewiele mają wspólnego z rekreacją i turystyką i najczęściej z wyjazdu pamięta się dojazd do lotniska po nocy (200 km), oczekiwanie na spóźniony samolot w zafajdanej hali odlotów (tym razem 3 godziny), lot (1,5 godziny), lądowanie, dojazd do hotelu (140 km), szybki prysznic, kilka godzin rozmów z klientem w jakiejś dzielnicy przemysłowej, salę konferencyjną i kolejne kilka godzin gadania... i powrót w podobnej sekwencji.
Do samego Turynu tak naprawdę pojechałem ostatniego dnia dzięki gościnności i zaproszeniu klienta i to po godzinie 20:00, więc siłą rzeczy mój marny aparacik zrobił w trybie nocnym marne zdjęcia (w biegu oczywiście).



Tytuł "Rowery Turynu" jest tu znacznie na wyrost, bo jednak najpopularniejszym środkiem do szybkiego przemieszczania się są we Włoszech skutery, jednak kilka egzemplarzy udało mi się uchwycić.


Troszkę rowerzystów jednak się po mieście kręciło (włoskie miejscowości ożywają nocą), ścieżek też troszkę mają (oczywiście daleko im do Holandii czy Niemiec). Jedną z ciekawostek był pas dla tramwajów i autobusów, który robił jednocześnie za pas ruchu dla rowerów (między szynami był asfalt). Troszkę mnie zastanawia co robić, kiedy na koło "siądzie" rowerzyście tramwaj ;))).
A to chyba najciekawszy z rowerów i ostatni tej nocy, który udało mi się sfotografować:

Potem pędem do hotelu, nocna pobudka...itp...itd.
Temperatura:28.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Niestety, wyjazdy służbowe bardzo niewiele mają wspólnego z rekreacją i turystyką i najczęściej z wyjazdu pamięta się dojazd do lotniska po nocy (200 km), oczekiwanie na spóźniony samolot w zafajdanej hali odlotów (tym razem 3 godziny), lot (1,5 godziny), lądowanie, dojazd do hotelu (140 km), szybki prysznic, kilka godzin rozmów z klientem w jakiejś dzielnicy przemysłowej, salę konferencyjną i kolejne kilka godzin gadania... i powrót w podobnej sekwencji.
Do samego Turynu tak naprawdę pojechałem ostatniego dnia dzięki gościnności i zaproszeniu klienta i to po godzinie 20:00, więc siłą rzeczy mój marny aparacik zrobił w trybie nocnym marne zdjęcia (w biegu oczywiście).
Tytuł "Rowery Turynu" jest tu znacznie na wyrost, bo jednak najpopularniejszym środkiem do szybkiego przemieszczania się są we Włoszech skutery, jednak kilka egzemplarzy udało mi się uchwycić.
Troszkę rowerzystów jednak się po mieście kręciło (włoskie miejscowości ożywają nocą), ścieżek też troszkę mają (oczywiście daleko im do Holandii czy Niemiec). Jedną z ciekawostek był pas dla tramwajów i autobusów, który robił jednocześnie za pas ruchu dla rowerów (między szynami był asfalt). Troszkę mnie zastanawia co robić, kiedy na koło "siądzie" rowerzyście tramwaj ;))).
A to chyba najciekawszy z rowerów i ostatni tej nocy, który udało mi się sfotografować:
Potem pędem do hotelu, nocna pobudka...itp...itd.
Rower:
Dane wycieczki:
0.00 km (0.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura:28.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Trzebież i 2.500 km Basi"Misiaczowej"
Niedziela, 9 października 2011 | dodano: 10.10.2011Kategoria Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Z Basią...
O godzinie 9:30 umówieni byliśmy na Głębokim z ekipą BS / RS na wyjazd "na rybkę do Trzebieży zorganizowany przez Baśkę "Rudzielca". Chociaż prognozy zapowiadały się optymistycznie, to jednak między godziną 9:00 a 10:00 zapowiadano lekkie "kropidło". Faktycznie, prognoza była trafna i zaraz za Tesco zostaliśmy z Basią zmoczeni, co spowodowało opóźnienie w dotarciu na Głębokie. Mieliśmy z 10 minut "obsuwy" z tego powodu.
Na miejscu czekała na nas grupa składająca się z Baśki "Rudzielca", Krzyśka "Montera", Tomka i Piotrka. Jako, że w nocy opady były solidne, Baśka zrezygnowała z zasuwania lasem do Zalesia i rzuciła pomysł jazdy przez Dobrą i Buk do Dobieszczyna. Pomysł niespecjalnie mi się uśmiechał, ponieważ droga w okolicach Stolca jest wyjątkowo podła i wyboista, podobnie jak od Dobieszczyna do Myśliborza Wielkiego. No, ale grupa to grupa, więc ruszyliśmy razem. Niesety, po pierwszych kilkuset metrach tempo 24 km/h narzucone pod górkę spowodowało, że moja Basia została daleko w tyle i czuła, że nie da rady w tym tempie, więc oznajmiliśmy, że jednak pojedziemy sami, Basi tempem. Zawróciliśmy i skierowaliśmy się ścieżką rowerową w stronę Tanowa zapowiadając, że spotkamy się na planowanej "rybce" w Trzebieży.

