MisiaczROWER - MOJA PASJA - BLOG

avatar Misiacz
Szczecin

Informacje

pawel.lyszczyk@gmail.com

button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl
button stats bikestats.pl

free counters

WESPRZYJ TWÓRCĘ

Jeżeli podobają Ci się moje wpisy, uzyskałeś cenne informacje, zaoszczędziłeś na przewodniku czy na czasie, możesz wesprzeć ich twórcę dobrowolną wpłatą na konto:

34 1140 2004 0000 3302 4854 3189

Odbiorca: Paweł Łyszczyk. Tytuł przelewu: "Darowizna".

MOJE ROWERY

KTM Life Space 35299 km
Prophete Touringstar 200 km
Fińczyk 4707 km
Toffik 155 km
Bobik
ŁUCZNIK 1962 30 km
Rosynant 12280 km
Koza 10630 km

Znajomi

wszyscy znajomi(96)

Szukaj

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Misiacz.bikestats.pl

Wpisy chronologicznie

Polecane linki

Po dwusetce - na ognisko z Michałem. Pajace na cmentarzu.

Niedziela, 15 maja 2011 | dodano: 15.05.2011Kategoria Szczecin i okolice
Po wczorajszym rewelacyjnym wyjeździe na 215 km z BS do podnośni statków w Niederfinow, dziś był dzień na luzik.
Michał z żoną zaprosili mnie na ognisko i pieczenie kiełbasek. Z Bezrzecza pojechaliśmy przez Modrą i dawny poligon. Tej drogi nie znałem.

Z dawnego poligonu pozostało sporo zabudowań.

Dojechaliśmy. KTM na stanowisku ogniowym. ;)

Misiacz na stanowisku dowodzenia.

No piecz się, uparta kiełbasko! :)

Mam nadzieję, że pod spodem nie ma min lub niewypałów.

Kiedy wracałem, miałem nadzieję, że w ten spokojny i relaksujący dzień nie natknę się na żadnych debili, czubków czy chamów.
Niestety, rzadko to się udaje w naszym pięknym kraju. Zdziczenie i znieczulica społeczeństwa zaczyna sięgać zenitu!
Tę bezmyślną parkę sfotografowałem na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie. Zrobili sobie wybieg dla swojego psa w takim miejscu jak cmentarz, a ich kundel biega bez smyczy i sra i szcza na groby moich i Waszych bliskich.
Dwa patafiany z psem na Cmentarzu Centralnym. Szczecin © Misiacz
Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 28.19 km (10.00 km teren), czas: 01:36 h, avg:17.62 km/h, prędkość maks: 28.00 km/h
Temperatura:16.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(9)

Wycieczka na podnośnię w Niederfinow, 215 km z ekipą BS.

Sobota, 14 maja 2011 | dodano: 15.05.2011Kategoria Rekordy Misiacza (pow. 200 km), Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Wypadziki do Niemiec
Miałem wczoraj masę super tytułów na wpis, a gdy się obudziłem, z całej tej masy nie zostało nic. Wyprawę zorganizował Jarek „Gadbagienny”, a ja dodatkowo rozesłałem informacje po znajomych. Miało być spokojnie, turystycznie i ze zwiedzaniem. Od początku w to nie wierzyłem i nastawiony byłem na tempo, bo przy planowym wyjeździe o 8:00, dystansie ok. 200 km i zwiedzaniem podnośni i klasztoru w Chorin nie należało liczyć na spacer. Nie piszczę, bo wiedziałem, że tak być musi.

Jak wspomniałem, spotkaliśmy się o 8:00 pod TESCO na Pomorzanach. Ekipa zebrała się spora, bo aż 6 osób, tj.:
1) Jarek „Gadbagienny”
2) Ja, czyli „Misiacz”
3) Paweł „Sargath”
4) Krzysiek „Monter 61”
5) Robert „Lewy 89”
6) Marcin „Rake”
7) Adrian „Gryf” z Gryfina dołączył do nas w Gartz.
Według prognoz, wiatr miał wiać nam w twarz przez około 110 km, aż do Niederfinow i tak też było. Na wszelki wypadek na początku zrobiłem zdjęcie tego, co spodziewałem się widzieć przez cały dzień. ;)

Gadzik lubi jechać pod wiatr, twierdzi, że powiew go orzeźwia. Chyba tak bardzo lubi, że prawie cały czas nie schodził z prowadzenia, co nam szczerze mówiąc bardzo odpowiadało. ;) W międzyczasie skontaktowałem się z Gryfem i umówiliśmy się, że spotykamy się w Gartz. Do Mescherin dotarliśmy mniej więcej po godzinie czasu, co mówi samo za siebie, że od razu było „turystycznie”. ;)
Postój w Mescherin na telefon do Gryfa.

Następnie ścieżką rowerową przez las dojechaliśmy do Gartz, gdzie oczekiwał na nas Gryf, któremu powiedziałem, że wczasy się właśnie skończyły. ;)
Wspólna fotka w porcie w Gartz.

Mimo wiatru w twarz…a w zasadzie w Gadzika, kręciliśmy cały czas 28-30 km/h, ale jechało się wyjątkowo dobrze.
Chwilę przed dojechaniem do Schwedt zatrzymaliśmy się na krótki postój.

Ze Schwedt przeskoczyliśmy na polską stronę (3 km), żeby uzupełnić zapasy napojów, a niektórzy, tj. dwa Pawły (Sargath i Misiacz) zamówili sobie po misce zupy w knajpce, do której czasami zajeżdżamy w trakcie naszych wypadów.

Wciągamy zupki. Troszkę czasu zeszło na oczekiwanie i zjedzenie, co miało wpływ na końcowy przebieg trasy.

Cofnęliśmy się potem ponownie do Schwedt i ścieżką na wale przeciwpowodziowym skierowaliśmy się do objazdu do Criewen, bo dalsza część wału od dłuższego czasu jest w remoncie. Coś się guzdrzą, jak nie Niemcy. Po długim podjeździe wtoczyliśmy się do Criewen, gdzie czekała na nas „nagroda” w postaci kilkukilometrowej jazdy wyboistymi płytami do Stuetzkow. Tam za to zaliczyliśmy ostry zjazd i przez drewniany mostek wróciliśmy na ścieżkę na wale.


