- Kategorie:
- Archiwalne wyprawy.6
- Drawieński Park Narodowy.25
- Francja.4
- Karkonosze 2008.4
- Kresy wschodnie 2008.10
- Mazury na rowerze teściowej.14
- Po Polsce.13
- Rekordy Misiacza (pow. 200 km).8
- Rowery Europy.7
- Rugia 2011.15
- Rugia od 2010....24
- Szczecin i okolice.536
- Szczecińskie Rajdy BS i RS.57
- U przyjaciół ....32
- Wypadziki do Niemiec.158
- Wyprawa na spływ tratwami 2008.4
- Wyprawy na Wyspę Uznam.12
- Z Basią....65
- Z cyborgami z TC TEAM :))).28
"Kitse" tagasi tööle.
Środa, 22 lutego 2012 | dodano: 22.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Pärast eilset päeva üsna põhjaliku lõpuks ma otsustasin minna tagasi täna tööd "Kits" laadimiseks palju energiat imeda alates patareid.
Kevadilm on tõesti tehtud, ja väiksemaid riideid korraga tulemuseks kergem sõita.
Teel pagariäri sain ka kukkel, muutes liinil veidi segamini.
Temperatura:11.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Kevadilm on tõesti tehtud, ja väiksemaid riideid korraga tulemuseks kergem sõita.
Teel pagariäri sain ka kukkel, muutes liinil veidi segamini.
Rower:Koza
Dane wycieczki:
16.20 km (0.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:11.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Hа работу. Вчера мне казалось, что весна идёт.
Wtorek, 21 lutego 2012 | dodano: 21.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Сегодня я приехал как обычно на работу на велосипеде.
Вчера мне казалось, что весна идёт.
Oказывается, что cегодня у нас по-прежнему зима.
Но в моей семье, за рубежом - на самом деле веснa!!! :)))
Смотри ниже:
P.S. Wielu z nas musiało uczyć się w szkole tego języka (ja akurat nie żałuję, zawsze to jeden więcej), więc dla wielu powyższy film (o nadchodzącej wiośnie) przesłany przez mojego zagranicznego wuja będzie zrozumiały, myślę że i innym zrozumienie nie sprawi kłopotu :))).
Po południu kurs (ponownie na "Kozie") do Lidla po koszulkę Silver+ i powrót w celu dokonania od dawna koniecznych porządków w komputerze.
Temperatura:0.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Вчера мне казалось, что весна идёт.
Oказывается, что cегодня у нас по-прежнему зима.
Но в моей семье, за рубежом - на самом деле веснa!!! :)))
Смотри ниже:
P.S. Wielu z nas musiało uczyć się w szkole tego języka (ja akurat nie żałuję, zawsze to jeden więcej), więc dla wielu powyższy film (o nadchodzącej wiośnie) przesłany przez mojego zagranicznego wuja będzie zrozumiały, myślę że i innym zrozumienie nie sprawi kłopotu :))).
Po południu kurs (ponownie na "Kozie") do Lidla po koszulkę Silver+ i powrót w celu dokonania od dawna koniecznych porządków w komputerze.
Rower:Koza
Dane wycieczki:
19.20 km (1.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:0.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Z małym sponsoringiem do MAD BIKE.
Poniedziałek, 20 lutego 2012 | dodano: 20.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Dziś wybrałem się (wciąż na "Kozie") do sklepu i serwisu MAD BIKE, przy okazji robiąc małe zakupy do domu i do celów turystycznych (np. bardzo fajny impregnat teflonowy w sprayu do kurtek i do butów w Lidlu).
MAD BIKE wraz ze Stowarzyszeniem ROWEROWY SZCZECIN organizuje wycieczkę z okazji Dnia Kobiet, więc zabawiłem się w mini-sponsora;))), przekazując parę gadżetów rowerowych.
Powrót do domu z postojem na rzekomo najlepsze szaszłyki w Szczecinie koło Turzyna.
Dobre to były, ale chyba nie jakaś specjalna rewelacja?
Temperatura:5.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
MAD BIKE wraz ze Stowarzyszeniem ROWEROWY SZCZECIN organizuje wycieczkę z okazji Dnia Kobiet, więc zabawiłem się w mini-sponsora;))), przekazując parę gadżetów rowerowych.
Powrót do domu z postojem na rzekomo najlepsze szaszłyki w Szczecinie koło Turzyna.
Dobre to były, ale chyba nie jakaś specjalna rewelacja?
Rower:Koza
Dane wycieczki:
12.27 km (0.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:5.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Za Tobą choćby w błoto pójdę...
Niedziela, 19 lutego 2012 | dodano: 19.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Z Basią...
Tytuł wziął się stąd, że Basia "Misiaczowa" ogarnięta "kosmicznym leniem" zbiesiła mi się i nie chciała wyściubić nosa z domu. Sprawdzoną metodą ;) przekonałem ją jednak, że gnuśnienie w domu w niedzielę - mimo, że plucha, roztopy, groźba opadów - nie jest najlepszym pomysłem.
Przekonałem ją skutecznie, bo usłyszałem właśnie to:
- Za Tobą choćby w błoto pójdę... ;)))
Wrzuciłem termos z grzańcem w plecak i pomknęliśmy na Głębokie.
Był to kolejny już rajd pieszy rowerzystów z BS i RS (rowerek był wczoraj), który tym razem zorganizował Michał "Ernir" z RS.
O godzinie 10:00 zebraliśmy się na Głębokim, stawił się nawet Krzysiek "Monter" z Łukaszem, jednak na rowerkach, więc choć chcieli się z nami zabrać, to jednak trasa zapowiadana przez "Ernira" mogła to skutecznie uniemożliwić.
Pojawił się jeszcze Krzysiek "Siwobrody", Basia "Misiaczowa", Agnieszka "Megie", Robert "Romal-Sakwiarz" wraz z Grażyną "Grażką"...a nawet Małgosia "Kiwi", która na naszą wyprawę dojechała aż ze Stargardu.

Na razie ruszyliśmy spokojnie dość uczęszczaną, choć po roztopach bardzo błotnistą trasą północnym skrajem jeziora Głębokie.

Na jeziorze powoli topnieje lód, pokryty jest on warstwą wody.
Zawsze jednak znajdą się tacy, którzy próbują na niego wchodzić (nikt z nas).

Na końcu jeziora zatrzymaliśmy się na "coś ciepłego" z termosów.
Szykowała się niezła przeprawa i warto było się solidnie wzmocnić. :)

Agnieszka korzysta z ostatniej rozmowy, nim pogrążymy się w bezbrzeżnej kniei...za górami, za lasami, poza zasięgiem sieci... ;)

Czas dopijać i ruszać, bo wódz tupie niecierpliwie w miejscu ;))).

Za leśniczówką skręciliśmy w las, na drogę z tzw. mniejszą ilością błota, miało nie być po pachy, a tylko po pas ;))).
Hm...jednak z drogi Michał powiódł nas pomiędzy drzewa, gdzie tylko zwierzyna leśna wie, dokąd chodzić.
Takimi "skrótami" jeszcze nie chadzałem :).

To nie koniec!
Doszło do tego, że z rozrzewnieniem zaczęliśmy wspominać te niby straszne, słynne skróty sierżanta "Montera" :)))

Wreszcie z lasu wydostaliśmy się na...drogę ;))).

Do głowy po raz kolejny - jak to przy skrótach - przyszła mi czołówka z filmu "Czterej pancerni i pies"
"Deszcze niespokoooojne...potargaaały sad...a my na tej wojnie, łaaadnych parę lat" :))).
Tak naprawdę, to mimo błota szło nam się znakomicie, humory dopisywały, dowcipy sypały się z lewa i prawa.
Po dojściu do Żółtwi zatrzymaliśmy się pod drzewami na kolejny popas i łyk grzańca, normalnie wygląda to jak fragment kręgu megalitycznego.

Natychmiast zostaliśmy dostrzeżeni przez dwa "megalityczne" koty, grube niczym beczki, które w profesjonalny sposób zabrały się za żebractwo.

Po przerwie dotarliśmy do Bartoszewa, "skrótem" przez las.
Na co komu najprostsza droga. :)))
W tamtejszej knajpie zamówiliśmy małe co-nieco, ja z Basią kawę i sernik, a "Romal" z "Grażką" wzięli coś specjalnego: duże danie, a do tego sałatka z papryki sprzed 100 lat, dobrze dojrzała, subtelnie stęchła i o charakterystycznym smaczku, która wręcz sama rozłaziła się po ustach ;))).
Danie tylko dla prawdziwego konesera ;).
Jak widać, "Romal" nawet "Grażce" jej porcję podżerał ;).