Była to dobra decyzja, bo i Basia się nie umęczyła a i droga była znacznie lepsza. Minąwszy Tanowo ruszyliśmy w kierunku Dobieszczyna. Samochodowy ruch "grzybiarski" nadal spory, więc miło było zjechać na leśny szlak w kierunku Drogoradza (zdaje się, że jest to szlak czarny, ale my kierowaliśmy się symbolewm roweru). Słońce już pięknie świeciło i prześwitywało przez drzewa.

Krajobraz zrobił się naprawdę bajkowy i choć temperatura nie była za wysoka, to jechało się naprawdę bardzo przyjemnie.


Droga leśna w pewnym momencie przeszła w wąską asfaltówkę, którą jechaliśmy do Drogoradza.

Przed Drogoradzem natknęliśmy się w lesie na dość dziwny cmentarz. Ani on ogrodzony, ani oznaczony. Po prostu kilkanaście nagrobków w lesie, głównie małych dzieci, choć i parę dorosłych się znalazło, daty głównie powojenne.
Tuż przed Trzebieżą dostałem SMS-a od Baśki, że zostało im jakieś 13 km do celu. My w tym czasie dojeżdżaliśmy do promenady i plaży.


Jakoś im te 13 km wolno szło, bo nim dojechali do nas, minęło z 45 minut.

Dobrze się jednak złożyło, ponieważ w tym czasie mogliśmy porobić sobie fotki, wypić kawę i coś zjeść.

Niektórzy nawet dość intensywnie się byczyli.

W Trzebieży znajduje się warowny zamek, który niestety jest niedostępny dla zwiedzających.

Wynika to z jego rozmiarów ;))).
Grupa dojechała w końcu do nas, powiększona o Artura z Polic.

Po krótkiej pogawędce ryszyliśmy "w Trzebież" w poszukiwaniu otwartej smażalni ryb, co nie było takie proste. Większość była pozamykana, a te otwarte serwowały rybki z mrożonek, a i obsługa nie była specjalnie sympatyczna.

Tak, jakby zupełnie nie zależało im na klientach.
W drugiej z otwartych smażalni, "Sailor", rybki były również z mrożonek, ale ekipa postanowiła jednak zostać.
My z Basią chwilę posiedzieliśmy, ale z powodu mojego nocnego wylotu służbowego musieliśmy ruszyć szybciej w stronę Szczecina, a dodatkowo trzeba było przygotować dom na niechciany najazd hydraulików. Zaproponowałem trasę przez lasy przez jezioro Piaski (w sumie było ono początkowo w planach wyjazdu całej grupy). Ruszyliśmy drogą na Myślibórz Wielki, z której po kilku kilomerach zjechaliśmy w lewo do lasu na czerwony szlak, a za moment odbiliśmy na kierunek "Do punktu czerpania wody". Punktem tym jest właśnie jezioro Piaski.

Sceneria była wspaniała, niebo odbijało się w wodzie, a cisza była tak niesamowita, że mógłbym pokusić się o twierdzenie, że aż ogłuszająca!


