- Kategorie:
- Archiwalne wyprawy.5
- Drawieński Park Narodowy.29
- Francja.9
- Holandia 2014.6
- Karkonosze 2008.4
- Kresy wschodnie 2008.10
- Mazury na rowerze teściowej.19
- Mazury-Suwalszczyzna 2014.4
- Mecklemburgische Seenplatte.12
- Po Polsce.54
- Rekordy Misiacza (pow. 200 km).13
- Rowery Europy.15
- Rugia 2011.15
- Rugia od 2010....31
- Spreewald (Kraina Ogórka).4
- Szczecin i okolice.1382
- Szczecińskie Rajdy BS i RS.212
- U przyjaciół ....46
- Wypadziki do Niemiec.323
- Wyprawa na spływ tratwami 2008.4
- Wyprawa Oder-Neisse Radweg 2012.7
- Wyprawy na Wyspę Uznam.12
- Z Basią....230
- Z cyborgami z TC TEAM :))).34
Dalej z Basią...i niesamowita szczodrość Gadzika!!!
Poniedziałek, 11 kwietnia 2011 | dodano: 11.04.2011Kategoria Szczecin i okolice, Z Basią...
To miała być kolejna przejażdżka z Basią, ot kolejny trening dla niej w jeździe na rowerze, a zrobiło się prawie że wieloetapowe spotkanie BS. ;)))
Zaplanowaliśmy, że pojedziemy przez Centralny i Taczaka nad jezioro Głębokie i tak w sumie zrobiliśmy. Zatrzymaliśmy się przy Lidlu przy ul. Modrej, do którego wszedłem na moment, żeby kupić batoniki muesli. Wychodzę, patrzę...a tam Basia w najlepsze gawędzi sobie z Atheną i Odysseusem z BS. Nie znali oni Basi osobiście, ale...poznali ją po kolorze kubraczka (Athena) i po moim rowerze (zdaje się, że po charakterystycznym zabytkowym siodełku ze skóry - Odysseus).
Pogawędziliśmy miło przez chwilę, a odjeżdżając podsumowałem, że cóż - takie jest życie celebrytów, że wszędzie ich widać! ;)))))))))))))))))))))
Skrótem przez poligon dojechaliśmy do Lasu Arkońskiego, gdzie zatrzymaliśmy się, by zjeść wreszcie te zakupione batoniki.

Wróciliśmy nieznacznie tylko zmienioną trasą. Będąc blisko garażu, zadzwoniłem do Jarka "Gadabagiennego" (nieodżałowanej pamięci były członek Bikestats, który zniknął z naszych stron na dobre przez jakiegoś wrednego frajera). Otóż poszukiwałem dla Basi siodełka ze skóry, żeby nie męczyła się jeżdżąc na plastikowo-żelowym gównie, które są obecnie reklamowane jako coś fantastycznego, a czym nie są i nie były. Licytacja na Allegro nie wypadła ostatnio po mojej myśli, trudno. Okazało się, że Gadzik ma do sprzedania praktycznie nieużywane, zabytkowe siodło typu "Brooks", chromy mocowania świecą, skóra jeszcze niewyprofilowana do tyłka użytkownika (niewtajemniczonym powiem, że skórzane siodło po ok. 1000 km przyjmuje kształt zadu właściciela i jest potem tak wygodne i w ogóle tak rewelacyjnie oddycha - jak to skóra, że nawet po 200 km w ogóle nie występuje problem bólu tyłka).
Jest nieco porysowane, ale to wynika z jego wieku - po odpowiednim nawoskowaniu i napastowaniu będzie jak nowe. Tu na zdjęciu jest zaraz po założeniu i powiem, że nawet posiadając nieugniecioną skórę jest już teraz o 200% wygodniejsze od żelowego badziewia.



A TERAZ HIT DNIA:
GADZIK SIODEŁKO TO MI...SPREZENTOWAŁ!!!
Proszę o poradę, nie wiem jak się odwdzięczyć za coś takiego (za nowego Brooksa ze sklepu zapłaciłbym przynajmniej 280 zł). Uczta? Impreza? Grill? Coś do roweru?
Czy Gadzik to zaakceptuje?
Jarek, jeszcze raz wielkie dzięki, prezenty w postaci takich rarytasów nie trafiają się prawie nigdy! Czym zasłużyłem?
P.S. Czy są chętni na żelowe Selle Italia, które zdjąłem ze sztycy? ;)))
Temperatura:17.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 493 (kcal)
Zaplanowaliśmy, że pojedziemy przez Centralny i Taczaka nad jezioro Głębokie i tak w sumie zrobiliśmy. Zatrzymaliśmy się przy Lidlu przy ul. Modrej, do którego wszedłem na moment, żeby kupić batoniki muesli. Wychodzę, patrzę...a tam Basia w najlepsze gawędzi sobie z Atheną i Odysseusem z BS. Nie znali oni Basi osobiście, ale...poznali ją po kolorze kubraczka (Athena) i po moim rowerze (zdaje się, że po charakterystycznym zabytkowym siodełku ze skóry - Odysseus).
Pogawędziliśmy miło przez chwilę, a odjeżdżając podsumowałem, że cóż - takie jest życie celebrytów, że wszędzie ich widać! ;)))))))))))))))))))))
Skrótem przez poligon dojechaliśmy do Lasu Arkońskiego, gdzie zatrzymaliśmy się, by zjeść wreszcie te zakupione batoniki.

Trekkingi w lesie. Szczecin.© Misiacz
Wróciliśmy nieznacznie tylko zmienioną trasą. Będąc blisko garażu, zadzwoniłem do Jarka "Gadabagiennego" (nieodżałowanej pamięci były członek Bikestats, który zniknął z naszych stron na dobre przez jakiegoś wrednego frajera). Otóż poszukiwałem dla Basi siodełka ze skóry, żeby nie męczyła się jeżdżąc na plastikowo-żelowym gównie, które są obecnie reklamowane jako coś fantastycznego, a czym nie są i nie były. Licytacja na Allegro nie wypadła ostatnio po mojej myśli, trudno. Okazało się, że Gadzik ma do sprzedania praktycznie nieużywane, zabytkowe siodło typu "Brooks", chromy mocowania świecą, skóra jeszcze niewyprofilowana do tyłka użytkownika (niewtajemniczonym powiem, że skórzane siodło po ok. 1000 km przyjmuje kształt zadu właściciela i jest potem tak wygodne i w ogóle tak rewelacyjnie oddycha - jak to skóra, że nawet po 200 km w ogóle nie występuje problem bólu tyłka).
Jest nieco porysowane, ale to wynika z jego wieku - po odpowiednim nawoskowaniu i napastowaniu będzie jak nowe. Tu na zdjęciu jest zaraz po założeniu i powiem, że nawet posiadając nieugniecioną skórę jest już teraz o 200% wygodniejsze od żelowego badziewia.