Obiektyw zimny, stąd i zdjęcia z tej knajpy wyszły zaparowane.

Nasza zimna kawa na szczęście była świeża, a ciastko dobre, więc po posileniu się ruszyliśmy lasem w stronę Pilchowa.
Tym razem trasa była tak wygodna i bez niespodzianek, że aż wydawało się to podejrzane ;).
Po dojściu do Pilchowa zostalismy zaproszeni przez "Siwobrodego" na herbatę, ciastka i coś gorzkiego ;).

Powitała nas tam Sara, jego sympatyczna kudłata "psica", która wbrew zapowiedziom gospodarza wcale nie żywi się niedźwiedziną, a jedynie popija wieczorami "Żubrówkę" i robi za "Siwobrodego" wpisy na blogu na Bikestats (tak, tak - teraz wiem, kto mu teksty kleci), za co sam "Siwobrody" od jednych czytelników zbiera pochwały, a od innych joby.
Po poczęstunku zostaliśmy przez "Siwobrodego" i Sarę odprowadzeni aż do Głębokiego i gdy się już żegnaliśmy - lunął deszcz.
Zdążyliśmy w ostatniej chwili!
Świetna wyprawa, podobnie jak przewodnik i towarzystwo.
P.S. Przeszliśmy ok. 16 km.
Pomysł na komiks zaczerpnąłem od Shrinka.
Jak zwykle polecam wpis "Siwobrodego" oraz dostępne już zdjęcia "Romala-Sakwiarza".
Może pojawią się jeszcze zdjęcia innych uczestników?
Temperatura:4.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Przekonałem ją skutecznie, bo usłyszałem właśnie to:
- Za Tobą choćby w błoto pójdę... ;)))
Wrzuciłem termos z grzańcem w plecak i pomknęliśmy na Głębokie.
Był to kolejny już rajd pieszy rowerzystów z BS i RS (rowerek był wczoraj), który tym razem zorganizował Michał "Ernir" z RS.
O godzinie 10:00 zebraliśmy się na Głębokim, stawił się nawet Krzysiek "Monter" z Łukaszem, jednak na rowerkach, więc choć chcieli się z nami zabrać, to jednak trasa zapowiadana przez "Ernira" mogła to skutecznie uniemożliwić.
Pojawił się jeszcze Krzysiek "Siwobrody", Basia "Misiaczowa", Agnieszka "Megie", Robert "Romal-Sakwiarz" wraz z Grażyną "Grażką"...a nawet Małgosia "Kiwi", która na naszą wyprawę dojechała aż ze Stargardu.
Na razie ruszyliśmy spokojnie dość uczęszczaną, choć po roztopach bardzo błotnistą trasą północnym skrajem jeziora Głębokie.
Na jeziorze powoli topnieje lód, pokryty jest on warstwą wody.
Zawsze jednak znajdą się tacy, którzy próbują na niego wchodzić (nikt z nas).
Na końcu jeziora zatrzymaliśmy się na "coś ciepłego" z termosów.
Szykowała się niezła przeprawa i warto było się solidnie wzmocnić. :)
Agnieszka korzysta z ostatniej rozmowy, nim pogrążymy się w bezbrzeżnej kniei...za górami, za lasami, poza zasięgiem sieci... ;)
Czas dopijać i ruszać, bo wódz tupie niecierpliwie w miejscu ;))).
Za leśniczówką skręciliśmy w las, na drogę z tzw. mniejszą ilością błota, miało nie być po pachy, a tylko po pas ;))).
Hm...jednak z drogi Michał powiódł nas pomiędzy drzewa, gdzie tylko zwierzyna leśna wie, dokąd chodzić.
Takimi "skrótami" jeszcze nie chadzałem :).
To nie koniec!
Doszło do tego, że z rozrzewnieniem zaczęliśmy wspominać te niby straszne, słynne skróty sierżanta "Montera" :)))
Wreszcie z lasu wydostaliśmy się na...drogę ;))).
Do głowy po raz kolejny - jak to przy skrótach - przyszła mi czołówka z filmu "Czterej pancerni i pies"
"Deszcze niespokoooojne...potargaaały sad...a my na tej wojnie, łaaadnych parę lat" :))).
Tak naprawdę, to mimo błota szło nam się znakomicie, humory dopisywały, dowcipy sypały się z lewa i prawa.
Po dojściu do Żółtwi zatrzymaliśmy się pod drzewami na kolejny popas i łyk grzańca, normalnie wygląda to jak fragment kręgu megalitycznego.
Natychmiast zostaliśmy dostrzeżeni przez dwa "megalityczne" koty, grube niczym beczki, które w profesjonalny sposób zabrały się za żebractwo.
Po przerwie dotarliśmy do Bartoszewa, "skrótem" przez las.
Na co komu najprostsza droga. :)))
W tamtejszej knajpie zamówiliśmy małe co-nieco, ja z Basią kawę i sernik, a "Romal" z "Grażką" wzięli coś specjalnego: duże danie, a do tego sałatka z papryki sprzed 100 lat, dobrze dojrzała, subtelnie stęchła i o charakterystycznym smaczku, która wręcz sama rozłaziła się po ustach ;))).
Danie tylko dla prawdziwego konesera ;).
Jak widać, "Romal" nawet "Grażce" jej porcję podżerał ;).
Obiektyw zimny, stąd i zdjęcia z tej knajpy wyszły zaparowane.
Nasza zimna kawa na szczęście była świeża, a ciastko dobre, więc po posileniu się ruszyliśmy lasem w stronę Pilchowa.
Tym razem trasa była tak wygodna i bez niespodzianek, że aż wydawało się to podejrzane ;).
Po dojściu do Pilchowa zostalismy zaproszeni przez "Siwobrodego" na herbatę, ciastka i coś gorzkiego ;).
Powitała nas tam Sara, jego sympatyczna kudłata "psica", która wbrew zapowiedziom gospodarza wcale nie żywi się niedźwiedziną, a jedynie popija wieczorami "Żubrówkę" i robi za "Siwobrodego" wpisy na blogu na Bikestats (tak, tak - teraz wiem, kto mu teksty kleci), za co sam "Siwobrody" od jednych czytelników zbiera pochwały, a od innych joby.
Po poczęstunku zostaliśmy przez "Siwobrodego" i Sarę odprowadzeni aż do Głębokiego i gdy się już żegnaliśmy - lunął deszcz.
Zdążyliśmy w ostatniej chwili!
Świetna wyprawa, podobnie jak przewodnik i towarzystwo.
P.S. Przeszliśmy ok. 16 km.
Pomysł na komiks zaczerpnąłem od Shrinka.
Jak zwykle polecam wpis "Siwobrodego" oraz dostępne już zdjęcia "Romala-Sakwiarza".
Może pojawią się jeszcze zdjęcia innych uczestników?
Rower: brak.
Dane wycieczki:
0.00 km (0.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:4.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Pod wodzą "Montera" do Dobieszczyna. Powrót w deszczu.
Sobota, 18 lutego 2012 | dodano: 18.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS
Na dziś Krzysiek "Monter61" ogłosił wycieczkę w okolice Dobieszczyna z krótkim wyskokiem do Niemiec przez Hintersee.
Po raz kolejny wytaszczyłem z piwnicy moją starą "Kozę", na taką pluchę jak znalazł. KTM niech śpi smacznie na razie.
Niestety, z powodu upalnej pogody (+3 st.C) i zapowiadanego deszczu na placu Lotników o 10:00 stawiło się zaledwie 3 rowerzystów.
Gdy było - 7 st.C i zimniej, chętnych zazwyczaj było dużo więcej. Byłem ja, "Monter" i "Jaszek". "Siwobrody" zrezygnował, choć się zapowiadał, że pojedzie.
Jeszcze nim dojechałem na miejsce spotkania, przechodząca dziewczyna zapytała mnie, gdzie może być ul. Kaszubska 4.
Jest to jedna z najdziwaczniejszych ulic jakie znam - składa się z 5 (!) w żaden sposób niepołączonych ze sobą kawałków, poprzedzielanych wieloma ulicami, w tym jedną wielopasmową. Na szczęście numer, którego szukała wpadł mi w oko w momencie dojeżdżania do placu, więc zawróciłem i uratowałem dzieweczkę od kilku kilometrów długiej wędrówki (szła w zupełnie przeciwną stronę;))).