Jadąc dalej lasami i asfaltową drogą zamkniętą dla ruchu kierowaliśmy się w stronę szosy łączącej Dobieszczyn z Tanowem.

To, że stoi znak, że droga jest zamknięta dla ruchu to dla niektórych naszych rodaków za mało i muszą wpieprzać się ze swoimi samochodami tam, gdzie nikt ich nie chce (za naszego przejazdu były tam 2 samochody). Czekam tylko, kiedy skończy się sezon grzybowy i z lasów zniknie zakała w postaci niektórych zbieraczy, którzy las traktują jako kolejne miejsce eksploatacji i do zaśmiecania.


Po wjechaniu na drogę do Tanowa i krókim czasie jazdy zauważyliśmy na horyzoncie sylwetki kilku rowerzystów wyjeżdżająych z lasu od strony Drogoradza. Oni też nas zauważyli...okazało się, że to nasza "rybkowa" grupka wyjechała z czarnego szlaku prawie dokładnie w momencie, kiedy i my tam dojeżdżaliśmy.
Brakowało jedynie Artura, który zapewne wrócił do Polic, więc do Tanowa jechaliśmy w grupie 6-osobowej.
Przy jeziorze Głębokie w Szczecinie pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę...
P.S. Basia przekroczyła w tym roku (od marca) dystans 2.500 km :).
Temperatura:13.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Na miejscu czekała na nas grupa składająca się z Baśki "Rudzielca", Krzyśka "Montera", Tomka i Piotrka. Jako, że w nocy opady były solidne, Baśka zrezygnowała z zasuwania lasem do Zalesia i rzuciła pomysł jazdy przez Dobrą i Buk do Dobieszczyna. Pomysł niespecjalnie mi się uśmiechał, ponieważ droga w okolicach Stolca jest wyjątkowo podła i wyboista, podobnie jak od Dobieszczyna do Myśliborza Wielkiego. No, ale grupa to grupa, więc ruszyliśmy razem. Niesety, po pierwszych kilkuset metrach tempo 24 km/h narzucone pod górkę spowodowało, że moja Basia została daleko w tyle i czuła, że nie da rady w tym tempie, więc oznajmiliśmy, że jednak pojedziemy sami, Basi tempem. Zawróciliśmy i skierowaliśmy się ścieżką rowerową w stronę Tanowa zapowiadając, że spotkamy się na planowanej "rybce" w Trzebieży.
Była to dobra decyzja, bo i Basia się nie umęczyła a i droga była znacznie lepsza. Minąwszy Tanowo ruszyliśmy w kierunku Dobieszczyna. Samochodowy ruch "grzybiarski" nadal spory, więc miło było zjechać na leśny szlak w kierunku Drogoradza (zdaje się, że jest to szlak czarny, ale my kierowaliśmy się symbolewm roweru). Słońce już pięknie świeciło i prześwitywało przez drzewa.
Krajobraz zrobił się naprawdę bajkowy i choć temperatura nie była za wysoka, to jechało się naprawdę bardzo przyjemnie.
Droga leśna w pewnym momencie przeszła w wąską asfaltówkę, którą jechaliśmy do Drogoradza.
Przed Drogoradzem natknęliśmy się w lesie na dość dziwny cmentarz. Ani on ogrodzony, ani oznaczony. Po prostu kilkanaście nagrobków w lesie, głównie małych dzieci, choć i parę dorosłych się znalazło, daty głównie powojenne.
Tuż przed Trzebieżą dostałem SMS-a od Baśki, że zostało im jakieś 13 km do celu. My w tym czasie dojeżdżaliśmy do promenady i plaży.
Jakoś im te 13 km wolno szło, bo nim dojechali do nas, minęło z 45 minut.