Siodełko. Zabytek. Skóra. 1.© Misiacz

Siodełko. Zabytek. Skóra. 2.© Misiacz

Siodełko. Zabytek. Skóra. 3.© Misiacz
A TERAZ HIT DNIA:
GADZIK SIODEŁKO TO MI...SPREZENTOWAŁ!!!
Proszę o poradę, nie wiem jak się odwdzięczyć za coś takiego (za nowego Brooksa ze sklepu zapłaciłbym przynajmniej 280 zł). Uczta? Impreza? Grill? Coś do roweru?
Czy Gadzik to zaakceptuje?
Jarek, jeszcze raz wielkie dzięki, prezenty w postaci takich rarytasów nie trafiają się prawie nigdy! Czym zasłużyłem?
P.S. Czy są chętni na żelowe Selle Italia, które zdjąłem ze sztycy? ;)))
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
25.60 km (8.00 km teren), czas: 01:43 h, avg:14.91 km/h,
prędkość maks: 32.00 km/hTemperatura:17.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 493 (kcal)
Leczenie z głupoty prędkości średniej. Niemcy. Basia. Krysia.
Niedziela, 10 kwietnia 2011 | dodano: 10.04.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Skąd taki tytuł? Można by powiedzieć, że to długa historia, ale w sumie czemu nie miałbym jej opisać? Otóż ostatnio zabieram Basię na wycieczki, dopiero się wprawia i stwierdziłem, że nie będę wpisywał tak niskich średnich prędkości, bo zasadniczo sam tak nie jeżdżę. Chciałem wiedzieć po prostu, jakie mam roczne możliwości wykręcenia MAKSYMALNEJ możliwej do uzyskania przeze mnie średniej. Stanąłem na rozdrożu, bo chcąc poznać moje roczne możliwości wykręcenia takiej to średniej mogłem stać się w oczach niektórych oszustem. Doszedłem do wniosku, że powinienem mieć kilka batonów w różnych kategoriach (np. sam, z Basią, z Cyborgami). Niestety, takich opcji nie ma.
Po moim wczorajszym wpisie bez podania średniej rozpoczęło się coś w rodzaju nagonki na Misiacza...
Długo na ten temat rozmawialiśmy na GG ze Shrinkiem, było trochę argumentów, trochę filozofowania. Po dłuższym czasie jednak mnie coś olśniło!
Przypomniałem sobie, że zakładając parę lat temu konto na BS, zakładałem je z myślą, że będę tu opisywał i fotograficznie dokumentował wycieczki.
O czymś takim jak średnia w ogóle nie myślałem.
Od niedawna zacząłem jeździć z różnego rodzaju szybkimi harpaganami i chyba padło mi od tego pędu na głowę. Zacząłem - zupełnie bez sensu - dbać o to, jaka mi średnia wychodzi. Czy ja jestem jakimś wyczynowcem?!
Dziś zadałem sobie pytanie:
- Misiacz, po ch...Ci cały ten pęd po średnią, niech sobie inni wariują, jeździsz dla siebie i powinieneś mieć tę całą psychozę AVG głęboko w dupie!
Co też dokładnie uczyniłem. Od dzisiaj średnią mam głęboko w zadzie. Wyjdzie taka jaka wyjdzie, a nie dlatego, że ją nakręcam celowo.
Czy to będzie 13 km/h czy 27 km/h - JAKIE TO MA ZNACZENIE??!!
Czasem wystarczy przebłysk mądrości... ;)))
No, a teraz do rzeczy. Wycieczki dziś były dwie. Na pierwszą ruszyłem z Robertem "Sakwiarzem" w stronę granicy niemieckiej.
Chcieliśmy zobaczyć, na jakim etapie znajduje się budowa drogi, która ma biec od Warnika do Ladenthin-Schwennenz.
Wichura po polach hulała dziś nieziemska. Na szczęście za Warzymicami droga wiła się tak, że przed Smolęcinem mieliśmy wiatr w plecy.
Co ciekawe, dzisiejszy Vmax - blisko 50 km/h - wykręciliśmy...pod górę przed Smolęcinem!
Tak wiało w plecy!!! Jeszcze nigdy nie podjeżdżałem pod górę z taką prędkością! ;)
Planowana droga przez granicę biegnie od zakrętu przed miejscowością Warnik i jest oznaczona stosownymi tablicami (to ta rozryta ziemia za mną z wyciętymi krzakami). Na razie Polacy zrobili tylko tyle.

Ponieważ roboty nie idą po naszej stronie zbyt szybko, pozostała nam jazda po polu, ale jechało się całkiem nieźle.

Ta kupa kamieni to inwestycja po polskiej stronie.
Na drugim planie widać wykonaną podbudowę drogi po stronie niemieckiej. Wg tablicy po niemieckiej stronie, inwestycja ma być gotowa w czerwcu tego roku.
Kiedy będzie gotowa po naszej...nie mam pojęcia. Sądząc po zaawansowaniu prac, może w 2020! ;)))

Dojeżdżając do granicy, miałem nadzieję, że nie powtórzy się historia z rowem granicznym, którą opisałem TUTAJ. ;)))
Powtórzyła się...

Jak już wlazłem do tego rowu, to teraz muszę z niego wyleźć. ;)

Podbudowa po stronie niemieckiej, nie wszędzie jeszcze utwardzona, udało mi się zakopać.

Po dojechaniu do Ladenthin skierowaliśmy się na Schwennenz, a stamtąd polną drogą dojechaliśmy do granicy w Bobolinie.
Od Bobolina wiatr dął nam w plecy i jechało się znakomicie.
Niestety, po dojechaniu do Szczecina, wsiadając na rower i ruszając, zahaczyłem butem o osłonę łańcucha i ją połamałem. :(((
Rowerek wygląda na troszkę okaleczony, ale mam nadzieję, że uda mi się dokupić taką osłonę.
Potem nastąpiła krótka przerwa na odpoczynek i kawkę w domu, po czym zabrałem ponownie Basię (załapała wirusa cyklozy;))) i pojechaliśmy pod blok mojego brata, który zechciał wreszcie wsiąść na rower, a co ważniejsze - zabrał ze sobą Krysiorka.
Z Basią, Krysią i moim bratem powolutku potoczyliśmy się w stronę ul. Taczaka.

Stamtąd skręciliśmy w Łukasińskiego i dojechaliśmy do Mierzyna, gdzie mieliśmy krótką przerwę.
Tu Krysiorek zaciesza, choć wcale to tak nie wygląda. ;)))
.
Aaaa...brat też zaciesza! ;)
A tu grupowe wciąganie batoników w przysiadzie. ;)

W sumie z tą ekipą zrobiliśmy ok. 20,5 km i powiem, że była to również bardzo udana wycieczka!

P.S. Dziś chrzest bojowy ciuchów TC-TEAM (koszulka imienna z napisem MISIACZ TC plus spodenki) otrzymanych przeze mnie i resztę Cyborgów TC od sponsora, czyli naszej firmy Technic-Control.
:)
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1219 (kcal)
Po moim wczorajszym wpisie bez podania średniej rozpoczęło się coś w rodzaju nagonki na Misiacza...
Długo na ten temat rozmawialiśmy na GG ze Shrinkiem, było trochę argumentów, trochę filozofowania. Po dłuższym czasie jednak mnie coś olśniło!
Przypomniałem sobie, że zakładając parę lat temu konto na BS, zakładałem je z myślą, że będę tu opisywał i fotograficznie dokumentował wycieczki.
O czymś takim jak średnia w ogóle nie myślałem.
Od niedawna zacząłem jeździć z różnego rodzaju szybkimi harpaganami i chyba padło mi od tego pędu na głowę. Zacząłem - zupełnie bez sensu - dbać o to, jaka mi średnia wychodzi. Czy ja jestem jakimś wyczynowcem?!
Dziś zadałem sobie pytanie:
- Misiacz, po ch...Ci cały ten pęd po średnią, niech sobie inni wariują, jeździsz dla siebie i powinieneś mieć tę całą psychozę AVG głęboko w dupie!
Co też dokładnie uczyniłem. Od dzisiaj średnią mam głęboko w zadzie. Wyjdzie taka jaka wyjdzie, a nie dlatego, że ją nakręcam celowo.
Czy to będzie 13 km/h czy 27 km/h - JAKIE TO MA ZNACZENIE??!!
Czasem wystarczy przebłysk mądrości... ;)))
No, a teraz do rzeczy. Wycieczki dziś były dwie. Na pierwszą ruszyłem z Robertem "Sakwiarzem" w stronę granicy niemieckiej.
Chcieliśmy zobaczyć, na jakim etapie znajduje się budowa drogi, która ma biec od Warnika do Ladenthin-Schwennenz.
Wichura po polach hulała dziś nieziemska. Na szczęście za Warzymicami droga wiła się tak, że przed Smolęcinem mieliśmy wiatr w plecy.
Co ciekawe, dzisiejszy Vmax - blisko 50 km/h - wykręciliśmy...pod górę przed Smolęcinem!
Tak wiało w plecy!!! Jeszcze nigdy nie podjeżdżałem pod górę z taką prędkością! ;)
Planowana droga przez granicę biegnie od zakrętu przed miejscowością Warnik i jest oznaczona stosownymi tablicami (to ta rozryta ziemia za mną z wyciętymi krzakami). Na razie Polacy zrobili tylko tyle.
Ponieważ roboty nie idą po naszej stronie zbyt szybko, pozostała nam jazda po polu, ale jechało się całkiem nieźle.
Ta kupa kamieni to inwestycja po polskiej stronie.
Na drugim planie widać wykonaną podbudowę drogi po stronie niemieckiej. Wg tablicy po niemieckiej stronie, inwestycja ma być gotowa w czerwcu tego roku.
Kiedy będzie gotowa po naszej...nie mam pojęcia. Sądząc po zaawansowaniu prac, może w 2020! ;)))
Dojeżdżając do granicy, miałem nadzieję, że nie powtórzy się historia z rowem granicznym, którą opisałem TUTAJ. ;)))
Powtórzyła się...