Na wszelki wypadek podjechaliśmy jeszcze pod pomnik "z orłami", bo wiele osób zajeżdża tam już z przyzwyczajenia, gdy wycieczki ogłasza "Monter".
Nie było jednak nikogo, więc ulicą Mickiewicza dojechaliśmy na Krzekowo. Z zapowiadanego deszczu na szczęście na razie nic nie było.
Nie wiem, jak to możliwe, ale wielokrotnie przejeżdżałem koło piekarni na ul. Szerokiej, a nigdy nie zauważyłem tej pompy.

Opłotkami wjechaliśmy na Bezrzecze, skąd dotarliśmy do wjazdu na ścieżkę rowerową od Dobrej do wyjazdu na drogę do Stolca.

Zatarasowana jest przed samochodami niczym na wojnę. Normalnie barykada.
Rowerzysta bez sakw ma problem z przeciśnięciem się, obładowany turysta niespecjalnie da radę przejechać.
Co do samochodu...spokojnie może przejechać po błotku obok barykady.

W Stolcu skierowaliśmy się na popas nad granicznym jeziorem Stolsko (lub Schloss See, jak nazywają je Niemcy).

"Monter" coś wyznawał "Jaszkowi", ale nie dosłyszałem o czym mowa :).

Obok stoi luksusowy "Hotel Raj" :))).

Lód na jeziorze już prawie stopniał.

Część łodzi jest na brzegu, część znalazła się w wodzie, czyżby w wyniku roztopów?


Po długim popasie skierowaliśmy się na Dobieszczyn.
Zrezygnowaliśmy jednak z pierwotnego planu wjazdu do Niemiec i przejazdu lasami ze względu na roztopy i błoto po pachy i skierowaliśmy się na Szczecin.
Przy zjeździe na czarny szlak znajduje się samotny grób leśniczego Gerharda Linde, który stracił życie w roku 1946.
Nie wiem, jak stracił życie, ale przypuszczam, że po wojnie ktoś mu - jako Niemcowi - mógł w tym "pomóc". Jak widać po datach, odszedł w młodym wieku.

Tuż przed Tanowem zaczął lekko siąpić deszcz, ale jeszcze był nieszkodliwy.
Dopiero na Głębokim zaczęło się już robić obrzydliwie. Szaro, buro, chlapa i narastający opad.
Pożegnałem się z chłopakami i zrobiłem sobie mały "hard core" jadąc skrótem koło poligonu i z trudem przedzierając się przez grząskie błoto.
"Koza" jak zwykle dała radę, jej nic nie może chyba zaszkodzić! :)
Temperatura:3.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Po raz kolejny wytaszczyłem z piwnicy moją starą "Kozę", na taką pluchę jak znalazł. KTM niech śpi smacznie na razie.
Niestety, z powodu upalnej pogody (+3 st.C) i zapowiadanego deszczu na placu Lotników o 10:00 stawiło się zaledwie 3 rowerzystów.
Gdy było - 7 st.C i zimniej, chętnych zazwyczaj było dużo więcej. Byłem ja, "Monter" i "Jaszek". "Siwobrody" zrezygnował, choć się zapowiadał, że pojedzie.
Jeszcze nim dojechałem na miejsce spotkania, przechodząca dziewczyna zapytała mnie, gdzie może być ul. Kaszubska 4.
Jest to jedna z najdziwaczniejszych ulic jakie znam - składa się z 5 (!) w żaden sposób niepołączonych ze sobą kawałków, poprzedzielanych wieloma ulicami, w tym jedną wielopasmową. Na szczęście numer, którego szukała wpadł mi w oko w momencie dojeżdżania do placu, więc zawróciłem i uratowałem dzieweczkę od kilku kilometrów długiej wędrówki (szła w zupełnie przeciwną stronę;))).
Na wszelki wypadek podjechaliśmy jeszcze pod pomnik "z orłami", bo wiele osób zajeżdża tam już z przyzwyczajenia, gdy wycieczki ogłasza "Monter".
Nie było jednak nikogo, więc ulicą Mickiewicza dojechaliśmy na Krzekowo. Z zapowiadanego deszczu na szczęście na razie nic nie było.
Nie wiem, jak to możliwe, ale wielokrotnie przejeżdżałem koło piekarni na ul. Szerokiej, a nigdy nie zauważyłem tej pompy.
Opłotkami wjechaliśmy na Bezrzecze, skąd dotarliśmy do wjazdu na ścieżkę rowerową od Dobrej do wyjazdu na drogę do Stolca.
Zatarasowana jest przed samochodami niczym na wojnę. Normalnie barykada.
Rowerzysta bez sakw ma problem z przeciśnięciem się, obładowany turysta niespecjalnie da radę przejechać.
Co do samochodu...spokojnie może przejechać po błotku obok barykady.
W Stolcu skierowaliśmy się na popas nad granicznym jeziorem Stolsko (lub Schloss See, jak nazywają je Niemcy).
"Monter" coś wyznawał "Jaszkowi", ale nie dosłyszałem o czym mowa :).
Obok stoi luksusowy "Hotel Raj" :))).
Lód na jeziorze już prawie stopniał.
Część łodzi jest na brzegu, część znalazła się w wodzie, czyżby w wyniku roztopów?
Po długim popasie skierowaliśmy się na Dobieszczyn.
Zrezygnowaliśmy jednak z pierwotnego planu wjazdu do Niemiec i przejazdu lasami ze względu na roztopy i błoto po pachy i skierowaliśmy się na Szczecin.
Przy zjeździe na czarny szlak znajduje się samotny grób leśniczego Gerharda Linde, który stracił życie w roku 1946.
Nie wiem, jak stracił życie, ale przypuszczam, że po wojnie ktoś mu - jako Niemcowi - mógł w tym "pomóc". Jak widać po datach, odszedł w młodym wieku.

Grób leśniczego Gerharda Lindego w Puszczy Wkrzańskiej.© Misiacz
Tuż przed Tanowem zaczął lekko siąpić deszcz, ale jeszcze był nieszkodliwy.
Dopiero na Głębokim zaczęło się już robić obrzydliwie. Szaro, buro, chlapa i narastający opad.
Pożegnałem się z chłopakami i zrobiłem sobie mały "hard core" jadąc skrótem koło poligonu i z trudem przedzierając się przez grząskie błoto.
"Koza" jak zwykle dała radę, jej nic nie może chyba zaszkodzić! :)
Rower:Koza
Dane wycieczki:
67.00 km (1.00 km teren), czas: 03:09 h, avg:21.27 km/h,
prędkość maks: 37.00 km/hTemperatura:3.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Objazd Szczecina na Kozie.
Piątek, 17 lutego 2012 | dodano: 17.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Najpierw śmigałem (no, tu przesadziłem) na "Kozie" do 12:00, nic nie załatwiłem prawie oprócz zakupów, potem przerwa na kanapki i kurs za odległą Wilczą, gdzie próbowałem załatwić parę spraw, niestety nie do końca się udało.
Roztopy straszne, samochody chlapią wodno-solno-błotnistą breją po pysku, ta sama breja spod kół moczy spodnie aż po kolana.
Nic, tylko jeździć i jeździć :))).
Troszkę kluczyłem :).
:)))
Temperatura:5.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Roztopy straszne, samochody chlapią wodno-solno-błotnistą breją po pysku, ta sama breja spod kół moczy spodnie aż po kolana.
Nic, tylko jeździć i jeździć :))).
Troszkę kluczyłem :).
:)))
Rower:Koza
Dane wycieczki:
31.43 km (1.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:5.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Ohikoa den bezala, lan egiteko, eta itzultzeko.
Czwartek, 16 lutego 2012 | dodano: 16.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Hau da ibilbidea da, beraz, errutina euskaraz deskribatzeko izan dut.
Norbaitek itzuli nahi izanez gero, miretsi da :))).
Arratsaldean ere joan gara erosketak to Lidl.
Bidean, interesgarria Izan ere:
Bizikleta ibilbideak. Elurra. Inork ez du nahi garbitu.
Irtenbidea?
Zeinua zerbait itsasten.
Temperatura:0.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Norbaitek itzuli nahi izanez gero, miretsi da :))).
Arratsaldean ere joan gara erosketak to Lidl.
Bidean, interesgarria Izan ere:
Bizikleta ibilbideak. Elurra. Inork ez du nahi garbitu.
Irtenbidea?
Zeinua zerbait itsasten.