Dobrze się jednak złożyło, ponieważ w tym czasie mogliśmy porobić sobie fotki, wypić kawę i coś zjeść.
Niektórzy nawet dość intensywnie się byczyli.
W Trzebieży znajduje się warowny zamek, który niestety jest niedostępny dla zwiedzających.
Wynika to z jego rozmiarów ;))).
Grupa dojechała w końcu do nas, powiększona o Artura z Polic.
Po krótkiej pogawędce ryszyliśmy "w Trzebież" w poszukiwaniu otwartej smażalni ryb, co nie było takie proste. Większość była pozamykana, a te otwarte serwowały rybki z mrożonek, a i obsługa nie była specjalnie sympatyczna.
Tak, jakby zupełnie nie zależało im na klientach.
W drugiej z otwartych smażalni, "Sailor", rybki były również z mrożonek, ale ekipa postanowiła jednak zostać.
My z Basią chwilę posiedzieliśmy, ale z powodu mojego nocnego wylotu służbowego musieliśmy ruszyć szybciej w stronę Szczecina, a dodatkowo trzeba było przygotować dom na niechciany najazd hydraulików. Zaproponowałem trasę przez lasy przez jezioro Piaski (w sumie było ono początkowo w planach wyjazdu całej grupy). Ruszyliśmy drogą na Myślibórz Wielki, z której po kilku kilomerach zjechaliśmy w lewo do lasu na czerwony szlak, a za moment odbiliśmy na kierunek "Do punktu czerpania wody". Punktem tym jest właśnie jezioro Piaski.
Sceneria była wspaniała, niebo odbijało się w wodzie, a cisza była tak niesamowita, że mógłbym pokusić się o twierdzenie, że aż ogłuszająca!
Jadąc dalej lasami i asfaltową drogą zamkniętą dla ruchu kierowaliśmy się w stronę szosy łączącej Dobieszczyn z Tanowem.
To, że stoi znak, że droga jest zamknięta dla ruchu to dla niektórych naszych rodaków za mało i muszą wpieprzać się ze swoimi samochodami tam, gdzie nikt ich nie chce (za naszego przejazdu były tam 2 samochody). Czekam tylko, kiedy skończy się sezon grzybowy i z lasów zniknie zakała w postaci niektórych zbieraczy, którzy las traktują jako kolejne miejsce eksploatacji i do zaśmiecania.
Po wjechaniu na drogę do Tanowa i krókim czasie jazdy zauważyliśmy na horyzoncie sylwetki kilku rowerzystów wyjeżdżająych z lasu od strony Drogoradza. Oni też nas zauważyli...okazało się, że to nasza "rybkowa" grupka wyjechała z czarnego szlaku prawie dokładnie w momencie, kiedy i my tam dojeżdżaliśmy.
Brakowało jedynie Artura, który zapewne wrócił do Polic, więc do Tanowa jechaliśmy w grupie 6-osobowej.
Przy jeziorze Głębokie w Szczecinie pożegnaliśmy się i każdy ruszył w swoją stronę...
P.S. Basia przekroczyła w tym roku (od marca) dystans 2.500 km :).
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
88.40 km (30.00 km teren), czas: 05:00 h, avg:17.68 km/h,
prędkość maks: 38.00 km/hTemperatura:13.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Misiacz - impresjonista
Czwartek, 6 października 2011 | dodano: 06.10.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Zainspirowany pięknym jesiennym zdjęciem Shrinka postanowiłem, że ja z kolei zabawię się w domorosłego impresjonistę i przerobię zdjęcie z ostatniej wycieczki do Bad Freienwalde w obraz impresjonistyczny.