Przedzieram się przez rów graniczny. Polska - Niemcy.© Misiacz
Jak już wlazłem do tego rowu, to teraz muszę z niego wyleźć. ;)
Podbudowa po stronie niemieckiej, nie wszędzie jeszcze utwardzona, udało mi się zakopać.
Po dojechaniu do Ladenthin skierowaliśmy się na Schwennenz, a stamtąd polną drogą dojechaliśmy do granicy w Bobolinie.
Od Bobolina wiatr dął nam w plecy i jechało się znakomicie.
Niestety, po dojechaniu do Szczecina, wsiadając na rower i ruszając, zahaczyłem butem o osłonę łańcucha i ją połamałem. :(((
Rowerek wygląda na troszkę okaleczony, ale mam nadzieję, że uda mi się dokupić taką osłonę.
Potem nastąpiła krótka przerwa na odpoczynek i kawkę w domu, po czym zabrałem ponownie Basię (załapała wirusa cyklozy;))) i pojechaliśmy pod blok mojego brata, który zechciał wreszcie wsiąść na rower, a co ważniejsze - zabrał ze sobą Krysiorka.
Z Basią, Krysią i moim bratem powolutku potoczyliśmy się w stronę ul. Taczaka.
Stamtąd skręciliśmy w Łukasińskiego i dojechaliśmy do Mierzyna, gdzie mieliśmy krótką przerwę.
Tu Krysiorek zaciesza, choć wcale to tak nie wygląda. ;)))
Aaaa...brat też zaciesza! ;)
A tu grupowe wciąganie batoników w przysiadzie. ;)
W sumie z tą ekipą zrobiliśmy ok. 20,5 km i powiem, że była to również bardzo udana wycieczka!
P.S. Dziś chrzest bojowy ciuchów TC-TEAM (koszulka imienna z napisem MISIACZ TC plus spodenki) otrzymanych przeze mnie i resztę Cyborgów TC od sponsora, czyli naszej firmy Technic-Control.
:)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
57.61 km (8.00 km teren), czas: 03:17 h, avg:17.55 km/h,
prędkość maks: 49.30 km/hTemperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1219 (kcal)
Z Basią na poważniej. Schwennenz in Deutschland.
Sobota, 9 kwietnia 2011 | dodano: 09.04.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Dziś Basia zrobiła naprawdę ponad 400% normy! ;))) Po ostatnich Basiowych wprawkach rowerowych po 7 km i 8 km, dzisiejszy wyjazd mogę wręcz nazwać wyprawą!!! ;)))
Pojechaliśmy na rowerkach przez Przecław, Będargowo do Schwennenz.
Zanim jednak do tego doszło, troszkę czasu zajęło nam się wygrzebanie z domu, my już tak mamy. Basia zapomniała dokumentów i tu na nią czekam pod domem.

Kiedy wreszcie ruszyliśmy, była 12:30, ale w sumie przecież daleko nie planowaliśmy jechać.
W drodze za Będargowem wichura dawała nam ostro w twarz.

Kiedy wreszcie skręciliśmy w stronę granicy, wichurę mieliśmy już "tylko boczną".
Będąc już po stronie niemieckiej zatrzymaliśmy się na herbatkę z termosu.

Uliczka w Schwennenz.

Nie przyjechałem do tej wioseczki tylko i wyłącznie w celach turystycznych, ale też aby połączyć przyjemne z przyjemnym, czyli wymienić trzy puste "Radebergery" na trzy pełne (w sklepiku p. Anke Schumann).
Po zakupach zatrzymaliśmy się jeszcze w "centrum" Schwennenz, aby coś przekąsić.
Jem, patrzę...a tu pomyka Monter61, który był jednym z uczestników ostatniej wycieczki na wyspę Rugię.
Świat nie jest zbyt duży.

Jak widać z kolejnego zdjęcia, dalej jechaliśmy już z Monterem. Tu zmykają mi z Basią pod górkę do Bobolina.

Na górce skręciliśmy w stronę Warnika, a wiatr tym razem był naszym wspaniałym sprzymierzeńcem, bo z pełną siłą dmuchał nam w plecy.
Koloryt pól mówi wyraźnie, że wiosna nadeszła!!!

P.S. Przypomniałem sobie, że nie dla średniej jeżdżę...to odnośnie całego cyrku z wpisami w komentarzach.
Temperatura:16.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 671 (kcal)
Pojechaliśmy na rowerkach przez Przecław, Będargowo do Schwennenz.
Zanim jednak do tego doszło, troszkę czasu zajęło nam się wygrzebanie z domu, my już tak mamy. Basia zapomniała dokumentów i tu na nią czekam pod domem.
Kiedy wreszcie ruszyliśmy, była 12:30, ale w sumie przecież daleko nie planowaliśmy jechać.
W drodze za Będargowem wichura dawała nam ostro w twarz.
Kiedy wreszcie skręciliśmy w stronę granicy, wichurę mieliśmy już "tylko boczną".
Będąc już po stronie niemieckiej zatrzymaliśmy się na herbatkę z termosu.
Uliczka w Schwennenz.
Nie przyjechałem do tej wioseczki tylko i wyłącznie w celach turystycznych, ale też aby połączyć przyjemne z przyjemnym, czyli wymienić trzy puste "Radebergery" na trzy pełne (w sklepiku p. Anke Schumann).
Po zakupach zatrzymaliśmy się jeszcze w "centrum" Schwennenz, aby coś przekąsić.
Jem, patrzę...a tu pomyka Monter61, który był jednym z uczestników ostatniej wycieczki na wyspę Rugię.
Świat nie jest zbyt duży.
Jak widać z kolejnego zdjęcia, dalej jechaliśmy już z Monterem. Tu zmykają mi z Basią pod górkę do Bobolina.
Na górce skręciliśmy w stronę Warnika, a wiatr tym razem był naszym wspaniałym sprzymierzeńcem, bo z pełną siłą dmuchał nam w plecy.
Koloryt pól mówi wyraźnie, że wiosna nadeszła!!!