Trasa była oczywiście komfortowa i bezpieczna, ale coś za coś. Kilkanaście kilometrów jazdy na wprost po wale spowodowało, że zacząłem się nudzić. Na szczęście, dzięki tempu szybko dojechaliśmy w okolice śluzy w Hochensaaten, gdzie urządziliśmy sobie popas.

Po posiłku, przez krótki czas jechaliśmy drogą, z której Gadzik powiódł nas za chwilę w prawo na Oderberg. Droga była tu tak fatalna jak w Polsce, na przykład ta między Stolcem a Dobieszczynem, dziura na dziurze.
W Oderbergu miałem chęć zrobić więcej fotek, bo to ciekawe miasteczko, ale jako że „nie spotkaliśmy się tu dla przyjemności”, fotki są tylko trzy.
To stary parowiec wyciągnięty na brzeg.

Malowniczy bulwar nadbrzeżny.

Rzut oka na centrum…i ruuuraa! ;)))

Po dość ostrym i długi podjeździe, a następnie zjeździe dojechaliśmy do Niederfinow. Widoczna tu konstrukcja to podnośnia statków, która przenosi statki na szlaku Odra – Hawela – Łaba, gdzie istnieje spora różnica poziomów i innej opcji nie ma. Budowla jest imponująca, czego zdjęcia niestety nie oddadzą. Została wzniesiona w latach 1927-1934 i wciąż ma się dobrze. Obok powstaje kolejna, współczesna.

Tam w górze płyną już przeniesione windą statki.

Stateczek wycieczkowy w trakcie windowania.

Tablica z danymi budowy.

Pod korytem, w którym płyną statki.

W tym miejscu spędziliśmy kupę czasu, ponieważ Sargath, Monter61 i Rake chcieli wejść na górę i obejrzeć konstrukcję dokładniej. Pozostała nasza czwórka blisko godzinę wypoczywała wśród drzew na ławeczce.
Podnośnia statków w Niederfinow. Niemcy. © Misiacz




Po zwiedzaniu Sargath i Rake poczuli głód i smaka na niemieckiego „wursta”, więc wypoczywaliśmy dalej. To też dołożyło się do sposobu zakończenia wycieczki (miałem obsmarowywać Sargatha, więc zaczynam, on odwdzięczy mi się w swoim wpisie ;)))).
Jako, że byliśmy już blisko Chorin, gdzie można zwiedzić zabytkowy klasztor, więc ruszyliśmy skrótem przez las mającym ok. 6 km. Malowniczy to on może i jest, ale bruk jest tak parszywy, że w zębach mogą poluzować się wszystkie plomby. Wielu niemieckich turystów-sakwiarzy po prostu prowadziło swoje rowery, ale miało to tę wadę, że natychmiast opadały ich chmury krwiożerczych komarów. Pobocze było dość piaszczyste i jazda nim często była mocno utrudniona.

Wreszcie dotelepaliśmy się do Chorin, gdzie ukazał się nam taki widok.

Paweł oczywiście poleciał do kasy, żeby dokładnie zwiedzić środek. Kupił bilet ulgowy bez żadnego problemu, przecież widać, że jeszcze chodzi do przedszkola. ;)))
My natomiast zalegliśmy na trawce koło ruin.

Jako, że Sargath postanowił chyba zwiedzić klasztor bardzo szczegółowo, a ja zacząłem odczuwać nudę (minęło kilkadziesiąt minut…co miało wpływ na finał wyprawy), więc wsiadłem na rower i postanowiłem objechać cały kompleks klasztorny od strony zewnętrznej.



Przyklasztorny cmentarzyk.

Klasztor usytuowany jest nad jeziorem Amtsee.








No i Paweł wreszcie wylazł z lochów klasztornych. Można było jechać dalej, bo robiło się naprawdę późno, przed nami ok. 100 km, a godzina była zdaje się 17:00. Ruszyliśmy już główną drogą na odcinku Chorin – Angermuende. Na razie ruch był dość niewielki i jechało się w miarę spokojnie i tylko od czasu do czasu Paweł przyprawiał nas o dreszcze, wyjeżdżając na środek pasa w momencie, gdy wyprzedzał nas samochód, co wyprowadzało z równowagi nawet spokojnych niemieckich kierowców, z natury szanujących rowerzystów. Co chwila jeden za drugim wciskali klakson. Ma chłop szczęście, że jeszcze żyje i anioła-stróża z dużym refleksem i dużą dozą cierpliwości. ;)))
W okolicach Angermuende zatrzymaliśmy się na stacji na małe zakupy spożywcze i wizytę w WC. Dalej ruszyliśmy już odcinkiem Angermuende-Schwedt, gdzie ruch był już znaczny, ponieważ w pobliskim Joachimsthal jest zjazd z autostrady. Kierowcy nadal zmuszeni byli trąbić…;)))
Jakieś 7 km przed Schwedt zjechaliśmy na Criewen, w którym już dziś byliśmy i znaną nam już trasą i z wiatrem w plecy dojechaliśmy do drewnianego mostku, już za Schwedt. Tam mieliśmy krótką przerwę i tamże odebrałem telefon od Jurka „jurkatc”. Chłopisko jest sfrustrowane tym, że nie będzie mógł jeździć długo na rowerze, bo został służbowo zesłany na parę tygodni na Śląsk do wykonania zleconych prac, o czym nie omieszkał nam przypomnieć. Myślę, że w tym momencie mógłbym zmienić tytuł wpisu na:
ZEMSTA JURKA NR…3? (kilka ich już było). ;)))
Słoneczne do tej pory niebo zaczęło zasnuwać się stalowosinymi chmurami, zbliżały się do nas coraz bardziej i wiedzieliśmy, że czeka nas ostra pompa, a do domu blisko 60 km!!! Poczuliśmy, że brakuje nam do szczęścia dwóch godzin...no ale zwiedzać i jeść też było trzeba, a nie tylko gnać!
Tak mnie to zmotywowało, że depnąłem ostro po pedałach i prawie do Friedrichsthal nie schodziłem z 30 km/h…eee…czasem z 35…no hhhmmm…zdarzyło się (ale tylko chwilkę) 40 km/h. Strach przed burzą dodał sił…tyle, że w tyle został nieco osłabiony chorobą Gryf i Sargath, który go wspomagał.
Ta właśnie sytuacja będzie tematem paszkwilu na Misiacza, który w stosownym czasie stworzy Paweł! ;))) Szukajcie na jego blogu. ;)))
We Fredrichsthal zatrzymaliśmy się, by poczekać na tych, którzy zostali w tyle. Tam też Misiacz dostał burę…ale czy zasłużoną? Przecież i na początku trasy jechaliśmy 30 km/h, a teraz goniła nas ulewa. Niespodzianką było to, że pojawił się tam przypadkowo Bartek „Ismail Delivere” i od tego momentu jechaliśmy razem, w 8 rowerów.