Klik, klik...i mamy gotowy obraz impresjonistyczny. Niby fajne, ale i troszkę smutne, że niedługo we wszystkim będą nas mogły podrabiać komputery, aż w końcu zaczną nami rządzić...
Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)

Park Zdrojowy w Bad Freienwalde. Obraz Claude'a Misiacza z 2011.© Misiacz

Jezioro w Bralitz. Obraz Claude'a Misiacza z 2011.© Misiacz
Klik, klik...i mamy gotowy obraz impresjonistyczny. Niby fajne, ale i troszkę smutne, że niedługo we wszystkim będą nas mogły podrabiać komputery, aż w końcu zaczną nami rządzić...
Rower:
Dane wycieczki:
0.00 km (0.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Prezent pod choinkę w październiku ;)
Środa, 5 października 2011 | dodano: 05.10.2011Kategoria Szczecin i okolice
Operacja wymiany napędu zakończona. Dziś stałem się posiadaczem nowej korby Deore w technologii z łożyskami zewnętrznymi. Mimo, że stara wydawała się wizualnie całkiem dobra, to jednak wolałem mieć już nową do nowej kasety i nowego łańcucha (który niestety chrzęścił nieco na starej korbie).

Jako, że troszkę to-to kosztuje, więc wykombinowałem, że będzie to prezent od Basi dla mnie pod choinkę ;))).
Najwyżej w grudniu dostanę symboliczną czekoladę lub czerwone wino ;).

Korby tej w MAD BIKE niestety nie mieli, ale na szczęście znalazła się w Synkrosie, nawet dostałem upust 20 zł. Lubię te sklepy :).
Potem podskoczyłem do Piotrka do MAD BIKE, gdzie szybko dokonał przekładki. Stary napęd, nieco zjechany będzie jak znalazł do założenia, gdy pojawi się pierwszy śnieg. Nowego byłoby żal...

Siła sugestii w wyniku posiadania nowej korby była tak duża, że bez problemu rozbujałem na prostej rowerek do 40 km/h :).
Potem jeszcze odwiedziny u taty na działce i kurs do domu.
Po obiadku skoczyłem wypróbować nowy napęd.
Jadąc przez Taczaka spotkałem "Rammzesa", znaczy zima nadciąga ;).
Od Głębokiego przejechałem przez Las Arkoński i Park Kasprowicza.

Jadąc ul. Bolesława Śmiałego w stronę Turzyna za skrzyżowaniem z ul. Krzywoustego natknąłem się na taką oto miłą niespodziankę!

Powstał nowy kontrapas rowerowy! Słusznie, bo i tak spora ilość rowerzystów zasuwała tam pod prąd, teraz jest legalnie :). Fajnie, jakby jeszcze do tego pasa można by dotrzeć przez ul. Pułaskiego od strony ul. Boh. Warszawy, byłaby dość fajna kontynuacja. Widać jednak, że działania Rowerowego Szczecina i naciski na władze powoli odnoszą skutek :)!!!
Tuż przed domem spotkałem jeszcze "Gadzika", gdzie się nie ruszę, sami znajomi rowerzyści :).
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 741 (kcal)
Jako, że troszkę to-to kosztuje, więc wykombinowałem, że będzie to prezent od Basi dla mnie pod choinkę ;))).
Najwyżej w grudniu dostanę symboliczną czekoladę lub czerwone wino ;).