Szczecińskie rozwiązanie problemu ze śniegiem na drodze dla rowerów.© Misiacz
Rower:Koza
Dane wycieczki:
18.00 km (1.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:0.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Si zakonisht, për të punuar dhe mbështetur.
Wtorek, 14 lutego 2012 | dodano: 14.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Kjo është rrugë në mënyrë rutinë që unë kam për të përshkruar atë në gjuhën shqipe.
Nëse dikush dëshiron të shpjegojë atë, e admirojnë atë :))).
Temperatura:0.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Nëse dikush dëshiron të shpjegojë atë, e admirojnë atë :))).
Rower:Koza
Dane wycieczki:
15.00 km (1.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:0.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Rajd z "Gadzikiem" na Kozie do Mescherin Szlakiem Bielika.
Poniedziałek, 13 lutego 2012 | dodano: 13.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Wypadziki do Niemiec
Dziś wypadł kolejny wolny poniedziałek, więc zaplanowałem wyjazd po zakup nowego termosu.
Kiedy jednak dostałem propozycję od Jarka "Gadzika", aby jechać na rowerkach gdzieś dalej, od razu zapaliło się w mej głowie światełko: "Jest okazja do wycieczki"!
Nie uśmiechał mi jednak się kurs na starej "Kozie" w Góry Bukowe (marne hamulce), więc zrezygnowałem i postanowiłem pojechać na Szlak Bielika.
Ku mojemu (radosnemu) zaskoczeniu, "Gadzikowi" również i ten pomysł się spodobał (jemu wszystko się podoba :))), więc o 11:30 ruszyliśmy w stronę Siadła Dolnego, gdzie zaczyna się szlak.
Wszystkie zdjęcia są autorstwa Jarka, ja je tylko nieco "poprawiłem" w programie Picasa, bo są z komórki robione :). Całość TUTAJ (KLIK).

Było dziś koszmarnie upalnie, temperatura oscylowała koło 0 st.C, ale jakoś dało się jechać. Śnieg jeszcze leżał i błotka nie było.
"Koza" jakoś się toczyła, a ja na niej.
Za wiaduktem zatrzymaliśmy się na kubek gorącej herbaty.

Oczywiście o wjechaniu na najbardziej stromy podjazd tego szlaku na moim wehikule nie było mowy, więc wspólnie podprowadziliśmy rowerki.

Trasa jest dziewicza, zaśnieżona, nietknięta śladem innego roweru!


Po dojechaniu do Moczył nastąpił kolejny postój na herbatkę i podjęcie decyzji, jak jechać dalej.

Padło na jazdę szosą do Kamieńca i Pargowa, a stamtąd do Niemiec, do Mescherin, aby sprawdzić jak przebiegają prace na zamkniętym w tej chwili dla ruchu moście granicznym.

Po drodze jednak potrzebny był kolejny łyczek herbaty.

Tak w ogóle, to "Koza" w swym obecnym kształcie po raz pierwszy przekroczyła granice Polski, więc może świętować :).

No to jak przebiegają prace na zamkniętym w tej chwili dla ruchu moście granicznym?
Nie przebiegają, nie licząc jednej snującej się koparki i jednego snującego się robotnika, chyba wybierał jakiś złom z wykopów (most remontuje pewna polska firma, która zdaje się bardzo ceni sobie oszczędności;)).

Ma to o tyle dobre strony, że ruch samochodowy w tej części Niemiec zamarł, co jest dobre dla nas, rowerzystów.


Bo zjedzeniu kanapek i wypiciu herbaty wróciliśmy do Polski i wjechaliśmy tym razem nie na szosę, ale na kolejną leśną część Szlaku Bielika.

Musiałem uważać na zjazdach, bo wertepy straszne, a i "Koza" ma słabe hamulce.

O tym szlaku można powiedzieć, że pieniądze zostały tu dosłownie wyrzucone w błoto.
Szlak już praktycznie po kilku miesiącach od przekazania do użytkowania nie nadaje się w tej części do normalnej jazdy rowerem, jest rozryty przez dziki i koła pojazdów tubylców, którzy poodsuwali sobie betonowe zapory i na naszych oczach wywożą drewno z lasu, ścinając nawet całe drzewa piłami łańcuchowymi.

Miejscami trasa jest tak rozryta, że nie pozostało nic innego jak prowadzić rowery. Szlak został nieodpowiednio i niedostatecznie utwardzony i skutki są jakie są, a pieniążki za to ktoś wziął. A szkoda, bo trasa jest niesamowicie klimatyczna i malownicza.

Od Moczył już da się jechać w miarę normalnie częścią terenową.

W okolicach Siadła Dolnego natknęliśmy się na kolejny samochód z przyczepką, który widziałem również w sobotę, a zza pagórka dochodził jazgot piły spalinowej.
W sobotę zaś dosłownie tuż przed samym Siadłem inny facet w najlepsze wycinał sobie drzewa w zagłębieniu terenu.
Z Siadła pojechaliśmy wzdłuż Odry do Kurowa, skąd wspięliśmy się na szosę i już asfaltem dojechaliśmy na Pomorzany.

Tu podprowadzałem rower, ale zapozowałem, że niby podjeżdżam :))).

Koła mojej "Kozy" (znów dała radę, a nie wygląda) wyglądały tak:

Wieczorem wyskoczyłem w końcu po ten termos i kupiłem.
Różowy...innych nie było.
Temperatura:-0.4 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie: 1094 (kcal)
Kiedy jednak dostałem propozycję od Jarka "Gadzika", aby jechać na rowerkach gdzieś dalej, od razu zapaliło się w mej głowie światełko: "Jest okazja do wycieczki"!
Nie uśmiechał mi jednak się kurs na starej "Kozie" w Góry Bukowe (marne hamulce), więc zrezygnowałem i postanowiłem pojechać na Szlak Bielika.
Ku mojemu (radosnemu) zaskoczeniu, "Gadzikowi" również i ten pomysł się spodobał (jemu wszystko się podoba :))), więc o 11:30 ruszyliśmy w stronę Siadła Dolnego, gdzie zaczyna się szlak.
Wszystkie zdjęcia są autorstwa Jarka, ja je tylko nieco "poprawiłem" w programie Picasa, bo są z komórki robione :). Całość TUTAJ (KLIK).
Było dziś koszmarnie upalnie, temperatura oscylowała koło 0 st.C, ale jakoś dało się jechać. Śnieg jeszcze leżał i błotka nie było.
"Koza" jakoś się toczyła, a ja na niej.
Za wiaduktem zatrzymaliśmy się na kubek gorącej herbaty.
Oczywiście o wjechaniu na najbardziej stromy podjazd tego szlaku na moim wehikule nie było mowy, więc wspólnie podprowadziliśmy rowerki.
Trasa jest dziewicza, zaśnieżona, nietknięta śladem innego roweru!
Po dojechaniu do Moczył nastąpił kolejny postój na herbatkę i podjęcie decyzji, jak jechać dalej.
Padło na jazdę szosą do Kamieńca i Pargowa, a stamtąd do Niemiec, do Mescherin, aby sprawdzić jak przebiegają prace na zamkniętym w tej chwili dla ruchu moście granicznym.
Po drodze jednak potrzebny był kolejny łyczek herbaty.
Tak w ogóle, to "Koza" w swym obecnym kształcie po raz pierwszy przekroczyła granice Polski, więc może świętować :).
No to jak przebiegają prace na zamkniętym w tej chwili dla ruchu moście granicznym?
Nie przebiegają, nie licząc jednej snującej się koparki i jednego snującego się robotnika, chyba wybierał jakiś złom z wykopów (most remontuje pewna polska firma, która zdaje się bardzo ceni sobie oszczędności;)).
Ma to o tyle dobre strony, że ruch samochodowy w tej części Niemiec zamarł, co jest dobre dla nas, rowerzystów.
Bo zjedzeniu kanapek i wypiciu herbaty wróciliśmy do Polski i wjechaliśmy tym razem nie na szosę, ale na kolejną leśną część Szlaku Bielika.
Musiałem uważać na zjazdach, bo wertepy straszne, a i "Koza" ma słabe hamulce.
O tym szlaku można powiedzieć, że pieniądze zostały tu dosłownie wyrzucone w błoto.
Szlak już praktycznie po kilku miesiącach od przekazania do użytkowania nie nadaje się w tej części do normalnej jazdy rowerem, jest rozryty przez dziki i koła pojazdów tubylców, którzy poodsuwali sobie betonowe zapory i na naszych oczach wywożą drewno z lasu, ścinając nawet całe drzewa piłami łańcuchowymi.
Miejscami trasa jest tak rozryta, że nie pozostało nic innego jak prowadzić rowery. Szlak został nieodpowiednio i niedostatecznie utwardzony i skutki są jakie są, a pieniążki za to ktoś wziął. A szkoda, bo trasa jest niesamowicie klimatyczna i malownicza.
Od Moczył już da się jechać w miarę normalnie częścią terenową.
W okolicach Siadła Dolnego natknęliśmy się na kolejny samochód z przyczepką, który widziałem również w sobotę, a zza pagórka dochodził jazgot piły spalinowej.
W sobotę zaś dosłownie tuż przed samym Siadłem inny facet w najlepsze wycinał sobie drzewa w zagłębieniu terenu.
Z Siadła pojechaliśmy wzdłuż Odry do Kurowa, skąd wspięliśmy się na szosę i już asfaltem dojechaliśmy na Pomorzany.
Tu podprowadzałem rower, ale zapozowałem, że niby podjeżdżam :))).
Koła mojej "Kozy" (znów dała radę, a nie wygląda) wyglądały tak:
Wieczorem wyskoczyłem w końcu po ten termos i kupiłem.
Różowy...innych nie było.
Rower:Koza
Dane wycieczki:
49.20 km (21.00 km teren), czas: 03:21 h, avg:14.69 km/h,
prędkość maks: 36.50 km/hTemperatura:-0.4 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie: 1094 (kcal)
Pierwszy "Rajd Pieszy z Grzańcem" BS i RS.
Niedziela, 12 lutego 2012 | dodano: 12.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS, Z Basią...
Będąc młodym Misiaczem z gęstym, jeszcze brunatnym futrem należałem do Klubu Turystyki Kolarskiej "Jantarowe Szlaki". Klub ten, oprócz odbywania ciekawych wycieczek i obozów wędrownych (oraz cotygodniowych tzw. zebrań, za którymi nie przepadałem specjalnie) miał (i nadal ma) ciekawy zwyczaj organizowania w sezonie zimowym - kiedy rowery śpią spokojnym snem - rajdów pieszych. Służą one wspaniale nie tylko podtrzymaniu kondycji, ale też dają radość przebywania z ciekawymi ludźmi, poznawania interesujących szlaków i wolność pociągnięcia z termosu gorącego grzańca :).
Mamy teraz ładną zimę, znam wielu wspaniałych rowerzystów, z którymi mimo tej zimy jeździmy, ale zabrakło mi właśnie czegoś takiego jak rajd pieszy, więc ogłosiłem coś takiego na Forum Rowerowego Szczecina i poinformowałem o moim planie znajomych z Bikestats i innych.
Już na początku zaskoczyło mnie spore zainteresowanie tym wydarzeniem. Oczywiście parę osób odpadło, a to ze względów zdrowotnych, służbowych czy z powodu lenistwa, a może i malkontenctwa? :))).
Z Basią "Misiaczową" najpierw zabraliśmy po drodze do samochodu Piotrka "Bronika", potem z dworca PKP Adriana "Gryfa" (szacuneczek, bo chciało mu się przyjechać pociągiem aż z Gryfina!), a na koniec Małgosię "Rowerzystkę" z centrum Szczecina.
Po drodze kupiliśmy jeszcze kiełbaski na ognisko, bo te dobre, starannie dobrane wczoraj...zostawiliśmy z Basią w lodówce :).
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy na godzinę 10:00 na miejscu zbiórki koło karczmy na ul. Arkońskiej stawiło się aż 16 osób (wliczając w to sprawcę zamieszania:)))!!!
Odczekaliśmy 5 minut na ewentualnych spóźnialskich i ruszyliśmy, początkowo pod moim przewodnictwem, mniej uczęszczanym szlakiem Lasu Arkońskiego w stronę ul. Miodowej.
Na pierwszym planie pędząca Małgosia "Rowerzystka", dalej z tyłu od lewej Ania "VonZan", Krzysiek "Siwobrody", Piotrek "g286", Piotrek "Bronik", jeszcze dalej z tyłu Piotrek, Iwona, Krzysiek "Kriss", Aneta, Basia "Misiaczowa", "Ernir" (?), Adrian "Gryf", Krzysiek "Monter", Robert "Sakwiarz" i Grażyna "Grażka" (mam nadzieję, że nie pominąłem nikogo i nic nie przekręciłem, prócz "Misiacza" robiącego zdjęcie).

Szło się żwawo i lekko, pogoda była rześka, śnieg był nawet ubity.

Po dojściu do ul. Miodowej zarządziłem postój na "coś gorącego" na polanie piknikowej :))).



Po zażyciu grzańca doszliśmy do jez. Głębokiego, gdzie potencjalnie mogły oczekiwać inne osoby chętne. Nie oczekiwały.
Zdałem więc przewodnictwo innym, aby zaoferowali nam atrakcje i niespodzianki na dalszej części szlaku.
Najpierw pokierował nami "Siwobrody" jako tubylec-tambylec z Pilchowa.
Szliśmy koło pięknego wąwozu, nad którym "Siwobrody" pokazał nam spróchniałe drzewo wykorzystywane przez ptaki do budowania dziupli.

W Pilchowie wg planu "Siwobrodego" mieliśmy zatrzymać się u niego w ogrodzie na ognisko i herbatę, ale w tym momencie sierżant "Monter" dokonał zamachu stanu i przejął władzę :))).
Stwierdził, że nie jest to żadna połowa rajdu, a może raptem jedna trzecia i nie będziemy robić z siebie mięczaków - idziemy dalej w las, im dalej tym lepiej, jak wyjdziemy w Nowym Warpnie też nie szkodzi! :))) Nie czas na pieszczoty, kto nie maszeruje ten ginie :))).

Wycieczki pod przywództwem "Montera" mają w sobie coś takiego jak urok tajemnicy, nieznanego.
Nie inaczej było i tym razem, kiedy po pewnym czasie przyszło w lesie znaleźć odpowiednią drogę do Szczecina, choć tym razem nie był to typowy "Monterski" skrót.
Po krótkich poszukiwaniach droga się odnalazła.

Ku naszemu rozczarowaniu nie było wędrówki przez chaszcze, bagna, błota i moczary (teraz i tak pewnie zamarznięte, więc cóż to za atrakcja), przedzierania się z maczetą przez zarośla. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego trafiliśmy na żółty szlak, którym w cywilizowany sposób doszliśmy do polany piknikowej tuż przed ulicą Miodową.
Płonęło tam już małe ognisko, przy którym piwkiem (wyglądało na to, że długo, pewnie od rana) raczyło się dwóch jegomości.
"Dosiedliśmy" się do nich, znosząc chrust i drewno.
Przyszło dopić resztki grzańców i w końcu usmażyć te wędrujące z nami od ponad 11 km kiełbaski.



Troszkę czasu nam zeszło, następnie "Siwobrody" w podzięce za zorganizowanie tego udanego wypadu zaproponował, aby w nagrodę rozgrzać "Misiacza" umieszczając go w ognisku, na co kategorycznie nie zgodziła się "Misiaczowa" twierdząc, że nikt nie będzie palił jej własności, na którą ma oficjalne papiery kupna z Urzędu Stanu Cywilnego :))).