Kilka minut po tym, gdy ruszyliśmy z wiaty, zaczęło się pandemonium. Chmura była już nad nami, wiatr w plecy gwałtownie zmienił się w wichurę w twarz, tak silną, że prędkość spadła z 28 km/h do 13 km/h i rzucało nami z jednej strony ścieżki na drugą. Przed samym Gartz spadły pierwsze krople deszczu i zrobiło się zimno. Trzeba było na siebie wciągać wszystko, co się dało.

Przestało być przyjemnie, ale jeszcze nie było parszywie. Przed nami było blisko 30 km, ciemno, zimno i wzmagające się opady. W Mescherin pożegnaliśmy się z Gryfem, który przez most wrócił do siebie do Gryfina, a my pedałowaliśmy dalej. Od Neurochlitz do Szczecina jechaliśmy już po ciemku, z wiatrem w mordę i nasiąkaliśmy zimnym deszczem.
Tam też pożegnał nas Bartek...czyli depnął i zniknął w oddali. Przy 30 km/h to on spaceruje, a nie jeździ! ;)))
Na postoju na stacji przed Kołbaskowem Sargath pożyczył mi bluzę, bo zrobiło mi się jakoś lodowato w Misiacza. Do Przecławia wjechaliśmy jeszcze razem, ale ja musiałem się zatrzymać, ponieważ poczułem tak gwałtowny spadek glukozy w mięśniach, że zrobiły się jak z waty. Zatrzymał się ze mną Gadzik, nie miało sensu zatrzymywanie całej reszty kolegów, im prędzej dojadą do domu tym lepiej. Wpieprzyłem wręcz jeden po drugim 8 cukierków czekoladowych i odzyskałem moc. Jechaliśmy z Gadzikiem na Pomorzany w takich kałużach, że woda wlewała mi się do butów i tam już sobie chlupotała, bo wypłynąć nie miała jak.
Mokry jak ścierka, ale zadowolony dojechałem do domu, mając za sobą przejechane 215 km w doborowym towarzystwie.
W domku osuszyłem się, wykąpałem pod gorącym prysznicem i zabrałem za uzupełnianie płynów i kalorii… Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 214.81 km (10.00 km teren), czas: 08:56 h, avg:24.05 km/h, prędkość maks: 55.00 km/h
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 4954 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(17)

Myjnia przed 200-tką do Niemiec.

Piątek, 13 maja 2011 | dodano: 13.05.2011Kategoria Szczecin i okolice
Jutro turystyczna, spokojna (przynajmniej wg zapowiedzi) 200-tka pod wodzą Gadabagienego, więc rower musi lśnić! :)))
Dlatego dziś był kurs ma myjnię. :)
Jeśli kogoś interesują szczegóły, to są TUTAJ. Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 5.60 km (0.00 km teren), czas: h, avg: km/h, prędkość maks: 0.00 km/h
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(4)

Schwennenz, Paderborner i nowy Misiacz.

Środa, 11 maja 2011 | dodano: 11.05.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec
Wstając rano, stwierdziłem, że skoro zlecenie skończone i nic nie czeka na obróbkę, nie ma nic fajniejszego jak szybki kurs do Schwennenz po Paderbornera i powrót (jakieś 20 km w obie strony). Skończyło się na 47 km. :)
Najpierw chciałem zobaczyć, jak postępuje budowa kilometra drogi do granicy (przejście Warnik - Lebehn).
Wygląda to mniej więcej tak:

Snuje się tam jeden egzemplarz sprzętu i sądzę, że do wakacji przejazd będzie gotowy (tylko jeszcze nie bardzo wiem, do których wakacji;)))
Przy okazji, dawna w miarę gładka nawierzchnia, choć usiana czasami dziurami, obecnie jest "remontowana" i nie ma już dziur, za to nawierzchnia przestała być gładka.
Ten cały "remont" to raczej pretekst (tak słyszałem) do wycinki wiekowych drzew, które nikomu nie przeszkadzają, za to zapewne drewno z ich wycinki znajdzie szybko nabywców. Taki proceder masakrowania nawet kilkusetletnich drzew trwa w całej Polsce, widoczny jest też w Szczecinie (patrz Arkońska), a wszystko pod przykrywką rzekomego bezpieczeństwa (głównie bezpieczeństwa wariatów nie stosujących się do żadnych ograniczeń i lądujących na drzewach).
W krajach cywilizowanych po prostu stawia się barierki energochłonne, ale wtedy czym nasi prominenci paliliby w swoich kominkach?
W tym miejscu zapewne niedługo pozostanie asfaltowa pustynia.

Jako, że prace "wrzały" na budowie dróżki, postanowiłem pojechać przez Bobolin i tamże przejechać granicę, by dojechać polną drogą do Schwennenz.
Zakupiłem co trzeba ("Paderborner") i już miałem wracać do Polski, gdy wpadł mi do głowy pomysł, że sprawdzę jak wygląda budowana od Grambow do granicy w Linken nowa ścieżka rowerowa.

Ożżeżżż...ano wygląda ona tak!

...i tak!

Bez żadnego problemu rozpędziłem się na niej na prostej do 42 km/h. Pomyślałem sobie, że to dlatego, że jest gładka jak stół. W tym momencie - jak przypuszczam - obrażam niemieckich drogowców, bowiem wg mnie stoły są bardziej wyboiste niż ta akurat ścieżka! ;))) Na odcinku Grambow - Neu Grambow panuje "gładź absolutna", gdzie spokojnie mogliby ćwiczyć kolarze torowi na swoich rowerach.
Za Neu Grambow gładź była już jakaś inna, doskonała, ale coś mi nie pasowało.
Okazało się, że jest to "tylko" podbudowa pod finalną warstwę asfaltu.
Dobrze, że mam tu tak blisko.
Po drodze natknąłem się na taki widok upadłej Rzeczpospolitej Polskiej (Republik Polen), do której to należy kierować się na skrzyżowaniu w prawo.