Nowa korba Deore z łożyskami zewnętrznymi.© Misiacz
Korby tej w MAD BIKE niestety nie mieli, ale na szczęście znalazła się w Synkrosie, nawet dostałem upust 20 zł. Lubię te sklepy :).
Potem podskoczyłem do Piotrka do MAD BIKE, gdzie szybko dokonał przekładki. Stary napęd, nieco zjechany będzie jak znalazł do założenia, gdy pojawi się pierwszy śnieg. Nowego byłoby żal...
Siła sugestii w wyniku posiadania nowej korby była tak duża, że bez problemu rozbujałem na prostej rowerek do 40 km/h :).
Potem jeszcze odwiedziny u taty na działce i kurs do domu.
Po obiadku skoczyłem wypróbować nowy napęd.
Jadąc przez Taczaka spotkałem "Rammzesa", znaczy zima nadciąga ;).
Od Głębokiego przejechałem przez Las Arkoński i Park Kasprowicza.
Jadąc ul. Bolesława Śmiałego w stronę Turzyna za skrzyżowaniem z ul. Krzywoustego natknąłem się na taką oto miłą niespodziankę!
Powstał nowy kontrapas rowerowy! Słusznie, bo i tak spora ilość rowerzystów zasuwała tam pod prąd, teraz jest legalnie :). Fajnie, jakby jeszcze do tego pasa można by dotrzeć przez ul. Pułaskiego od strony ul. Boh. Warszawy, byłaby dość fajna kontynuacja. Widać jednak, że działania Rowerowego Szczecina i naciski na władze powoli odnoszą skutek :)!!!
Tuż przed domem spotkałem jeszcze "Gadzika", gdzie się nie ruszę, sami znajomi rowerzyści :).
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
34.68 km (11.00 km teren), czas: 01:38 h, avg:21.23 km/h,
prędkość maks: 40.00 km/hTemperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 741 (kcal)
Do Lidla z Basią.
Poniedziałek, 3 października 2011 | dodano: 04.10.2011Kategoria Z Basią..., Szczecin i okolice
Jak w tytule. Zakupy bez samochodu, rzekomo ekologicznie ;).
Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
3.44 km (0.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Jesienne impresje...do Rieth i Altwarp
Niedziela, 2 października 2011 | dodano: 03.10.2011Kategoria Z Basią..., Wypadziki do Niemiec, Szczecin i okolice
"Rano mgła w pole szła
Wiatr ją rwał i ziębił
Opadały ciężkie grona
Kalin i jarzębin..." (Józef Czechowicz)
Ten wiersz przypomniał mi się rano, kiedy wyjrzałem za okno. Biało...
Prognozy jednak obiecywały pojawienie się słońca koło południa i tym razem mówiły prawdę.
Wczoraj, jadąc z Basią na wycieczkę rowerową do Bad Freienwalde rzuciłem nieostrożnie hasło, żeby może zerwać się w niedzielę z rana o 4:30, wrzucić rowery na samochód i podjechać na Rugię, by spenetrować jej południową część dokładniej. Nie spodziewałem się jednak, że cykloza Basi posunęła się już tak daleko, bo temat ochoczo podchwyciła. Po powrocie z wycieczki czułem się jednak na tyle znużony ładowaniem i rozładowywaniem rowerów, samą jazdą i powrotem w nocy przez Niemcy do Szczecina, że miałem ochotę się porządnie wyspać i zbiesiłem się. Nie chciało mi się zrywać za parę godzin ponownie. Basia była wyraźnie niepocieszona...
No to się wyspaliśmy, mgła się ulotniła i mieliśmy dwie opcje: piknik rowerowy (koc, kawa, jedzenie na kuchence turystycznej) lub wrzutka rowerów na dach samochodu i ... na serniczek do Rieth i kurs do Altwarp. Jako, że narozrabiałem z pomysłem wcześniejszym, wybór pozostawiłem Basi, a Basia jak to Basia, wybrała opcję nr 2 :))). Serniczek i bajkowa ścieżka w lesie przed Warsin! :)
Rozładunek na parkingu w Rieth.

Oczekujemy na ciacho w "Cafe de Kloenstuw". Serniczka, tego "naszego" znów nie było!

Nasz ulubieniec. "Misiek" najwyraźniej jest zblazowany...

Stoliki pod brzózkami.

To, że nie było "naszego" sernika nie znaczy, że nie było innych wspaniałych ciach. Tym razem wybraliśmy czekoladowe i porzeczkowe.

Jadąc w stronę Warsin co rusz musieliśmy strzepywać z siebie nitki babiego lata. Występuje w ogromnych ilościach, ciekawe co to znaczy?
Tu trawa pokryta babim latem i rosą...

Wieża widokowa na Neuwarper See skryta w cieniu drzew.

Nasza ulubiona ścieżka przez las...

"Szumiał las, śpiewał las,
gubił złote liście,
świeciło się jasne słonko
chłodno a złociście..."(Józef Czechowicz)

Kiedy tak sobie jechałem przez las, od czasu do czasu zerkałem w górę. Rozświetlony słońcem błękit nieba prześwitujący przez igły sosen przypomniał mi wakacje spędzane pod namiotem w Prowansji, gdzie bycząc się na leżaczku sączyłem białe "Villageoise" i beztrosko gapiłem się w niebo...

Przy ścieżce za Warsin w stronę Altwarp zachciało mi się sfotografować kroplę rosy. W domu zauważyłem, że oprócz liścia załapała się na nie jeszcze gąsienica. Jesień trwa, a gąsienice w najlepsze śmigają po źdźbłach...

Widok na Zalew Szczeciński ze ścieżki do Altwarp.

Samotna żaglówka na Zalewie...inne już stoją powyciągane na brzeg.

W Altwarp. Popas nad Zalewem.