Do przejścia zostało nam niecałe 5 km, więc rozweseleni ruszyliśmy w kierunku Arkońskiej.
Kilka osób "urwało" się wcześniej na przystanek przy Głębokim, reszta ochoczo pomaszerowała do miejsca, z którego wyruszyliśmy.
Po przyjściu na miejsce okazało się, że mamy za sobą 15,2 km (wg GPS-a Małgosi), których oczywiście nie wpisuję do statystyk BS, jak to czasem mają w zwyczaju niektórzy.
Pożegnaliśmy się i wsiedliśmy w samochód (tym razem ja jako balast wypełniony grzańcem) i wraz z "Misiaczową" rozwieźliśmy parę osób po Szczecinie.
Jestem bardzo zadowolony z tego wyjścia, z ilości osób, z ich towarzystwa i tzw. "całokształtu". Dziękujemy z Basią za przybycie!
Mam nadzieję, że pomysł ten zostanie podchwycony i kontunuowany przez innych...i że już za tydzień w niedzielę (po sobotnim wypadzie na rowerach oczywiście) spotkamy się na kolejnym "Rajdzie z Grzańcem"... :)
Temperatura:-9.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Mamy teraz ładną zimę, znam wielu wspaniałych rowerzystów, z którymi mimo tej zimy jeździmy, ale zabrakło mi właśnie czegoś takiego jak rajd pieszy, więc ogłosiłem coś takiego na Forum Rowerowego Szczecina i poinformowałem o moim planie znajomych z Bikestats i innych.
Już na początku zaskoczyło mnie spore zainteresowanie tym wydarzeniem. Oczywiście parę osób odpadło, a to ze względów zdrowotnych, służbowych czy z powodu lenistwa, a może i malkontenctwa? :))).
Z Basią "Misiaczową" najpierw zabraliśmy po drodze do samochodu Piotrka "Bronika", potem z dworca PKP Adriana "Gryfa" (szacuneczek, bo chciało mu się przyjechać pociągiem aż z Gryfina!), a na koniec Małgosię "Rowerzystkę" z centrum Szczecina.
Po drodze kupiliśmy jeszcze kiełbaski na ognisko, bo te dobre, starannie dobrane wczoraj...zostawiliśmy z Basią w lodówce :).
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy na godzinę 10:00 na miejscu zbiórki koło karczmy na ul. Arkońskiej stawiło się aż 16 osób (wliczając w to sprawcę zamieszania:)))!!!
Odczekaliśmy 5 minut na ewentualnych spóźnialskich i ruszyliśmy, początkowo pod moim przewodnictwem, mniej uczęszczanym szlakiem Lasu Arkońskiego w stronę ul. Miodowej.
Na pierwszym planie pędząca Małgosia "Rowerzystka", dalej z tyłu od lewej Ania "VonZan", Krzysiek "Siwobrody", Piotrek "g286", Piotrek "Bronik", jeszcze dalej z tyłu Piotrek, Iwona, Krzysiek "Kriss", Aneta, Basia "Misiaczowa", "Ernir" (?), Adrian "Gryf", Krzysiek "Monter", Robert "Sakwiarz" i Grażyna "Grażka" (mam nadzieję, że nie pominąłem nikogo i nic nie przekręciłem, prócz "Misiacza" robiącego zdjęcie).
Szło się żwawo i lekko, pogoda była rześka, śnieg był nawet ubity.
Po dojściu do ul. Miodowej zarządziłem postój na "coś gorącego" na polanie piknikowej :))).
Po zażyciu grzańca doszliśmy do jez. Głębokiego, gdzie potencjalnie mogły oczekiwać inne osoby chętne. Nie oczekiwały.
Zdałem więc przewodnictwo innym, aby zaoferowali nam atrakcje i niespodzianki na dalszej części szlaku.
Najpierw pokierował nami "Siwobrody" jako tubylec-tambylec z Pilchowa.
Szliśmy koło pięknego wąwozu, nad którym "Siwobrody" pokazał nam spróchniałe drzewo wykorzystywane przez ptaki do budowania dziupli.
W Pilchowie wg planu "Siwobrodego" mieliśmy zatrzymać się u niego w ogrodzie na ognisko i herbatę, ale w tym momencie sierżant "Monter" dokonał zamachu stanu i przejął władzę :))).
Stwierdził, że nie jest to żadna połowa rajdu, a może raptem jedna trzecia i nie będziemy robić z siebie mięczaków - idziemy dalej w las, im dalej tym lepiej, jak wyjdziemy w Nowym Warpnie też nie szkodzi! :))) Nie czas na pieszczoty, kto nie maszeruje ten ginie :))).

Szatański plan "Montera" :))). Zdjęcie autorstwa Małgosi "Rowerzystki".© Misiacz
Wycieczki pod przywództwem "Montera" mają w sobie coś takiego jak urok tajemnicy, nieznanego.
Nie inaczej było i tym razem, kiedy po pewnym czasie przyszło w lesie znaleźć odpowiednią drogę do Szczecina, choć tym razem nie był to typowy "Monterski" skrót.
Po krótkich poszukiwaniach droga się odnalazła.
Ku naszemu rozczarowaniu nie było wędrówki przez chaszcze, bagna, błota i moczary (teraz i tak pewnie zamarznięte, więc cóż to za atrakcja), przedzierania się z maczetą przez zarośla. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego trafiliśmy na żółty szlak, którym w cywilizowany sposób doszliśmy do polany piknikowej tuż przed ulicą Miodową.
Płonęło tam już małe ognisko, przy którym piwkiem (wyglądało na to, że długo, pewnie od rana) raczyło się dwóch jegomości.
"Dosiedliśmy" się do nich, znosząc chrust i drewno.
Przyszło dopić resztki grzańców i w końcu usmażyć te wędrujące z nami od ponad 11 km kiełbaski.
Troszkę czasu nam zeszło, następnie "Siwobrody" w podzięce za zorganizowanie tego udanego wypadu zaproponował, aby w nagrodę rozgrzać "Misiacza" umieszczając go w ognisku, na co kategorycznie nie zgodziła się "Misiaczowa" twierdząc, że nikt nie będzie palił jej własności, na którą ma oficjalne papiery kupna z Urzędu Stanu Cywilnego :))).
Do przejścia zostało nam niecałe 5 km, więc rozweseleni ruszyliśmy w kierunku Arkońskiej.
Kilka osób "urwało" się wcześniej na przystanek przy Głębokim, reszta ochoczo pomaszerowała do miejsca, z którego wyruszyliśmy.
Po przyjściu na miejsce okazało się, że mamy za sobą 15,2 km (wg GPS-a Małgosi), których oczywiście nie wpisuję do statystyk BS, jak to czasem mają w zwyczaju niektórzy.
Pożegnaliśmy się i wsiedliśmy w samochód (tym razem ja jako balast wypełniony grzańcem) i wraz z "Misiaczową" rozwieźliśmy parę osób po Szczecinie.
Jestem bardzo zadowolony z tego wyjścia, z ilości osób, z ich towarzystwa i tzw. "całokształtu". Dziękujemy z Basią za przybycie!
Mam nadzieję, że pomysł ten zostanie podchwycony i kontunuowany przez innych...i że już za tydzień w niedzielę (po sobotnim wypadzie na rowerach oczywiście) spotkamy się na kolejnym "Rajdzie z Grzańcem"... :)
Rower: brak.
Dane wycieczki:
0.00 km (0.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:-9.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
"Uzimowiony" awatar Misiacza i szybki kurs na Kozie.
Piątek, 10 lutego 2012 | dodano: 10.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Dzięki graficznej pracy Shrinka nad moim brunatnym awatarem, przybrał on obecnie postać zimową :))).

Szybki kurs na "Kozie" w celu załatwienia paru spraw.
Temperatura wróciła do normy i dziś jest -14 st.C, czyli rześko, tak jak lubię :)))
Temperatura:-14.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)

Szybki kurs na "Kozie" w celu załatwienia paru spraw.
Temperatura wróciła do normy i dziś jest -14 st.C, czyli rześko, tak jak lubię :)))
Rower:Koza
Dane wycieczki:
6.21 km (0.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:-14.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Upalnie.
Czwartek, 9 lutego 2012 | dodano: 09.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Dom-praca-dom - jazda w wysokiej temperaturze.
Dziś -1 st.C, czyli upalnie.
A oto sposób transportu zbyt dużego kalendarza na zbyt małej sakwie, zamówionego u Misiacza przez Baśkę "Rudzielca".
Reklamówka, taśma...istny Wietnam! :)
Temperatura:-1.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Dziś -1 st.C, czyli upalnie.
A oto sposób transportu zbyt dużego kalendarza na zbyt małej sakwie, zamówionego u Misiacza przez Baśkę "Rudzielca".
Reklamówka, taśma...istny Wietnam! :)

Transport kalendarza na starej "Kozie" metodą wietnamską.© Misiacz
Rower:Koza
Dane wycieczki:
15.00 km (1.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:-1.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Z "Bronikiem" przez Bezrzecze.
Środa, 8 lutego 2012 | dodano: 08.02.2012Kategoria: U przyjaciół ...
W ten upalny lutowy dzień (ok. -1 st.C) zgadałem się z Piotrkiem "Bronikiem" i odprowadziłem go kawałek do pracy.

Po drodze Piotrek zakupił dobry chleb w piekarni "Samopomocy Chłopskiej" na ul. Modrej na Krzekowie.
Chlebek tam wypiekany jest przedni, jako że niewiele ma wspólnego z dmuchanym pieczywem a la Unia Europejska.

Pokazałem "Bronikowi" tzw. skrót przez dzielnicę willową, od ul. Żyznej poprzez Inspektową aż do Diamentowej, gdzie wyjeżdża się na Koralową, unikając w ten sposób większości ruchu na tejże ulicy panującego.
Tam pożegnałem się z Piotrkiem i zawróciłem do domu.
Nareszcie doczekaliśmy się, że jednokierunkowa ul. Żyzna stała się dwukierunkowa dla rowerów.
Teraz, wracając z Głębokiego nie trzeba będzie "gangsterzyć" i można legalnie jechać, unikając ruchliwej i wąskiej ulicy...Szerokiej :))).