Granicę przekroczyłem w Lubieszynie, ale nie jechałem główną drogą, tylko na skrzyżowaniu z nową drogą do Dobrej skręciłem w prawo (przy stacji BP).
Drogą przez las można tam dotrzeć do Dołuj i wyjechać w ich "centrum".

Na wjeździe do Dołuj trafiłem na budowę drogi pomiędzy domkami i za diabła nie wiedziałem, jak mam przejechać. Jakoś przepchałem rower, ale zastanawiam się, jak do domków mają się dostać ich mieszkańcy (albo z nich wyjechać).
Zakładam, że budowa odbędzie się oczywiście w tempie ekspresowym.

Po przedarciu się przez budowę pojechałem na Stobno i przez ul. Okulickiego wjechałem do Szczecina.
Po krótkiej wizycie u taty na działce wróciłem do garażu, gdzie zająłem się zamocowywaniem nowego Misiacza, tym razem na rowerze Basi.
Nowy Misiacz w rodzinie. Rower Basi. © Misiacz

W ten sposób mamy już kompletną Misiaczową parkę, która z nami podróżuje.
Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 47.18 km (4.00 km teren), czas: 02:05 h, avg:22.65 km/h, prędkość maks: 49.00 km/h
Temperatura:28.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1064 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(14)

Pogromcy Szos! Dycha pękła! :)))

Poniedziałek, 9 maja 2011 | dodano: 09.05.2011Kategoria Szczecin i okolice, Z Basią...
Po wczorajszej wycieczce do Ueckermunde plan był taki, aby pojechać z Basią przez Warnik do Ladenthin i wrócić przez Schwennez, Bobolin i Mierzyn do domu.
Skończyło się na tym - ze względu na nasz piknikowy nastrój i przedziwną niechęć do pedałowania - że objechaliśmy Gumieńce ul. Europejską i przez Centralny wróciliśmy do domu.

Niektórym reklamodawcom dopisuje swoiste poczucie humoru, którego jakoś nie podzielają kierowcy tankujący na stacji poniżej. :)
Poczucie humoru. Koło stacji BP. © Misiacz

Basia przedziera się przez przejście na ulicy.
Basia na przejściu. Dworska. © Misiacz

Tak to zakończył się nasz wielki wyjazd. Końcówka zapasów.:)
To już jest koniec. Nie ma już (prawie) nic... © Misiacz

Wieczór. Basia zaczęła odczuwać zimno! :) Wciąż chce pozostawać anonimowa. :)
Maj. Niektórym wciąż zimno i zimno. :) © Misiacz

No ale co tam - dycha pękła, a nawet blisko jedenaście km!!!:) Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 10.95 km (2.00 km teren), czas: 00:45 h, avg:14.60 km/h, prędkość maks: 31.00 km/h
Temperatura:18.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 212 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(5)

Rajd z Basią do Ueckermunde…

Sobota, 7 maja 2011 | dodano: 07.05.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec, Z Basią...
Wpadliśmy wczoraj z Basią na taki pomysł, że i Misiacz będzie syty i Basia cała. Oboje chcieliśmy pojechać na rowerach do Niemiec do Ueckermunde, ale dla Basi 120 km w obie strony to stanowczo za dużo. W związku z tym zapakowaliśmy rowery w nasz dawny podróżniczy samochodzik (objechaliśmy nim całą Europę, teraz odpoczywa już na zasłużonej emeryturze, zastąpiony przez młodszy model) i ruszyliśmy do miejscowości Hintersee, tuż za przejściem granicznym w Dobieszczynie.

Tam zabrałem się za montowanie kół, siodełek i sakw zawierających „puste surowce wtórne” do wymiany na pełne. W zasadzie można by nic nie pisać o tej czynności, ale okazała się koszmarem. Na parkingu rzuciły się na nas chmury (nie roje – chmury!!!) rozwścieczonych z głodu komarów, którym nie przeszkadzał ani wiaterek ani słońce.
Ja zajmowałem się montażem, a Basia obroną siebie i tyłów Misiacza. Wrzuciliśmy wszystko byle jak, aby tylko zwiać z tego roju w bezpieczniejsze miejsce. Wynik starcia: Misiacz pokąsany w 13 widocznych miejscach, tyle udało się naliczyć na kolejnym postoju.
Do Ueckermunde mieliśmy jakieś 25-27 km, a trasę zaplanowałem tak, aby wiatr wiał nam w plecy (na tyle, na ile się da).
Ruszyliśmy drogą na Ahlbeck, z krótkim postojem w lesie na picie i batonika i takie tam…

W Ahlbeck nie skręcaliśmy na Eggesin, ale pojechaliśmy prosto i dopiero potem zakręciliśmy w lewo na Luckow.
To kościół w Ahlbeck.

W zasadzie jechaliśmy teraz tą samą trasą, którą pokonywałem niecały tydzień temu ze Shrinkiem w czasie pokonywania kolejnego rekordu na trasie wokół Zalewu Szczecińskiego.
Wtedy jednak było rano, zimno i szybko. Teraz był relaks, południe i ciepło, choć przyznaję , że Basia z wycieczki na wycieczkę nabiera wprawy i dziś przez długi czas udało jej się jechać z prędkością 22 km/h, a jeszcze niedawno zaczynała przygodę z rowerem z prędkościami rzędu 13 km/h.
W Luckow nie zatrzymaliśmy się, ale przejechaliśmy tylko przez wioskę, by skręcić w prawo na Warsin. Tam dostaliśmy podmuch w twarz od strony Zalewu, na szczęście był to tylko 1 km, a potem skręciliśmy w lewo na trasę Altwarp – Ueckermunde i tam wiatr jakoś już bardzo nam sprzyjał.

Nie dojeżdżaliśmy od razu do centrum, ale skręciliśmy w stronę plaży nad Zalewem, która bardzo nam się podoba.

Tam zrobiliśmy krótki postój i asfaltową ścieżką wzdłuż kanału, wśród rzeźb wykonanych w powalonych drzewach dojechaliśmy do portu.