Pola przed Warnikiem.© Misiacz
P.S. Przypomniałem sobie, że nie dla średniej jeżdżę...to odnośnie całego cyrku z wpisami w komentarzach.
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
33.55 km (4.00 km teren), czas: 02:27 h, avg:13.69 km/h,
prędkość maks: 31.00 km/hTemperatura:16.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 671 (kcal)
Trenowanie Basi, blisko 100 % wzrost! ;)))
Czwartek, 7 kwietnia 2011 | dodano: 07.04.2011Kategoria Szczecin i okolice, Z Basią...
Rozkręcania Basi ciąg dalszy, tym razem dojechaliśmy "aż" do Mierzyna.
W stosunku do ostatniego wyjazdu postęp o 100% !!! ;)))

Dodam, że ostatnio udało się przejechać "całe" 8 km!!! ;)))
Średniej nawet nie podaję, bo to przecież nie moja średnia...
Temperatura:15.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 333 (kcal)
W stosunku do ostatniego wyjazdu postęp o 100% !!! ;)))

Nad bajorkiem przy Derdowskiego.© Misiacz
Dodam, że ostatnio udało się przejechać "całe" 8 km!!! ;)))
Średniej nawet nie podaję, bo to przecież nie moja średnia...
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
16.69 km (3.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 30.50 km/hTemperatura:15.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 333 (kcal)
Na Wały Chrobrego i tu i ówdzie...
Środa, 6 kwietnia 2011 | dodano: 06.04.2011Kategoria Szczecin i okolice
Po pracy pojechałem na Wały Chrobrego, niestety było pochmurno.

Przed muzeum leży sobie taka malutka śrubka okrętowa. ;)

Pokręciłem się trochę po Parku Żeromskiego. Na skarpie w okolicy ul. Storrady stoi dawny dom pogrzebowy (lub ogrodnika, ewentualnie dozorcy wg innych źródeł) gminy francuskiej, która istniała tu za czasów niemieckich.

Trochę więcej na temat tego miejsca można poczytać sobie TUTAJ
Również TUTAJ można poczytać o innych ciekawych rzeczach dotyczących Francuzów w dawnym Szczecinie.
Temperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 350 (kcal)

KTM przed muzem.© Misiacz
Przed muzeum leży sobie taka malutka śrubka okrętowa. ;)

Rowerek na tle śrubki okrętowej. Przed muzeum.© Misiacz
Pokręciłem się trochę po Parku Żeromskiego. Na skarpie w okolicy ul. Storrady stoi dawny dom pogrzebowy (lub ogrodnika, ewentualnie dozorcy wg innych źródeł) gminy francuskiej, która istniała tu za czasów niemieckich.

Dawny dom pogrzebowy gminy francuskiej. Front.© Misiacz
Trochę więcej na temat tego miejsca można poczytać sobie TUTAJ
Również TUTAJ można poczytać o innych ciekawych rzeczach dotyczących Francuzów w dawnym Szczecinie.

Dawny dom pogrzebowy gminy francuskiej. Bok.© Misiacz
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
15.70 km (1.00 km teren), czas: 00:45 h, avg:20.93 km/h,
prędkość maks: 47.00 km/hTemperatura:14.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 350 (kcal)
Z Basią...
Poniedziałek, 4 kwietnia 2011 | dodano: 04.04.2011Kategoria Szczecin i okolice, Z Basią...
Przejażdżki, które mają stopniowo rozwinąć się w trening Basi przed naszą wyprawą na Rugię...
Temperatura:15.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 173 (kcal)
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
8.50 km (2.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 33.00 km/hTemperatura:15.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 173 (kcal)
Nożżżż....nie wytrzymałem! Cykloza....
Niedziela, 3 kwietnia 2011 | dodano: 03.04.2011Kategoria Szczecin i okolice
Cykloza jest chyba gorsza od przeziębienia, które próbowało mnie złamać.
Jeszcze parę godzin temu byłem z tego powodu tylko na sympatycznym, aczkolwiek spacerze, gdzie robiłem jedynie za napęd do roweru Krysiorka (co oczywiście udokumentowałem odpowiednim WPISEM. ;)))
Minęło popołudnie, poczułem się lepiej...i co? Naciągnąłem Basię na krótką, wspólną przejażdżkę po okolicy. Pojechałem oczywiście "w cywilu", bo komu by się chciało przebierać na niecałe 8 km?
Może dlatego nie rozpoznał mnie Romal "Sakwiarz", który przemknął koło mnie na osiedlu.
Na szczęście usłyszał moje wołanie i odprowadził mnie i Basię do garażu.
Zrobiła się wyprawa 3-osobowa! ;))) Zaszalałem, a co!
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Jeszcze parę godzin temu byłem z tego powodu tylko na sympatycznym, aczkolwiek spacerze, gdzie robiłem jedynie za napęd do roweru Krysiorka (co oczywiście udokumentowałem odpowiednim WPISEM. ;)))
Minęło popołudnie, poczułem się lepiej...i co? Naciągnąłem Basię na krótką, wspólną przejażdżkę po okolicy. Pojechałem oczywiście "w cywilu", bo komu by się chciało przebierać na niecałe 8 km?
Może dlatego nie rozpoznał mnie Romal "Sakwiarz", który przemknął koło mnie na osiedlu.
Na szczęście usłyszał moje wołanie i odprowadził mnie i Basię do garażu.
Zrobiła się wyprawa 3-osobowa! ;))) Zaszalałem, a co!

Misiacz i Romal. Na Pomorzanach.© Misiacz
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
7.35 km (2.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 23.50 km/hTemperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Napęd do Krysiorka "Misiacz-1972" :)))
Niedziela, 3 kwietnia 2011 | dodano: 03.04.2011Kategoria Szczecin i okolice
Z powodu zaskakujących niedomagań zdrowotnych (myślałem, że jestem niezniszczalny, ale okazałem się przereklamowany;))) nie pozostało mi nic innego, jak pojechać samochodem do Parku Kasprowicza, zabrać Krysiorka i towarzystwo i porobić za napęd do Krysiorkowego "Harleya".
Rajd rozpoczął się przy słynnym już szczecińskim dywanie z krokusów na Jasnych Błoniach.

Oczywiście nie mogło zabraknąć i takiego ujęcia!

Czasem trzeba wyluzować.

Jako, że wujaszek Misiacz okazał pewną niemoc, Krysiorek dał czadu!

Ostro było!

Tak wygląda doczepny silnik do "Harleya" ;)))

W parku spotkaliśmy się z ciocią Kasią i wujkiem Gadzikiem...eee, znaczy Jarkiem! ;)

Szefowa gangu (ta na Harleyu oczywiście). :)
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Rajd rozpoczął się przy słynnym już szczecińskim dywanie z krokusów na Jasnych Błoniach.
Oczywiście nie mogło zabraknąć i takiego ujęcia!
Czasem trzeba wyluzować.
Jako, że wujaszek Misiacz okazał pewną niemoc, Krysiorek dał czadu!

Pędzę, pędzę, pędzę...© Misiacz
Ostro było!
Tak wygląda doczepny silnik do "Harleya" ;)))
W parku spotkaliśmy się z ciocią Kasią i wujkiem Gadzikiem...eee, znaczy Jarkiem! ;)
Szefowa gangu (ta na Harleyu oczywiście). :)
Rower:
Dane wycieczki:
0.00 km (0.00 km teren), czas: h, avg: km/h,
prędkość maks: 0.00 km/hTemperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Na Kozie...tu...
Poniedziałek, 28 marca 2011 | dodano: 28.03.2011Kategoria Szczecin i okolice

Koza. Grafitti. Szczecin.© Misiacz
...na Kozie tam.
Parę spraw się załatwiło i graffiti cyknęło.
Jeździłem...jakoś tak...
No, ale co można wykombinować dziś, kiedy w sobotę było się na Rugii....
Rower:Koza
Dane wycieczki:
14.80 km (1.00 km teren), czas: 00:47 h, avg:18.89 km/h,
prędkość maks: 27.00 km/hTemperatura:5.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Tă mörĕ jis zaimnĕ ĕ slonĕ...RUGIA z BS!!!
Sobota, 26 marca 2011 | dodano: 27.03.2011Kategoria Wypadziki do Niemiec, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Rugia od 2010...
Tĕ rånskai ludĕ jidum wă möru löwitĕ. Tă mörĕ jis zaimnĕ ĕ slonĕ. Ton jåtr dömĕ fest ĕ mitĕ påsk dă möjaiçh wöcau. Jeen muoz zärĕ cai nĕjidum nĕ tuncĕ köjĕ lijum dözdj.
„Mieszkańcy Rugii udają się na morski połów. Morze jest zimne i słone. Wiatr dmie mocno i sypie mi piaskiem w oczy. Mężczyzna wypatruje, czy nie idą deszczowe chmury.”
*************************************************************************
A ja udałem się na Rugię…powyższe zdania zapisane są w wymarłym słowiańskim języku ranijskim używanym na Rugii w czasach pogańskich.
Sam pomysł narodził się dość spontanicznie, praktycznie z dnia na dzień. W ostatni weekend Athena i Odysseus jechali przez Uznam, który zauroczył ich swoją magią, ja dodałem komentarz o jeszcze większej magii Rugii, Dornfeld dodał informację o tanich całodniowych biletach grupowych na kolejach niemieckich i…jedziemy!!!