Lubię fotografować łodzie i statki w porcie...

Zbliżenie na kuter. Sympatyczną ma mordkę. :)

Powrót do Rieth przez puszczę i jesienne impresje na temat łąki pod lasem...

Przed samym Rieth zatrzymaliśmy się na kawę w "B-IMBISS-iku" bis, jak go nazwaliśmy. Pomogła ta kawka.

Wpadłem na kolejny pomysł (jako, że Basia czuła eee....hmmm...pewien niedosyt jazdy!!!).
Otóż wymyśliłem w związku z Basi niedosytem, że w czasie, kiedy ja będę dojeżdżał na parking w Rieth i potem miotał się z załadowaniem roweru na dach, a potem jeszcze będę musiał dojechać samochodem do Hintersee, ona w tym czasie może sobie spokojnie popedałować ścieżką rowerową przez las do Hintersee, oddalonego od Rieth o 8 km.
Potem jednak głośno zacząłem dumać, czy aby to dobry pomysł, bo słońce już nisko, las itp...
Spojrzenie Basi a la "Terminator" skutecznie wyleczyło mnie z dalszych rozważań ;)))!
Nie wiedziałem, że cykloza może aż tak gwałtownie się rozwijać ;) !!!
Wróciłem na parking, kończąc wycieczkę na 32 km, a Basia w tym czasie pomykała do Hintersee.

Po załadowaniu roweru na dach, niespiesznie ruszyłem do miejsca spotkania, bo nie chciało mi się zbyt długo czekać na Basię.
Basia jadąc do celu sfotografowała nasz ulubiony "Bimbisik" przed Hintersee. Był otwarty mimo późnej pory!

Kiedy dojechałem samochodem do ustalonego miejsca spotkania w Hintersee...Basia już tam była!!!
Mruczała coś, że już 6 minut na mnie czeka i się nudzi ;)))!
Coś czuję, że Sargath i Shrink mieli rację mówiąc, że z bicia kolejnego rekordu wrócę przed czasem, bo nie wyrobię tempa Basi ;)))!
Dziś wycieczkę miała dłuższą o 8 km niż ja...Co będzie za rok?
Jeszcze pożegnalny rzut oka na jesienną ścieżkę i trzeba było wrzucić rower Basi na dach i wracać do Szczecina...
Temperatura:24.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 620 (kcal)
Wiatr ją rwał i ziębił
Opadały ciężkie grona
Kalin i jarzębin..." (Józef Czechowicz)
Ten wiersz przypomniał mi się rano, kiedy wyjrzałem za okno. Biało...
Prognozy jednak obiecywały pojawienie się słońca koło południa i tym razem mówiły prawdę.
Wczoraj, jadąc z Basią na wycieczkę rowerową do Bad Freienwalde rzuciłem nieostrożnie hasło, żeby może zerwać się w niedzielę z rana o 4:30, wrzucić rowery na samochód i podjechać na Rugię, by spenetrować jej południową część dokładniej. Nie spodziewałem się jednak, że cykloza Basi posunęła się już tak daleko, bo temat ochoczo podchwyciła. Po powrocie z wycieczki czułem się jednak na tyle znużony ładowaniem i rozładowywaniem rowerów, samą jazdą i powrotem w nocy przez Niemcy do Szczecina, że miałem ochotę się porządnie wyspać i zbiesiłem się. Nie chciało mi się zrywać za parę godzin ponownie. Basia była wyraźnie niepocieszona...
No to się wyspaliśmy, mgła się ulotniła i mieliśmy dwie opcje: piknik rowerowy (koc, kawa, jedzenie na kuchence turystycznej) lub wrzutka rowerów na dach samochodu i ... na serniczek do Rieth i kurs do Altwarp. Jako, że narozrabiałem z pomysłem wcześniejszym, wybór pozostawiłem Basi, a Basia jak to Basia, wybrała opcję nr 2 :))). Serniczek i bajkowa ścieżka w lesie przed Warsin! :)
Rozładunek na parkingu w Rieth.
Oczekujemy na ciacho w "Cafe de Kloenstuw". Serniczka, tego "naszego" znów nie było!
Nasz ulubieniec. "Misiek" najwyraźniej jest zblazowany...
Stoliki pod brzózkami.
To, że nie było "naszego" sernika nie znaczy, że nie było innych wspaniałych ciach. Tym razem wybraliśmy czekoladowe i porzeczkowe.
Jadąc w stronę Warsin co rusz musieliśmy strzepywać z siebie nitki babiego lata. Występuje w ogromnych ilościach, ciekawe co to znaczy?
Tu trawa pokryta babim latem i rosą...