Jadę…patrzę a tam co? Kuter…a na kutrze co? Fischbroetchen, nasze ulubione pomorskie bułeczki rybne.
Jak do tej pory dostępne były raczej w rejonie Rugii, a tu taka niespodzianka.
Kuter z bułeczkami rybnymi w Ueckermunde! © Misiacz

Od razu zapomnieliśmy, że chcieliśmy wpaść na najlepszy kebab w regionie i czym prędzej pomknęliśmy na kuter!
Bułeczki były przepyszne, choć ceną i wielkością ustępują tym rugijskim, ale co tam, były super.

Oczywiście nie zamierzaliśmy tak łatwo zrezygnować z kebabu, na który wielokrotnie przyjeżdżaliśmy tu z Cyborgami z TC TEAM i innymi harpaganami.
Po prostu wziąłem kebabik na wynos , do sakwy.

Wróciliśmy przez malownicze centrum w stronę mostu, po czym skierowaliśmy się już główną drogą na Warsin.

Po drodze dokonałem zakupów w sklepie EDEKA (naturalne piwko dla mnie i winko odmiany Shiraz dla Basi).

Nie udało nam się jednak przejechać bez komplikacji, bowiem droga jest zamknięta (remont i budowa ścieżki rowerowej), więc czekał nas objazd przez podmiejskie blokowisko. O dziwo, tam również prowadzi ścieżka rowerowa.
Po wyjechaniu z miasta dostaliśmy wiatr w twarz, ale wiedzieliśmy, że będzie to tylko trwało przez 8 km do skrętu w las w Vogelsang-Warsin.
Tam znów załapaliśmy jakimś cudem wiatr w plecy i piękną asfaltówką dojechaliśmy do lasu.

Tam szlak zamienił się w szutrówkę.

Okolica jest niezwykle malownicza, a największą niespodzianką jest, że Niemcy wzdłuż tej szutrówki zbudowali…piękną asfaltową ścieżką rowerową, którą mknie się znakomicie.


Część jeszcze jest w budowie, ale większość jest gotowa. Wspaniały kompromis dla miłośników terenu i asfaltu, bo można jechać obok siebie, z lewej szuterek, z prawej asfalcik! ;)))
Wyjechaliśmy z lasu i skręciliśmy w lewo, na ścieżkę wiodącą wzdłuż Neuwarper See, gdzie po chwili zatrzymaliśmy się na postój przy wieży widokowej.



Potem, częściowo szutrem, częściowo płytami i asfaltem dojechaliśmy do Rieth. Stamtąd trasa wiedzie drogą leśną w miejscu, gdzie dawniej kursowała kolejka wąskotorowa (oznaczenia pozostawiono). Jadąc wśród drzew dotarliśmy do Ludwigshof, gdzie można obejrzeć przydrożne rzeźby lub udać się 500 m w prawo nad malownicze jeziorko, gdzie znajduje się punkt widokowy.
My jednak pojechaliśmy dalej. Po drodze mijało nas całkiem sporo turystów z sakwami, widać sezon zaczął się na dobre.
Zatrzymałem się jeszcze na moment, by sfotografować przydrożną rzeźbę, po czym w krótkim czasie znaleźliśmy się w Hintersee.

Komarów prawie już nie było, widocznie ucięły sobie krwawą poobiednią drzemkę, więc w miarę spokojnie zapakowaliśmy rowerki do Toyotki i wróciliśmy do Szczecina…by wreszcie zjeść zasłużony kebab.
Taki znakomity kebab po tak wspaniałej trasie to naprawdę coś pysznego…a na dodatek w lodówce chłodzi się rewelacyjny chmielowy napój! ;))) Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 55.64 km (17.00 km teren), czas: 03:22 h, avg:16.53 km/h, prędkość maks: 43.00 km/h
Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1072 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(9)

Rozkręcanie zakwasów po rekordzie...Loecknitz.

Wtorek, 3 maja 2011 | dodano: 03.05.2011Kategoria Szczecin i okolice, Wypadziki do Niemiec
Po wczorajszym rekordzie i wspaniałej wycieczce ze Shrinkiem przez wyspę Uznam i wokół Zalewu Szczecińskiego obiecałem sobie, że dam sobie czas na zregenerowanie.
Tak...
Dałem...
Do godziny 12:00, kiedy to brat(!) wyciągnął mnie na przejażdżkę do Locknitz, taką rekreacyjno-zakupową.
Wrzuciliśmy rowery do jego samochodu, bo chcieliśmy, żeby przyjemnie się jechało od razu, a nie żeby tłuc się do przejścia 13 km po polskiej stronie.
Za Linken skręciliśmy na Grenzdorf, dokąd wiedzie przepiękna droga.

Drzewa wciąż w rozkwicie i zieleń jest jeszcze świeża.

W Grenzdorf skręciliśmy w prawo, kierując się na Ploewen.
Kolory wiosny w dość mroźnym...eee...znaczy rześkim jak na wiosnę powietrzu są bardzo nasycone.

Po zjechaniu na Ploewen natknęliśmy się na takiego oto stworka siedzącego na ogrodzeniu, istna laleczka Chucky. ;)

W Locknitz zrobiliśmy tradycyjne zakupy napojów chmielowych, w tym jeden bezalkoholowy w celu spokojnego wypicia w wiacie niedaleko 1000-letniego dębu nad jeziorem Loecknitzer See.

Wracaliśmy ponownie przez Ploewen, ale tym razem trasą obok Kutzower See i przez Hohenfelde.

Było tak sielsko i tak kolorowo, że nie mogłem powstrzymać się od robienia zdjęcia za zdjęciem. Dobrze, że mamy tu tak blisko.


Jeszcze mały popasik przed teleportacją do RP. ;)))

Jak widać i dziś mroźny wiatr nie przestawał wiać...
Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 34.27 km (2.00 km teren), czas: 02:00 h, avg:17.14 km/h, prędkość maks: 37.00 km/h
Temperatura:10.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 688 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(5)

Miśkowe 271 km wokół Zalewu Szczecińskiego (Stettiner Haff).

Poniedziałek, 2 maja 2011 | dodano: 03.05.2011Kategoria Rekordy Misiacza (pow. 200 km), Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Wypadziki do Niemiec, Wyprawy na Wyspę Uznam
Czemu „miśkowe”? Ano temu, ponieważ pojechały na ten wyczyn dwa Bikestatsowe futrzaki, czyli ja i Sebastian „Shrink”…a czemu futrzaki, to już widać po naszych logo-awatarach.
Od dawna trułem Shrinkowi zad, żeby „we dwa miśki” objechać Zalew Szczeciński przez Niemcy i wyspę Uznam i trasą powrotną przez Polskę w 1 dzień (kiedyś objechałem go już z Jurkiem i Krisem).