Aby bilet grupowy był opłacalny, musieliśmy skompletować 5 osób.

W sobotni poranek w pociągu Deutsche Bahn jadącym w kierunku Pasewalku pojawiliśmy się w następującym składzie (alfabetycznie):
1) Athena
2) Dornfeld
3) Misiacz
4) Monter61
5) Odysseus
Pociąg ruszył punktualnie o godzinie 6:57, Dornfeld zebrał kasę i zakupił nam bilecik grupowy. Kosztowało nas to po 6,40 EUR na głowę plus 4,50 EUR za rower, więc za niecałe 11 EUR mogliśmy śmigać, gdzie nam się podobało po Meklemburgii.

Najpierw jednak śmignęliśmy do Pasewalku, gdzie mieliśmy przesiadkę na pociąg do Stralsundu. Jako, że mieliśmy 40 minut oczekiwania, pojechaliśmy na szybki „japoński” rekonesans po Pasewalku. Dornfeld został na dworcu, jako że bywał tam wielokrotnie, ja w sumie też, ale miałem chęć wykazać się jako przewodnik. ;)))
Zdjęć natrzaskałem tu już wiele nie raz, więc teraz postanowiłem wesprzeć regionalny browar (jak widać wsparłem go dosłownie).

„Grecy” na rynku w Pasewalku.

Stacja transformatorowa wymalowana w ciekawe graffiti.

Po szybkiej rundce wróciliśmy na dworzec i zapakowaliśmy się w pociąg zmierzający do Stralsundu.

Jadą one szybko i bezszelestnie, przedziały rowerowe są obszerne i posiadają pasy do przypięcia rowerów (takie, jak w samochodach), a na korytarzach żaden bury palacz nie śmie zanieczyszczać innym powietrza, tak jak to ma nadal miejsce w PKP mimo ustawowego zakazu.

W pociągu dumaliśmy, co dalej robić po przyjeździe na Rugię. Ponieważ część północna jest zdecydowanie najpiękniejsza, wszyscy przesiedliśmy się na kolejny pociąg na północ Rugii, do Sassnitz. Dornfeld postanowił stamtąd jednak pojechać na południe, a cała reszta na północ, więc umówiliśmy się na 18:23 na dworcu w Stralsundzie. Podoba mi się coś takiego, kiedy każdy jedzie tam gdzie chce, bez narzucania woli grupy czy woli jednostki, w końcu i tak spotkamy się u celu.
Kiedy wysiedliśmy z pociągu w Sassnitz o godzinie 10:40, przywitał nas chłód (3 st. C), piękne słońce i niesamowity błękit nieba. Jak dla mnie – pogoda jak marzenie.

Skierowaliśmy się na chwilę w okolice portu, gdzie znajduje się ciekawy budynek ratusza oraz podwieszana kładka prowadząca na nabrzeże.

Ruszyliśmy…no i się zaczęło! Podjazd z Sassnitz do Koenigsstuhl ma blisko 7 km i jest wyjątkowo upierdliwy, zwłaszcza dla kogoś, kto spędził parę godzin w ciepłym pociągu i wyszedł na chłód. Momentami miałem wrażenie, że wsiadłem na rower po raz pierwszy od roku, na szczęście potem wszystko to minęło.
Dojechaliśmy do zejścia na klify w Parku Narodowym Jasmund, gdzie zostałem z rowerami, ponieważ klif ten już widziałem. Inna sprawa, że nie uśmiechało mi się schodzenie 480 stopni na brzeg, a potem wspinanie się - zostawiłem to tym, którzy tego cudu jeszcze nie widzieli.
Tymczasem ja postanowiłem posilić się lokalnym przysmakiem, czyli rybną bułeczką Fischbrötchen. Jakże byłem rozczarowany, kiedy w budce, w której zawsze je kupowałem pani powiedziała, że sprzedaje głównie gofry. ;(((

Podobnie rozczarowani byli inni klienci, bo jedzonko to jest naprawdę pyszne. Jeszcze bardziej rozczarowało mnie to, że termos z gorącą herbatą został … w kuchni u mnie w domu. W gorączce przygotowań zapomniałem go zapakować i „opijałem” potem Athenę i Odysseusa, za co serdecznie im dziękuję.
Na szczęście oni zawsze wożą ze sobą ze dwie cysterny. ;)
W sytuacji „porzucenia mnie” na straży rowerów pozostało mi jedynie zamówienie kawy w tejże budce. Pani sprzedawczyni współczuła Misiaczowi, że został tak pozostawiony, ale wyjaśniłem, że reszta grupy nie uwzięła się na mnie i są niewinni. ;)
Powiem, że nawet szybko się uwinęli, bo po 20 minutach ruszyliśmy w stronę Hagen…gdzie miałem nadzieję na Fischbrötchen, ale ostatnia budka na tej trasie była zamknięta. ;(
Pozostawała złudna nadzieja, że zdążymy jeszcze zwiedzić Stralsund i przy tej okazji zakupić bułę z kutra w tamtejszym porcie, ale czas już złudzeń nie pozostawiał.
Na szczęście w nagrodę dostaliśmy piękny wiatr w plecy i długi zjazd prawie aż do Ruschwitz i Glowe, gdzie udało mi się bez żadnego trudu uzyskać 56 km/h.
W międzyczasie zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, skąd widać było morze i Kap Arkona.


Za Glowe wjechaliśmy na wąski przesmyk w lesie Schabe, gdzie na chwilę skierowaliśmy się na plażę, żeby zrobić fotki.


Ścieżka wiodąca przesmykiem jest asfaltowa i bardzo malownicza.
To nasza grupka na niej.

Po minięciu Juliusruh skręciliśmy w prawo, by po chwili zatrzymać się na moment na campingu w Drewoldke, na którym nocowaliśmy z Danielem w czasie wyprawy na Rugię z sakwami w ubiegłym roku.

Tym razem nie odbiliśmy z campingu do Altenkirchen, by jechać główną drogą w stronę Kap Arkona, ale kierowaliśmy się na Vitt wzdłuż wybrzeża, co okazało się strzałem w dziesiątkę! Szkoda, że nie znałem tej trasy w tamtym roku, zawsze to jednak nowe doświadczenie. Trasa, choć wiedzie płytami (równiutkimi) jest niesamowicie malownicza, a ponadto natknęliśmy się na niej na starosłowiańską budowlę megalityczną – kurhan.



Stamtąd skierowaliśmy się do osady Vitt, która wygląda prawie tak, jakby nie zmieniła się od wieków.
Na zdjęciu – droga do Vitt, w oddali latarnia morska na Kap Arkona.

Jedynym niepożądanym elementem był najazd jakichś naukowców czy urzędasów, którzy kręcili się tam z jakimiś papierami.

Normalnie jest to kameralna wioseczka rybacka u stóp klifu.



Zachciało mi się jeszcze zrobić zdjęcie pocztówkowe.