Babie lato nad Neuwarper See...© Misiacz
Wieża widokowa na Neuwarper See skryta w cieniu drzew.
Nasza ulubiona ścieżka przez las...
"Szumiał las, śpiewał las,
gubił złote liście,
świeciło się jasne słonko
chłodno a złociście..."(Józef Czechowicz)
Kiedy tak sobie jechałem przez las, od czasu do czasu zerkałem w górę. Rozświetlony słońcem błękit nieba prześwitujący przez igły sosen przypomniał mi wakacje spędzane pod namiotem w Prowansji, gdzie bycząc się na leżaczku sączyłem białe "Villageoise" i beztrosko gapiłem się w niebo...
Przy ścieżce za Warsin w stronę Altwarp zachciało mi się sfotografować kroplę rosy. W domu zauważyłem, że oprócz liścia załapała się na nie jeszcze gąsienica. Jesień trwa, a gąsienice w najlepsze śmigają po źdźbłach...
Widok na Zalew Szczeciński ze ścieżki do Altwarp.
Samotna żaglówka na Zalewie...inne już stoją powyciągane na brzeg.
W Altwarp. Popas nad Zalewem.
Lubię fotografować łodzie i statki w porcie...
Zbliżenie na kuter. Sympatyczną ma mordkę. :)
Powrót do Rieth przez puszczę i jesienne impresje na temat łąki pod lasem...
Przed samym Rieth zatrzymaliśmy się na kawę w "B-IMBISS-iku" bis, jak go nazwaliśmy. Pomogła ta kawka.
Wpadłem na kolejny pomysł (jako, że Basia czuła eee....hmmm...pewien niedosyt jazdy!!!).
Otóż wymyśliłem w związku z Basi niedosytem, że w czasie, kiedy ja będę dojeżdżał na parking w Rieth i potem miotał się z załadowaniem roweru na dach, a potem jeszcze będę musiał dojechać samochodem do Hintersee, ona w tym czasie może sobie spokojnie popedałować ścieżką rowerową przez las do Hintersee, oddalonego od Rieth o 8 km.
Potem jednak głośno zacząłem dumać, czy aby to dobry pomysł, bo słońce już nisko, las itp...
Spojrzenie Basi a la "Terminator" skutecznie wyleczyło mnie z dalszych rozważań ;)))!
Nie wiedziałem, że cykloza może aż tak gwałtownie się rozwijać ;) !!!
Wróciłem na parking, kończąc wycieczkę na 32 km, a Basia w tym czasie pomykała do Hintersee.
Po załadowaniu roweru na dach, niespiesznie ruszyłem do miejsca spotkania, bo nie chciało mi się zbyt długo czekać na Basię.
Basia jadąc do celu sfotografowała nasz ulubiony "Bimbisik" przed Hintersee. Był otwarty mimo późnej pory!
Kiedy dojechałem samochodem do ustalonego miejsca spotkania w Hintersee...Basia już tam była!!!
Mruczała coś, że już 6 minut na mnie czeka i się nudzi ;)))!
Coś czuję, że Sargath i Shrink mieli rację mówiąc, że z bicia kolejnego rekordu wrócę przed czasem, bo nie wyrobię tempa Basi ;)))!
Dziś wycieczkę miała dłuższą o 8 km niż ja...Co będzie za rok?
Jeszcze pożegnalny rzut oka na jesienną ścieżkę i trzeba było wrzucić rower Basi na dach i wracać do Szczecina...
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
32.56 km (5.00 km teren), czas: 01:51 h, avg:17.60 km/h,
prędkość maks: 38.00 km/hTemperatura:24.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 620 (kcal)
