A tak wyglądała stara "Koza" po powrocie do domu. :)
Temperatura:-1.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)

Kościół na Krzekowie. Szczecin.© Misiacz
Po drodze Piotrek zakupił dobry chleb w piekarni "Samopomocy Chłopskiej" na ul. Modrej na Krzekowie.
Chlebek tam wypiekany jest przedni, jako że niewiele ma wspólnego z dmuchanym pieczywem a la Unia Europejska.

Chlebek na zakwasie. Piekarnia.© Misiacz
Pokazałem "Bronikowi" tzw. skrót przez dzielnicę willową, od ul. Żyznej poprzez Inspektową aż do Diamentowej, gdzie wyjeżdża się na Koralową, unikając w ten sposób większości ruchu na tejże ulicy panującego.
Tam pożegnałem się z Piotrkiem i zawróciłem do domu.
Nareszcie doczekaliśmy się, że jednokierunkowa ul. Żyzna stała się dwukierunkowa dla rowerów.
Teraz, wracając z Głębokiego nie trzeba będzie "gangsterzyć" i można legalnie jechać, unikając ruchliwej i wąskiej ulicy...Szerokiej :))).

Zniesiony zakaz na ul. Żyznej.© Misiacz
A tak wyglądała stara "Koza" po powrocie do domu. :)

Ośnieżona "Koza".© Misiacz
Rower:Koza
Dane wycieczki:
20.90 km (2.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:-1.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Rekord zimna i zmiana kryteriów.
Poniedziałek, 6 lutego 2012 | dodano: 06.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Im zimniej tym cieplej.
Przynajmniej Misiaczowi.
Jeszcze parę dni temu miałem inne określenia dla skali ujemnych temperatur dla rowerzysty:
1) Do -10 st.C: "rześko"
2) Od -10 do -20 st. C "lekki chłód"
Po dzisiejszym kursie do pracy na "Kozie" zakres zmieniam na następujący:
1) Do -20 st.C: "rześko"
2) Od -20 do -25 st. C "lekki chłód"
Było mi dziś nawet gorąco, nie wiem, co taki polarny Misiacz jak ja pocznie latem, bo już teraz w czasie upałów "paliłem" 2,7 litra napojów / 100 km :))).
Temperatura:-17.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Przynajmniej Misiaczowi.
Jeszcze parę dni temu miałem inne określenia dla skali ujemnych temperatur dla rowerzysty:
1) Do -10 st.C: "rześko"
2) Od -10 do -20 st. C "lekki chłód"
Po dzisiejszym kursie do pracy na "Kozie" zakres zmieniam na następujący:
1) Do -20 st.C: "rześko"
2) Od -20 do -25 st. C "lekki chłód"
Było mi dziś nawet gorąco, nie wiem, co taki polarny Misiacz jak ja pocznie latem, bo już teraz w czasie upałów "paliłem" 2,7 litra napojów / 100 km :))).
Rower:Koza
Dane wycieczki:
15.00 km (0.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:-17.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Kozi rekord - rajd BS-RS do Trzebieży.
Sobota, 4 lutego 2012 | dodano: 04.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice, Szczecińskie Rajdy BS i RS
Moje drzwi od garażu przymarzły do framugi, zaklinowały się i za diabła nie jestem w stanie dostać się do środka.
Pomijając, że stoi tam samochód, to stoi tam również mój lepszy rower, a dziś Krzysiek "Monter" zaplanował zimowy rajd po lasach Puszczy Wkrzańskiej do Trzebieży.
No i co? Jaki rower pozostał mi do dyspozycji?
Złomiasta "Koza" złożona z "odpadków" znalezionych w garażu, z rodowodem sięgającym lat 80-tych.
Pomyślałem więc: raz Kozie śmierć! :)))
Zamontowałem sakwę, ubrałem się po "cywilnemu" i stawiłem na miejscu zbiórki pod Pomnikiem Czynu Polaków z nadzieją, że uda mi się dojechać choć do pobliskiego jez. Głębokiego.
Temperatura w momencie wyjazdu oscylowała w zakresie "lekki chłód", tj. -15 st.C (w przeciwieństwie do zakresu "rześko", tj. do -10 st.C).
Oto Misiacz i jego "Koza" w całej okazałości!

Na miejscu pojawiła się również Baśka "Rudzielec 102"- nasza klubowa maskotka :))), "Monter" vel sierżant, Piotrek, "Bronik", "Sargath", "Yogi", "Misiacz" (potem dalej dołączył "Siwobrody"), w sumie było nas 8 osób. Na chwilę pojawił się również "Dornfeld", ale nie jechał z nami.

Ruszyliśmy przez Park Kasprowicza. Założona wczoraj do "Kozy" ukraińska przerzutka za 5 zeta spisywała się nadzwyczaj dobrze, w przeciwieństwie do starej przedniej, która zamarzła w jednej z pozycji i za diabła nie dało się jej ruszyć.
Dotarliśmy na Głębokie, gdzie czekał na nas Siwobrody. O dziwo, "Koza" spisywała się znakomicie, powiem więcej, wydawało mi się, że jej cienkie oponki lepiej trzymają się śniegu niż oponki mojego KTM-a!!!

Siwobrody popełnił na samym początku błąd, ponieważ zamienił się z Bronikiem na próbę na chwilę na rowery (obaj mają niedawno zakupione trekkingi).
Bronik musiał być chyba zazdrosny o KTM-a Siwobrodoego, bo ledwie ten się oddalił, ten od razu połamał mu z buta osłonę łańcucha :))).
Na szczęście Siwobrody ma dostęp do specjalistycznych klejów, więc Bronik w całości jechał z nami dalej.
"Koza" śmigała znakomicie!
Po krótkim postoju przed Tanowem, jadąc dalej w kierunku Dobieszczyna dojechaliśmy do skrętu na leśną drogę wiodącą nad jezioro Piaski.
Rozpadał się śnieg.

Droga nad jezioro jest przepiękna, nie tylko latem, ale również w zimowej scenerii.


Na postoju podszedłem do Baśki, aby uwiecznić jej pokryte szronem wiewiórkowe kity. :)

Nad samo jezioro pojechaliśmy tym razem od innej strony, w czym węszę spisek.
Prowadził nas Sargath, ale czuję, że Monter był z nim w zmowie i wspólnie postanowili nas "przeczołgać" drogą, która nadaje się tylko dla takiego pojazdu, jak poniżej! :)))
Zresztą, muzyka z tego klipu chodziła mi po głowie od momentu, gdy wjechaliśmy na tę drogę.
Tam Siwobrody zaliczył swoją pierwszą tego dnia glebę (było ich w sumie 4), lekko się zbiesił i chciał prowadzić rower, ale okazał się twardym zawodnikiem i wkrótce znów zmagał się z lodem, dziurami, koleinami i wykrotami.
Dał radę!

Sprawność uczestników zaskoczyła organizatorów!:)

Kiedy dojechaliśmy nad jezioro, stwierdziłem "filozoficznie":
- Ten widok jest wart nawet gleby Siwobrodego! :)
Siwobrody wydawał się mieć inne zdanie...

Zaczęły się szaleństwa na lodzie!



Po przeciągnięciu "Basiora" za nogi na plecach po lodzie, tym samym "skrótem" dotarliśmy do drogi na Trzebież.
Tam oczywiście skierowaliśmy się na plażę, gdzie urządziliśmy sobie popas.

Dzielna "Koza" już pobiła swój rekord odległości w tym składzie swoich części, bo zwykle jeździ tylko po mieście i to na krótkie dystanse (wyjaśnię dalej, o co chodzi z tym składem części).

Pod naciskiem Baśki podjechaliśmy na chwilę do portu w Trzebieży (po drodze Siwobrody zaliczył kolejną glebę:))).
Port zamarznięty, knajpy pozamykane...głucho, cicho kameralnie wręcz...

Nadciągnęły chmury i zaczął sypać gęsty śnieg, my zaś skierowaliśmy się na leśny czarny szlak.
Oj ciężko się jechało, ciężko.
Dla Sargatha chyba zbyt wolno, bo ten zerwał się nam i samotnie pognał do Szczecina.
My po drodze natknęliśmy się na ognisko rozpalone przez drwali, przy którym zatrzymaliśmy się na popas i ogrzaliśmy.

Czas było wracać do Szczecina, do domu...