Z Vitt ostrym terenowym podjazdem wspięliśmy się do miejscowej kaplicy. Krótka fotka i jechaliśmy dalej ścieżką wzdłuż urwiska, zbliżając się coraz bardziej do Przylądka Arkona, aby sfotografować za moment dziwne zjawisko.

Zjawiskiem tym jest kobieta z ptakiem. ;)))

Zjawisko pojawia się okresowo. To już ptak bez kobiety. ;)

No to dojechaliśmy do celu, czyli do dawnego centrum pogaństwa słowiańskiego i miejsca mocy Arkona.
Mrugnęliśmy porozumiewawczo okiem i aparatem do zasępionego Światowida, doładowaliśmy solidnie baterie w miejscu mocy.
Kronikarz, Sakso Gramatyk tak opisywał świątynię i sam posąg Świętowita:
"W środku miasta [Arkony] znajdował się plac, na którym stała świątynia drewniana o misternej budowie, wzbudzająca cześć nie tylko wspaniałością nabożeństw, lecz boskością posągu w niej umieszczonego. Zewnętrzny jej obwód dokładną płaskorzeźbą się odznaczał, przedstawiając prostą i niewydoskonaloną sztuką malarską postacie najrozmaitszych rzeczy. Jedno tylko było wejście. Samą świątynię podwójny rząd ogrodzenia otaczał, z których zewnętrzne, ze ścian złożone, dach czerwony pokrywał, wewnętrzne czterema słupami podparte zamiast ścian świeciło czerwonymi zawieszonymi zasłonami z zewnętrznymi ścianami było połączone tylko kilku poprzecznymi tramami. W świątyni stał posąg ogromny, wielkością przewyższający postać ciała ludzkiego, czterema głowami i tyluż karkami wzbudzający zdziwienie, z których dwie w stronę piersi a dwie w stronę pleców zdawały się patrzeć. Zresztą wzrok umieszczonych z przodu czy z tyłu [głów], jedna w prawo, druga w lewo zdawały się zwracać. Brody były podgolone, włosy postrzyżone tak, że widoczny był zamiar artysty, aby przedstawić sposób, w jaki Rugianie pielęgnowali swe głowy. W prawej trzymał róg z rozmaitego kruszcu zrobiony, który kapłan znający się na ofiarach co rok napełniał miodem, aby ze samego stanu napoju mógł wywnioskować o obfitości roku przyszłego. Lewa ręka na boku wsparta tworzyła łuk. Szata dochodząca aż do goleni kończyła się w tym miejscu, w którym, dzięki zastosowaniu rozmaitości drzewa, były połączone z kolanami tak niewidocznie, że miejsce ich spojenia tylko przy bacznej uwadze można było dostrzec. Opodal widziało się uzdę i siodło bóstwa i kilka innych odznak boskości. A podziw dla nich zwiększał się z uwagi na miecz znacznej wielkości, którego pochwa i rękojeść rzucały się w oczy zewnętrznym wyglądem srebra i znakomitej ozdoby rzeźbiarskiej."


Cyknęliśmy fotkę latarni i klifu, by za moment ruszyć w stronę Puttgarten i Altenkirchen. Chyba spodobaliśmy się Światowidowi, bo w zasadzie nadal mieliśmy wiatr w plecy, rzekłbym, że bóstwo sprzyjało nam przez całą trasę.

Wróciliśmy na ścieżkę na przesmyku pomiędzy Tromper Wiek a Grosser Jasmunder Boden, aby w Glowe skręcić w nienzaną nam jeszcze drogę rowerową wiodącą pomiędzy rozlewiskami w stronę Zamku Spyker. Ścieżka jak zwykle była malownicza i pomimo ubywającego czasu zatrzymaliśmy się na fotkę.


Przy Schloss Spyker zatrzymaliśmy się naprawdę na krótko, bo zbliżał się czas odjazdu pociągu do Stralsundu, a nie mieliśmy pewności, czy wsiadać w Sassnitz, czy w Lietzow czy może w Bergen („stolica” Rugii).

Teren za Sagard zrobił się dość pofałdowany, a do odjazdu pociągu o 17:20 mieliśmy już około pół godziny, więc po ostrym zjeździe do Lietzow postanowiliśmy tamże zapakować się do pociągu.
Zamek (?) w Lietzow.

Mając chwilę czasu podjechaliśmy na moment na fotkę na groblę pomiędzy rozlewiskami Grosser i Kleiner Jasmunder Boden.


Udaliśmy się jeszcze na posiłek do fajnej budki przy plaży, gdzie swego czasu pitrasiliśmy z Danielem obiadek na kuchenkach gazowych.

Potem wsiedliśmy w pociąg, przypięliśmy rowery i ruszyliśmy do Stralsundu.

Niestety, na zwiedzanie tego przepięknego miasta nie mieliśmy już czasu („Kraków jest przereklamowany” – jak stwierdził Dornfeld, któremu udało się co nieco zwiedzić w oczekiwaniu na nas). Jestem pewien, że nie była to ostatnia wyprawa w te okolice.
Mnie jednak nadal prześladowała rybna bułeczka Fischbrötchen – no jakże to tak, być tam i nie wciągnąć lokalnego przysmaku. Ruszyłem na penetrację dworca i MAM!!! Ostatnia Fischbrötchen w sklepie czekała na mnie! Pycha! Wyjazd się udał! ;))))))))))))))))))
Pociąg ruszył ze Stralsundu o 18:23, a o 20:03 w Pasewalku przesiedliśmy się na pociąg jadący do Szczecina.