Ekipa miała się nawet rozszerzyć, ale Jarek „Gadbagienny” musiał iść do pracy, a Jurek „jurektc” nie mógł z nami jechać z bliżej nieznanych mi powodów.
Start zaplanowaliśmy o świcie o godzinie 4:00 ze Szczecina. W ogóle sam pomysł wydawał się szalony i nierealny, bo od kilku dni na Pomorzu szaleją takie wichry, że trudno czasem chodzić, jednak nasza cykloza przyćmiła nam racjonalne myślenie. Innym problemem były wariujące temperatury, bliskie zera o poranku i wzrastające do „aż” 10 st. C około południa. Nie wiadomo było jakie ciuchy na siebie wkładać, żeby nie targać ze sobą całej szafy. W każdym razie ubrałem się prawie zimowo (co okazało się słuszne).
Przejechaliśmy przez pusty o tej porze Szczecin, zatrzymując się jedynie na fotkę „startową” przy ulicy Krzywoustego.

Miśka rozpierała energia (zresztą już od wczoraj), bo wrzucił 28 km/h, a ja mu ciągle zrzędziłem, że w naszym przypadku trzeba jechać 24 km/h, żeby przy tej odległości i takich warunkach nie paść na twarz. Natura i fizjologia potem „za mnie” zajęły się tą kwestią. ;)))
Za jeziorem Głębokim (raptem 10 km od miejsca startu) zacząłem odczuwać, że to chyba nie mój dzień – nie byłem w stanie sensownie pedałować, czułem się jakbym miał za sobą kryzys po 150 km. Taka sytuacja trwała aż do granicy w Dobieszczyn-Hintersee. Tam wiele się wyjaśniło, kiedy Shrink spojrzał na termometr w liczniku: 1,5 st. C, odczuwalna koło 0 st.C (wg zapowiedzi ICM). Dotknąłem kontrolnie swoich ud i były lodowate, nic więc dziwnego, że nie chciały kręcić. Wrzuciłem na siebie drugie spodenki i od razu zrobiło się lepiej.

Shrink w międzyczasie rozpoczął swoją dzisiejszą „Przygodę-Z-Aparatem-I-Robieniem-Zdjęć-Gdzie-Się-Tylko-Da”. ;)))
Inna sprawa, że sam mu podsuwałem obiekty do fotografowania, a czas gonił. Tym razem było to zdjęcie kamiennego Krzyża Barnima już po niemieckiej stronie.
Udało mi się wreszcie sensownie kręcić pedałami i za Hintersee „byłem już sobą”. Tam powitał nas wschód słońca.

Kolejna spora porcja fotografii u Shrinka pochodzi z miejscowości Luckow, gdzie stoi zabytkowy kościół o konstrukcji ryglowej (lub szachulcowej, jak kto woli).


Jeszcze przed Luckow (za Ahlbeck) natknęliśmy się na hodowlę strusi.

Nadal doskwierało nam zimno, zdążyliśmy już odzwyczaić się od styczniowych wypraw, gdzie cali byliśmy pokryci szronem. Wiatr wiał od startu z północnego wschodu, pewnie gdzieś znad Finlandii, co nie mogło oznaczać nic innego, jak tylko zimno. Ponadto, wzmagał się z każdą godziną…a my jechaliśmy prawie, że dokładnie POD TEN WIATR!!!. W Warsin czuliśmy, że lekko nie będzie, a nie pokonaliśmy nawet 60 km, które dzielą Szczecin od Uekcermunde. A właśnie…Ueckermunde! ;))) Znów podkusiłem Shrinka, że warto cyknąć tam kilka fotek…więc po krótkim posiłku w wiacie w Warsin skierowaliśmy się tamże. Miało być fotografowanie „szybko-przejazdem-sygnalizacyjnie”…akurat! ;))) Poczułem w sobie zew przewodnika, Misiek zew fotografa i z założeń nic nie wyszło. Skierowaliśmy się najpierw w stronę pięknej plaży nad Zalewem, gdzie hulał sztorm, a wiatr zrywał prawie kaski z głów, potem przejechaliśmy w stronę centrum ścieżką, gdzie uschnięte drzewa rzeźbiarze zamienili w ciekawe rzeźby (to wszystko można obejrzeć w relacji Shrinka, ja już tyle razy tam byłem, że nawet nie fotografowałem ich po raz n-ty).
No dobra, zamieszczę fotkę wykonaną przez Shrinka!

A ta to już moja. ;)

Przed plażą stoi reklama w formie roweru (to ten w środku;))).

Potem był przejazd (i foty) przez drewniany most zwodzony (i foty), malowniczy port (i foty), przepiękną starówkę (i foty), Rynek Świński (i foty)…no dobra, na starówce i na rynku sam zrobiłem fotki, coś z tego przejazdu jednak trzeba mieć. Kiedy spojrzeliśmy na zegarek, okazało się, że mamy za sobą raptem 60 km, a minęły już 4 godziny, co przy zakładanym dystansie i wichrze nie wróżyło za ciekawie, tak więc posadziliśmy zady na siodełka i ruszyliśmy przez Moenkebude w stronę Ducherow.

Rowerowe świnie! ;)))

Na tym krótkim odcinku wiatr dał nam nieco odetchnąć, bo lawirował jakoś tak, że często dmuchał nam w plecy. Wiedzieliśmy jednak, co zacznie się na odcinku Ducherow – Anklam (droga na północ, prosto pod wiatr, wiele odkrytych odcinków), więc nieco przydepnęliśmy.
W Ducherow natknęliśmy się na kolejne dzieło niemieckich-pomorskich artystów graffiti. To co widać na zdjęciu, to nie pojazd, ale…stacja transformatorowa zmyślnie pomalowana tak, żeby udawała turystyczny samochód-camper. Dzieł tego i innego rodzaju jest w niemieckiej części Pomorza bardzo dużo, urozmaicają krajobraz, zmieniają nudne kontenery w ciekawe obiekty, a grafficiarzom dają możliwość artystycznego wyżycia się. Na daszku stacji podana jest strona, gdzie zapewne można obejrzeć więcej dzieł.