Chyba dość dziwacznie wyglądaliśmy krążąc i prowadzając rowery wokół dworca, bo aż z ciekawości podeszli do nas policjanci i z tego co zrozumiałem, zapytali uprzejmie czy mamy chęć zwiedzać Pasewalk po nocy. ;)))
Pociąg szybciutko sunął do Szczecina, co mogłem stwierdzić stojąc przy otwartej kabinie maszynisty (100 km/h). Po jakimś czasie pociągiem zaczęło nagle rzucać w górę, w dół, w lewo, w prawo, rozległy się jakieś jęki i zgrzyty, a maszynista wyhamował do 40 km/h.
Nie, nie, nic się nie stało, żadna awaria, po prostu przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy na polskie tory.
Nie mogę tu powiedzieć, że przekroczyliśmy ją niepostrzeżenie. ;)))
Jak widać znamy się nie tylko na budowie krzywych autostrad, ale przenosimy naszą wiedzę również na tory kolejowe.
Kiedy dojechaliśmy na stację Szczecin-Gumieńce, postanowiliśmy wysiąść tam z Atheną i Odysseusem, a Dornfeld i Monter61 pojechali aż do Dworca Głównego.
Wspaniała wycieczka, pełna magii, słońca i pozytywnych wrażeń…no i upolowałem bułeczkę Fischbrötchen!!! ;)))
A to mapka odcinka pokonanego na Rugii:
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ.
Jeśli kogoś interesuje język rański, to może się również w nim pomodlić:)
Nås woyc, koy jisĕ wă nibĕ, doy sä sjäntĕ tüjĕ jimä, doy praidĕ tüjĕ tjönästwă, doy bundĕ tüjă wölă, kok wă tĕm nibĕ, tok nă zimjĕ. Ĕ toy bĕ dål nås wösĕdännoy kläb danăs, ĕ wutdål näsĕ grächĕ kok moy wutdäjĕmĕ wonĕ delă näsaiçh gräsnikum, ĕ niveed nås nă ton farsukonk, abă paust nås wut wösau chudau. Ĕ tüjĕ jis tă tjönästwă, ĕ tă silă ĕ tă cäst delă wösăghdă. Amĕn.
„Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź
królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze
winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na
pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Bo Twoje jest królestwo, i potęga, i chwała, na wieki wieków. Amen.”
Temperatura:3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2163 (kcal)
„Mieszkańcy Rugii udają się na morski połów. Morze jest zimne i słone. Wiatr dmie mocno i sypie mi piaskiem w oczy. Mężczyzna wypatruje, czy nie idą deszczowe chmury.”
*************************************************************************
A ja udałem się na Rugię…powyższe zdania zapisane są w wymarłym słowiańskim języku ranijskim używanym na Rugii w czasach pogańskich.
Sam pomysł narodził się dość spontanicznie, praktycznie z dnia na dzień. W ostatni weekend Athena i Odysseus jechali przez Uznam, który zauroczył ich swoją magią, ja dodałem komentarz o jeszcze większej magii Rugii, Dornfeld dodał informację o tanich całodniowych biletach grupowych na kolejach niemieckich i…jedziemy!!!
Aby bilet grupowy był opłacalny, musieliśmy skompletować 5 osób.
W sobotni poranek w pociągu Deutsche Bahn jadącym w kierunku Pasewalku pojawiliśmy się w następującym składzie (alfabetycznie):
1) Athena
2) Dornfeld
3) Misiacz
4) Monter61
5) Odysseus
Pociąg ruszył punktualnie o godzinie 6:57, Dornfeld zebrał kasę i zakupił nam bilecik grupowy. Kosztowało nas to po 6,40 EUR na głowę plus 4,50 EUR za rower, więc za niecałe 11 EUR mogliśmy śmigać, gdzie nam się podobało po Meklemburgii.
Najpierw jednak śmignęliśmy do Pasewalku, gdzie mieliśmy przesiadkę na pociąg do Stralsundu. Jako, że mieliśmy 40 minut oczekiwania, pojechaliśmy na szybki „japoński” rekonesans po Pasewalku. Dornfeld został na dworcu, jako że bywał tam wielokrotnie, ja w sumie też, ale miałem chęć wykazać się jako przewodnik. ;)))
Zdjęć natrzaskałem tu już wiele nie raz, więc teraz postanowiłem wesprzeć regionalny browar (jak widać wsparłem go dosłownie).
„Grecy” na rynku w Pasewalku.
Stacja transformatorowa wymalowana w ciekawe graffiti.
Po szybkiej rundce wróciliśmy na dworzec i zapakowaliśmy się w pociąg zmierzający do Stralsundu.
Jadą one szybko i bezszelestnie, przedziały rowerowe są obszerne i posiadają pasy do przypięcia rowerów (takie, jak w samochodach), a na korytarzach żaden bury palacz nie śmie zanieczyszczać innym powietrza, tak jak to ma nadal miejsce w PKP mimo ustawowego zakazu.
W pociągu dumaliśmy, co dalej robić po przyjeździe na Rugię. Ponieważ część północna jest zdecydowanie najpiękniejsza, wszyscy przesiedliśmy się na kolejny pociąg na północ Rugii, do Sassnitz. Dornfeld postanowił stamtąd jednak pojechać na południe, a cała reszta na północ, więc umówiliśmy się na 18:23 na dworcu w Stralsundzie. Podoba mi się coś takiego, kiedy każdy jedzie tam gdzie chce, bez narzucania woli grupy czy woli jednostki, w końcu i tak spotkamy się u celu.
Kiedy wysiedliśmy z pociągu w Sassnitz o godzinie 10:40, przywitał nas chłód (3 st. C), piękne słońce i niesamowity błękit nieba. Jak dla mnie – pogoda jak marzenie.
Skierowaliśmy się na chwilę w okolice portu, gdzie znajduje się ciekawy budynek ratusza oraz podwieszana kładka prowadząca na nabrzeże.
Ruszyliśmy…no i się zaczęło! Podjazd z Sassnitz do Koenigsstuhl ma blisko 7 km i jest wyjątkowo upierdliwy, zwłaszcza dla kogoś, kto spędził parę godzin w ciepłym pociągu i wyszedł na chłód. Momentami miałem wrażenie, że wsiadłem na rower po raz pierwszy od roku, na szczęście potem wszystko to minęło.
Dojechaliśmy do zejścia na klify w Parku Narodowym Jasmund, gdzie zostałem z rowerami, ponieważ klif ten już widziałem. Inna sprawa, że nie uśmiechało mi się schodzenie 480 stopni na brzeg, a potem wspinanie się - zostawiłem to tym, którzy tego cudu jeszcze nie widzieli.
Tymczasem ja postanowiłem posilić się lokalnym przysmakiem, czyli rybną bułeczką Fischbrötchen. Jakże byłem rozczarowany, kiedy w budce, w której zawsze je kupowałem pani powiedziała, że sprzedaje głównie gofry. ;(((
Podobnie rozczarowani byli inni klienci, bo jedzonko to jest naprawdę pyszne. Jeszcze bardziej rozczarowało mnie to, że termos z gorącą herbatą został … w kuchni u mnie w domu. W gorączce przygotowań zapomniałem go zapakować i „opijałem” potem Athenę i Odysseusa, za co serdecznie im dziękuję.
Na szczęście oni zawsze wożą ze sobą ze dwie cysterny. ;)
W sytuacji „porzucenia mnie” na straży rowerów pozostało mi jedynie zamówienie kawy w tejże budce. Pani sprzedawczyni współczuła Misiaczowi, że został tak pozostawiony, ale wyjaśniłem, że reszta grupy nie uwzięła się na mnie i są niewinni. ;)
Powiem, że nawet szybko się uwinęli, bo po 20 minutach ruszyliśmy w stronę Hagen…gdzie miałem nadzieję na Fischbrötchen, ale ostatnia budka na tej trasie była zamknięta. ;(
Pozostawała złudna nadzieja, że zdążymy jeszcze zwiedzić Stralsund i przy tej okazji zakupić bułę z kutra w tamtejszym porcie, ale czas już złudzeń nie pozostawiał.
Na szczęście w nagrodę dostaliśmy piękny wiatr w plecy i długi zjazd prawie aż do Ruschwitz i Glowe, gdzie udało mi się bez żadnego trudu uzyskać 56 km/h.
W międzyczasie zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, skąd widać było morze i Kap Arkona.
Za Glowe wjechaliśmy na wąski przesmyk w lesie Schabe, gdzie na chwilę skierowaliśmy się na plażę, żeby zrobić fotki.
Ścieżka wiodąca przesmykiem jest asfaltowa i bardzo malownicza.
To nasza grupka na niej.
Po minięciu Juliusruh skręciliśmy w prawo, by po chwili zatrzymać się na moment na campingu w Drewoldke, na którym nocowaliśmy z Danielem w czasie wyprawy na Rugię z sakwami w ubiegłym roku.
Tym razem nie odbiliśmy z campingu do Altenkirchen, by jechać główną drogą w stronę Kap Arkona, ale kierowaliśmy się na Vitt wzdłuż wybrzeża, co okazało się strzałem w dziesiątkę! Szkoda, że nie znałem tej trasy w tamtym roku, zawsze to jednak nowe doświadczenie. Trasa, choć wiedzie płytami (równiutkimi) jest niesamowicie malownicza, a ponadto natknęliśmy się na niej na starosłowiańską budowlę megalityczną – kurhan.
Stamtąd skierowaliśmy się do osady Vitt, która wygląda prawie tak, jakby nie zmieniła się od wieków.
Na zdjęciu – droga do Vitt, w oddali latarnia morska na Kap Arkona.
Jedynym niepożądanym elementem był najazd jakichś naukowców czy urzędasów, którzy kręcili się tam z jakimiś papierami.
Normalnie jest to kameralna wioseczka rybacka u stóp klifu.
Zachciało mi się jeszcze zrobić zdjęcie pocztówkowe.
Z Vitt ostrym terenowym podjazdem wspięliśmy się do miejscowej kaplicy. Krótka fotka i jechaliśmy dalej ścieżką wzdłuż urwiska, zbliżając się coraz bardziej do Przylądka Arkona, aby sfotografować za moment dziwne zjawisko.
Zjawiskiem tym jest kobieta z ptakiem. ;)))
Zjawisko pojawia się okresowo. To już ptak bez kobiety. ;)
No to dojechaliśmy do celu, czyli do dawnego centrum pogaństwa słowiańskiego i miejsca mocy Arkona.
Mrugnęliśmy porozumiewawczo okiem i aparatem do zasępionego Światowida, doładowaliśmy solidnie baterie w miejscu mocy.
Kronikarz, Sakso Gramatyk tak opisywał świątynię i sam posąg Świętowita:
"W środku miasta [Arkony] znajdował się plac, na którym stała świątynia drewniana o misternej budowie, wzbudzająca cześć nie tylko wspaniałością nabożeństw, lecz boskością posągu w niej umieszczonego. Zewnętrzny jej obwód dokładną płaskorzeźbą się odznaczał, przedstawiając prostą i niewydoskonaloną sztuką malarską postacie najrozmaitszych rzeczy. Jedno tylko było wejście. Samą świątynię podwójny rząd ogrodzenia otaczał, z których zewnętrzne, ze ścian złożone, dach czerwony pokrywał, wewnętrzne czterema słupami podparte zamiast ścian świeciło czerwonymi zawieszonymi zasłonami z zewnętrznymi ścianami było połączone tylko kilku poprzecznymi tramami. W świątyni stał posąg ogromny, wielkością przewyższający postać ciała ludzkiego, czterema głowami i tyluż karkami wzbudzający zdziwienie, z których dwie w stronę piersi a dwie w stronę pleców zdawały się patrzeć. Zresztą wzrok umieszczonych z przodu czy z tyłu [głów], jedna w prawo, druga w lewo zdawały się zwracać. Brody były podgolone, włosy postrzyżone tak, że widoczny był zamiar artysty, aby przedstawić sposób, w jaki Rugianie pielęgnowali swe głowy. W prawej trzymał róg z rozmaitego kruszcu zrobiony, który kapłan znający się na ofiarach co rok napełniał miodem, aby ze samego stanu napoju mógł wywnioskować o obfitości roku przyszłego. Lewa ręka na boku wsparta tworzyła łuk. Szata dochodząca aż do goleni kończyła się w tym miejscu, w którym, dzięki zastosowaniu rozmaitości drzewa, były połączone z kolanami tak niewidocznie, że miejsce ich spojenia tylko przy bacznej uwadze można było dostrzec. Opodal widziało się uzdę i siodło bóstwa i kilka innych odznak boskości. A podziw dla nich zwiększał się z uwagi na miecz znacznej wielkości, którego pochwa i rękojeść rzucały się w oczy zewnętrznym wyglądem srebra i znakomitej ozdoby rzeźbiarskiej."

Światowid na Rugii. Kap Arkona.© Misiacz
Cyknęliśmy fotkę latarni i klifu, by za moment ruszyć w stronę Puttgarten i Altenkirchen. Chyba spodobaliśmy się Światowidowi, bo w zasadzie nadal mieliśmy wiatr w plecy, rzekłbym, że bóstwo sprzyjało nam przez całą trasę.
Wróciliśmy na ścieżkę na przesmyku pomiędzy Tromper Wiek a Grosser Jasmunder Boden, aby w Glowe skręcić w nienzaną nam jeszcze drogę rowerową wiodącą pomiędzy rozlewiskami w stronę Zamku Spyker. Ścieżka jak zwykle była malownicza i pomimo ubywającego czasu zatrzymaliśmy się na fotkę.
Przy Schloss Spyker zatrzymaliśmy się naprawdę na krótko, bo zbliżał się czas odjazdu pociągu do Stralsundu, a nie mieliśmy pewności, czy wsiadać w Sassnitz, czy w Lietzow czy może w Bergen („stolica” Rugii).
Teren za Sagard zrobił się dość pofałdowany, a do odjazdu pociągu o 17:20 mieliśmy już około pół godziny, więc po ostrym zjeździe do Lietzow postanowiliśmy tamże zapakować się do pociągu.
Zamek (?) w Lietzow.
Mając chwilę czasu podjechaliśmy na moment na fotkę na groblę pomiędzy rozlewiskami Grosser i Kleiner Jasmunder Boden.
Udaliśmy się jeszcze na posiłek do fajnej budki przy plaży, gdzie swego czasu pitrasiliśmy z Danielem obiadek na kuchenkach gazowych.
Potem wsiedliśmy w pociąg, przypięliśmy rowery i ruszyliśmy do Stralsundu.
Niestety, na zwiedzanie tego przepięknego miasta nie mieliśmy już czasu („Kraków jest przereklamowany” – jak stwierdził Dornfeld, któremu udało się co nieco zwiedzić w oczekiwaniu na nas). Jestem pewien, że nie była to ostatnia wyprawa w te okolice.
Mnie jednak nadal prześladowała rybna bułeczka Fischbrötchen – no jakże to tak, być tam i nie wciągnąć lokalnego przysmaku. Ruszyłem na penetrację dworca i MAM!!! Ostatnia Fischbrötchen w sklepie czekała na mnie! Pycha! Wyjazd się udał! ;))))))))))))))))))
Pociąg ruszył ze Stralsundu o 18:23, a o 20:03 w Pasewalku przesiedliśmy się na pociąg jadący do Szczecina.
Chyba dość dziwacznie wyglądaliśmy krążąc i prowadzając rowery wokół dworca, bo aż z ciekawości podeszli do nas policjanci i z tego co zrozumiałem, zapytali uprzejmie czy mamy chęć zwiedzać Pasewalk po nocy. ;)))
Pociąg szybciutko sunął do Szczecina, co mogłem stwierdzić stojąc przy otwartej kabinie maszynisty (100 km/h). Po jakimś czasie pociągiem zaczęło nagle rzucać w górę, w dół, w lewo, w prawo, rozległy się jakieś jęki i zgrzyty, a maszynista wyhamował do 40 km/h.
Nie, nie, nic się nie stało, żadna awaria, po prostu przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy na polskie tory.
Nie mogę tu powiedzieć, że przekroczyliśmy ją niepostrzeżenie. ;)))
Jak widać znamy się nie tylko na budowie krzywych autostrad, ale przenosimy naszą wiedzę również na tory kolejowe.
Kiedy dojechaliśmy na stację Szczecin-Gumieńce, postanowiliśmy wysiąść tam z Atheną i Odysseusem, a Dornfeld i Monter61 pojechali aż do Dworca Głównego.
Wspaniała wycieczka, pełna magii, słońca i pozytywnych wrażeń…no i upolowałem bułeczkę Fischbrötchen!!! ;)))
A to mapka odcinka pokonanego na Rugii:
Wszystkie zdjęcia znajdują się TUTAJ.
Jeśli kogoś interesuje język rański, to może się również w nim pomodlić:)
Nås woyc, koy jisĕ wă nibĕ, doy sä sjäntĕ tüjĕ jimä, doy praidĕ tüjĕ tjönästwă, doy bundĕ tüjă wölă, kok wă tĕm nibĕ, tok nă zimjĕ. Ĕ toy bĕ dål nås wösĕdännoy kläb danăs, ĕ wutdål näsĕ grächĕ kok moy wutdäjĕmĕ wonĕ delă näsaiçh gräsnikum, ĕ niveed nås nă ton farsukonk, abă paust nås wut wösau chudau. Ĕ tüjĕ jis tă tjönästwă, ĕ tă silă ĕ tă cäst delă wösăghdă. Amĕn.
„Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź
królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze
winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na
pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Bo Twoje jest królestwo, i potęga, i chwała, na wieki wieków. Amen.”
Rower:KTM Life Space
Dane wycieczki:
95.65 km (5.00 km teren), czas: 04:28 h, avg:21.41 km/h,
prędkość maks: 56.00 km/hTemperatura:3.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 2163 (kcal)
