Tak jak się spodziewaliśmy, wiatr zaczął nam wściekle wiać w twarz już od momentu skrętu w prawo na Anklam. Dobrze, że prowadzi tam przez prawie cały odcinek rewelacyjna, asfaltowa ścieżka rowerowa, więc mogliśmy skupić się na walce z wichrem. Mieliśmy świadomość, że najcięższa walka zacznie się jednak przy i na wyspie Uznam, gdzie mieliśmy jechać na północny wschód. To jednak było jeszcze przed nami, na razie staraliśmy się dojechać do Anklam. Tam też fotografowanie miało być „szybko-przejazdem-sygnalizacyjnie” ;))). Zanim jednak do tego doszło, spędziliśmy sporo czasu w ogromnym sklepie rowerowym, gdzie poszukiwałem osłony do łańcucha (bez powodzenia), a Sebastian podziwiał rowerki. Potem ruszyliśmy do centrum, aby przejść przez kolejną foto-sesję. ;))) Co jakiś czas mówiłem dla żartu Shrinkowi: „Dość tego, nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności, postoje są zbędne, fotki są zbędne, wszystko jest zbędne, a średnia spada”…czy ja tego już gdzieś już nie słyszałem? ;)))
Były to oczywiście tylko żarty, sam lubię nie tylko jechać i patrzeć w licznik, ale również coś obejrzeć, sfotografować, co jednak w tym przypadku może nie było zbyt rozsądne…ale co tam! :) W związku z tym „aż” jedna fotka kamienicy w Anklam (też byłem tu już wielokrotnie).

No to się zaczęło! Morenowe zjazdy i podjazdy, zjazdy i podjazdy…no i niemożebnie silny zimny wicher, który momentami wręcz zatrzymywał rower w miejscu, rzucał nami na lewo i prawo, przechylał rower na boki, a z oczu (mimo okularów) wyciskał łzy. Mieliśmy wrażenie, że nie dojedziemy do Świnoujścia, bo takiej walki czekało nas blisko 60 km!!!

Na moście wjazdowym na wyspę Uznam nad rzeką Peene musieliśmy chować się za filary, żeby spokojnie zrobić zdjęcie, tam siła wiatru osiągnęła chyba apogeum.

Bond, James Bond...sfotografowany przez Shrinka. ;)))

Ledwie dotoczyliśmy się do miejscowości Usedom…na kolejną foto-sesję! ;) A co? To przecież malownicze miasteczko! ;)
Droga do Usedom jest niesłychanie malownicza, aż żal, że zdjęcie nie dmucha czytelnikowi w twarz zimnym wichrem, żeby poczuł co się tam działo! ;)))

W Usedom też zrobiłem tylko jedno zdjęcie zabytkowej bramy, ponieważ wcześniej zatrzaskałem ich już mnóstwo. Shrink nie zrobił jednego. ;)))

Na górkach i pagórkach za Usedom powoli mieliśmy już dość, a w ogóle zachciało nam się jakiegoś gorącego żarcia typu zupa, gulasz, ziemniaki … ileż można jeść batony, czekoladę i kanapki i popijać to zimnym izotonikiem.

Zatrzymaliśmy się w przydrożnej wiacie na mały posiłek (nie, nie gluasz…czekolada), gdzie kask uratował mnie przed guzem. Daszek wiaty jest tak nachylony i niski, że wstając ostro przyłożyłem w jego krawędź. Już wiem, do czego służy kask! ;)

Przed nami leżało jednak Korswandt. Kto tamtędy jechał, wie o co chodzi. Tamtędy puszczane są również wyścigi wokół Zalewu, wielu zawodników tam podobno odpada. Ścieżka (szutrowa) wiedzie przez las tak stromym podjazdem, że niektórzy po prostu schodzą z rowerów i próbują je podprowadzać (z obserwacji widziałem, że też nie było to proste). Podjazdy takie są tam dwa, a nagrodą jest równie stromy zjazd do Seebad-Ahlbeck.
W Ahlbeck Sebastian chciał podjechać na promenadę, aby…cyknąć parę fotek i choć zobaczyć morze. Trochę pokręciliśmy się po miasteczku i podjechaliśmy w okolice molo.

Po zapitych twarzach, butelkach piwa w dłoni i ordynarnym słownictwie w ręku widać, że w kurorcie pojawiło się z okazji długiej majówki wielu naszych rodaków, nie tylko tych, którzy przynoszą nam chlubę.
Na morzu panował niezły sztorm, co może niespecjalnie widać na zdjęciach, ale naprawdę był niezły.

Fotki zrobione, można gnać do Świnoujścia, poszukać czegoś na ciepło. Tu okazało się, że z powodu najazdu majówkowych turystów na zwykłego szajs-burgera trzeba czekać aż 20 minut, a nam szkoda było na to czasu. Zaproponowałem więc, by po przeprawieniu się promem na stały ląd skorzystać z baru obok dworca PKP, z którego korzystaliśmy wcześniej z Jurkiem i Krisem w trakcie objazdu Zalewu.
Wsiedliśmy na prom, a tam…Siwiutki i Milenka z Bikestats!!! W cywilu, bez rowerów, spędzają tam majówkę.

Jak widać, nasza organizacja ma wielu członków, których spotkać można niemal wszędzie (kiedyś poznałem w Niemczech Athenę i Odysseusa z BS;))).
Zamówiliśmy z Sebastianem po porcji składającej się z kotleta mielonego, ziemniaków i surówek, a gratis dostaliśmy po deserze czekoladowym. Wszystko to smakowało znakomicie po takim wysiłku i pozwoliło nam uczciwie odpocząć.

Po obiadku ruszyliśmy w stronę Międzyzdrojów, tym razem już główną trasą, która na szczęście ma pobocze. Wiaterek znów dawał nam w kość. Trasa byłaby lżejsza nieco, gdybyśmy jechali całość w przeciwnym kierunku, ale z przyczyn logistycznych Shrink musiał od razu jechać do Nowogardu, więc taka opcja nie wchodziła w grę.
Trudno jednak planować jazdę z wiatrem czy pod wiatr, jeśli jedzie się w kółko, gdzieś zawsze będzie w twarz.
Z głównej trasy zjechaliśmy do Dargobądza, gdzie Shrink zakupił zapas wody, a ja wdałem się w pogawędkę z dwoma starszymi tubylcami sączącymi piwko pod sklepem (dowiedziałem się, w czym pewien typ rowerów przewyższa inny typ;))).
Dojechaliśmy do Wolina, za którym skręciliśmy w Recławiu w boczną drogę wiodącą do Stepnicy. Tym razem wiatr już był w plecy i jechało się o wiele lepiej.
Szkoda, że akurat wtedy zaczął słabnąć…
Za Stepnicą jakoś coraz mniej chciało nam się jechać, bolały plecy i ręce, a słońce szykowało się do schowania się za horyzont. Wicherek znów przybrał na sile, a to dlatego, że jechaliśmy w stronę Goleniowa i miał okazję wiać nam w twarz. ;))) Złośliwy typek!
Na rondzie w Goleniowie pożegnałem się ze Shrinkiem, on miał do zrobienia 24 km do Nowogardu pod wiatr, ja w sumie 39 km z wiatrem.

Mimo, że wiało w plecy, nie udało mi się już jechać szybciej jak 28 km/h, zmęczenie dawało znać o sobie. Najwyraźniej nie wszyscy uważali, że to wolne tempo, bo dziadek pielący ogródek przy przydrożnym domku krzyknął do żony:
- Zobacz kurwa, jak zapierdala!!! ;)))
Do Szczecina wjechałem, kiedy już zmierzchało, a w domu byłem o godzinie 21:20 (po telefonie do Shrinka dowiedziałem się, że on dojechał o 20:48, więc widzę, że dzielnie poradził sobie z wiatrem).
Do 300 km brakowało jakieś 29 km, ale to już nie była ani pora ani kondycja na jakieś dokrętki…innym razem.
Wyjazd zaliczam do tych z gatunku znakomitych, nawet jeśli wiało. Wrażenia niezapomniane! ;)

P.S. Wg mojego licznika spaliłem odpowiednik tłuszczu = blisko 2,5 kostki masła :))) Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 270.20 km (4.00 km teren), czas: 12:11 h, avg:22.18 km/h, prędkość maks: 49.00 km/h
Temperatura:1.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 5745 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(24)

Przez Puszczę Wkrzańską z Basią, "Gadzikami" i bratem...

Niedziela, 1 maja 2011 | dodano: 01.05.2011Kategoria Z Basią..., Szczecin i okolice
Dziś pojechaliśmy na świetną wyprawę do Trzebieży przez Puszczę Wkrzańską.
Basia i ja zostaliśmy zaproszeni na ten relaksujący wyjazd przez Jarka (Gadabagiennego), który zabrał również swoją żonę Kasię. Dodatkowo dołączył się do nas mój brat Krzysiek, tak więc ekipa składała się z 5 osób.
Przejechaliśmy przez Las Arkoński i w pobliżu jeziora Głębokiego zatrzymaliśmy się na pierwszy popas (były planowane co 10 km, jako że jechaliśmy dla relaksu z żonami)

Do Tanowa dojechaliśmy ścieżką rowerową, która nadal nie jest w pełni ukończona.
Za Tanowem zdjęcie z kolejnej przerwy. Dookoła wszyscy już grillowali i popijali od rana piwo...nastał długi weekend.

Na drodze do Dobieszczyna panował spory ruch samochodowo-piknikowy, więc odbiliśmy w las na czarny szlak w kierunku Trzebieży. Wspaniała trasa!
Niektórzy zafundowali sobie darmowy napęd! ;)

Las...

Za Nową Jasienicą...

Przez całą drogę do Trzebieży wiał nam w twarz piekielnie zimny wiatr z północnego wschodu.

Na plaży nad Zalewem Szczecińskim myślałem, że nam głowy pourywa!
Potrzebowaliśmy przerwy i skoczyliśmy na kiełbaskę z grilla.

Następnie trasą przez Uniemyśl dojechaliśmy już z silnym wiatrem w plecy do Jasienicy, do skrętu na Tanowo.


Od Tanowa jechaliśmy ponownie tą samą ścieżką do Szczecina, z popasem w lesie.
Po dojechaniu do Szczecina nie wracaliśmy już przez Las Arkoński ze względu na tłumy spacerowiczów i rowerzystów (w tym lansujących się pozerów ;)))

Po dojechaniu na Pomorzany pożegnaliśmy się z moim bratem i państwem "Gadzikami", a ja wyjechałem na spotkanie Sebastiana "Shrinka", z którym jutro, w towarzystwie Jurka (jurektc) planujemy objechać przez Niemcy (w tym przez wyspę Uznam) i Polskę Zalew Szczeciński na dystansie ok. 270 km.
Dojeżdża "Shrink"!

Przewidywane są cholernie silne wiatry, więc nie mamy pewności jaki będzie skutek tej wyprawy...
P.S. Gratulacje dla Basi za pobicie swojego życiowego rekordu przejazdu. Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 78.41 km (25.00 km teren), czas: 05:11 h, avg:15.13 km/h, prędkość maks: 35.00 km/h
Temperatura:10.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 1555 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(4)

Masa krytyczna - kwiecień 2011.

Piątek, 29 kwietnia 2011 | dodano: 29.04.2011Kategoria Szczecin i okolice
Dziś udało mi się na Masę Krytyczną wyciągnąć brata, po raz pierwszy zresztą na niej był. Tłum był dziś niemożebny.
Misiacz na Masie. © Misiacz

Miał być Misiacz, ale zoom aparatu kierowany jego ręką uchwycił znacznie ciekawszy widok! ;)))
Miało być zdjęcie Misiacza, a jest...nawet ciekawsze. ;))) © Misiacz

Braciszek...
Brat. Masa. © Misiacz

Widać znajomych z Bikestats: Rowerzystka i Sargath, obok mój brat.
Znajomi spotkani na Masie. © Misiacz

Braciszek po Masie zgłodniał i pojechaliśmy wciągnąć smażone padło. ;)))
Padlinka z rusztu. ;))) © Misiacz
Rower:KTM Life Space Dane wycieczki: 18.74 km (2.00 km teren), czas: h, avg: km/h, prędkość maks: 51.00 km/h
Temperatura:15.0 HR max: (%) HR avg: (%) Kalorie: 430 (kcal)
Linkuj | Komentuj | Komentarze(3)