A teraz wyjaśnię wspomnianą wcześniej kwestię tego, z czego składała się kiedyś "Koza" i jakie były jej wcześniejsze losy.
W zasadzie był to rower mojego brata, z którym (i z tatą i z klubem) za młodych lat jeździliśmy na kilkutygodniowe wyprawy turystyczne sakwiarskie.
Miał jednak zupełnie inny bagażnik, inną kierownicę (tzw. "baranka") i kupę o wiele lepszych innych części. Po zakończeniu kariery został rozebrany na części i umieszczony w kartonach w garażu, wraz z częściami z kilku innych rozebranych rowerów, z których pewne stanowią komponenty obecnej wersji "Kozy".
Tu na zdjęciu po lewej mój brat z "Kozą" w wersji "full wypas", a obok młody Misiacz przy rowerze stanowiącym zalążek mojego nadal istniejącego"Rosynanta".
W obecnej wersji jest to jej rekord dystansu, z którego oczywiście się cieszę, biorąc pod uwagę wiek i stan roweru, ale którym to rekordem chyba niepotrzebnie się ekscytuję, bowiem rower ten z sakwami swego czasu przejechał Słowację i dotarł do Wiednia, by powrócić przez Czechy do Polski w trakcie liczącej 880 km wyprawy KLIK, że nie wspomnę o zdobyciu przez niego (i mojego brata na nim) Przełęczy Krowiarki i Salmopol, czy przejechaniu w 2 tygodnie ok. 1100 km "Szlakiem Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim".
To jednak były zupełnie inne czasy...
Temperatura:-15.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Pomijając, że stoi tam samochód, to stoi tam również mój lepszy rower, a dziś Krzysiek "Monter" zaplanował zimowy rajd po lasach Puszczy Wkrzańskiej do Trzebieży.
No i co? Jaki rower pozostał mi do dyspozycji?
Złomiasta "Koza" złożona z "odpadków" znalezionych w garażu, z rodowodem sięgającym lat 80-tych.
Pomyślałem więc: raz Kozie śmierć! :)))
Zamontowałem sakwę, ubrałem się po "cywilnemu" i stawiłem na miejscu zbiórki pod Pomnikiem Czynu Polaków z nadzieją, że uda mi się dojechać choć do pobliskiego jez. Głębokiego.
Temperatura w momencie wyjazdu oscylowała w zakresie "lekki chłód", tj. -15 st.C (w przeciwieństwie do zakresu "rześko", tj. do -10 st.C).
Oto Misiacz i jego "Koza" w całej okazałości!
Na miejscu pojawiła się również Baśka "Rudzielec 102"- nasza klubowa maskotka :))), "Monter" vel sierżant, Piotrek, "Bronik", "Sargath", "Yogi", "Misiacz" (potem dalej dołączył "Siwobrody"), w sumie było nas 8 osób. Na chwilę pojawił się również "Dornfeld", ale nie jechał z nami.
Ruszyliśmy przez Park Kasprowicza. Założona wczoraj do "Kozy" ukraińska przerzutka za 5 zeta spisywała się nadzwyczaj dobrze, w przeciwieństwie do starej przedniej, która zamarzła w jednej z pozycji i za diabła nie dało się jej ruszyć.
Dotarliśmy na Głębokie, gdzie czekał na nas Siwobrody. O dziwo, "Koza" spisywała się znakomicie, powiem więcej, wydawało mi się, że jej cienkie oponki lepiej trzymają się śniegu niż oponki mojego KTM-a!!!
Siwobrody popełnił na samym początku błąd, ponieważ zamienił się z Bronikiem na próbę na chwilę na rowery (obaj mają niedawno zakupione trekkingi).
Bronik musiał być chyba zazdrosny o KTM-a Siwobrodoego, bo ledwie ten się oddalił, ten od razu połamał mu z buta osłonę łańcucha :))).
Na szczęście Siwobrody ma dostęp do specjalistycznych klejów, więc Bronik w całości jechał z nami dalej.
"Koza" śmigała znakomicie!
Po krótkim postoju przed Tanowem, jadąc dalej w kierunku Dobieszczyna dojechaliśmy do skrętu na leśną drogę wiodącą nad jezioro Piaski.
Rozpadał się śnieg.
Droga nad jezioro jest przepiękna, nie tylko latem, ale również w zimowej scenerii.
Na postoju podszedłem do Baśki, aby uwiecznić jej pokryte szronem wiewiórkowe kity. :)
Nad samo jezioro pojechaliśmy tym razem od innej strony, w czym węszę spisek.
Prowadził nas Sargath, ale czuję, że Monter był z nim w zmowie i wspólnie postanowili nas "przeczołgać" drogą, która nadaje się tylko dla takiego pojazdu, jak poniżej! :)))
Zresztą, muzyka z tego klipu chodziła mi po głowie od momentu, gdy wjechaliśmy na tę drogę.
Tam Siwobrody zaliczył swoją pierwszą tego dnia glebę (było ich w sumie 4), lekko się zbiesił i chciał prowadzić rower, ale okazał się twardym zawodnikiem i wkrótce znów zmagał się z lodem, dziurami, koleinami i wykrotami.
Dał radę!
Sprawność uczestników zaskoczyła organizatorów!:)
Kiedy dojechaliśmy nad jezioro, stwierdziłem "filozoficznie":
- Ten widok jest wart nawet gleby Siwobrodego! :)
Siwobrody wydawał się mieć inne zdanie...
Zaczęły się szaleństwa na lodzie!

BS na jeziorze Piaski.© Misiacz
Po przeciągnięciu "Basiora" za nogi na plecach po lodzie, tym samym "skrótem" dotarliśmy do drogi na Trzebież.
Tam oczywiście skierowaliśmy się na plażę, gdzie urządziliśmy sobie popas.
Dzielna "Koza" już pobiła swój rekord odległości w tym składzie swoich części, bo zwykle jeździ tylko po mieście i to na krótkie dystanse (wyjaśnię dalej, o co chodzi z tym składem części).
Pod naciskiem Baśki podjechaliśmy na chwilę do portu w Trzebieży (po drodze Siwobrody zaliczył kolejną glebę:))).
Port zamarznięty, knajpy pozamykane...głucho, cicho kameralnie wręcz...
Nadciągnęły chmury i zaczął sypać gęsty śnieg, my zaś skierowaliśmy się na leśny czarny szlak.
Oj ciężko się jechało, ciężko.
Dla Sargatha chyba zbyt wolno, bo ten zerwał się nam i samotnie pognał do Szczecina.
My po drodze natknęliśmy się na ognisko rozpalone przez drwali, przy którym zatrzymaliśmy się na popas i ogrzaliśmy.
Czas było wracać do Szczecina, do domu...
A teraz wyjaśnię wspomnianą wcześniej kwestię tego, z czego składała się kiedyś "Koza" i jakie były jej wcześniejsze losy.
W zasadzie był to rower mojego brata, z którym (i z tatą i z klubem) za młodych lat jeździliśmy na kilkutygodniowe wyprawy turystyczne sakwiarskie.
Miał jednak zupełnie inny bagażnik, inną kierownicę (tzw. "baranka") i kupę o wiele lepszych innych części. Po zakończeniu kariery został rozebrany na części i umieszczony w kartonach w garażu, wraz z częściami z kilku innych rozebranych rowerów, z których pewne stanowią komponenty obecnej wersji "Kozy".
Tu na zdjęciu po lewej mój brat z "Kozą" w wersji "full wypas", a obok młody Misiacz przy rowerze stanowiącym zalążek mojego nadal istniejącego"Rosynanta".
W obecnej wersji jest to jej rekord dystansu, z którego oczywiście się cieszę, biorąc pod uwagę wiek i stan roweru, ale którym to rekordem chyba niepotrzebnie się ekscytuję, bowiem rower ten z sakwami swego czasu przejechał Słowację i dotarł do Wiednia, by powrócić przez Czechy do Polski w trakcie liczącej 880 km wyprawy KLIK, że nie wspomnę o zdobyciu przez niego (i mojego brata na nim) Przełęczy Krowiarki i Salmopol, czy przejechaniu w 2 tygodnie ok. 1100 km "Szlakiem Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim".
To jednak były zupełnie inne czasy...
Rower: brak.
Dane wycieczki:
86.10 km (60.00 km teren), czas: 05:14 h, avg:16.45 km/h,
prędkość maks: 30.00 km/hTemperatura:-15.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Ukraińska przerzutka w "Kozie".
Piątek, 3 lutego 2012 | dodano: 03.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Inwestycje poczynione w "Kozę" ostatnimi czasy zaczynają powoli przewyższać jej wartość, no bo założyłem do niej:
1) Stare gumowe pedały od KTM-a
2) Zakupiłem wianuszki do piast za 4 zł
3) Założyłem te wianuszki, należy doliczyć moją robociznę! :)))
Załóżmy, że pedały są nic niewarte i robocizna gratis, ale sam koszt wianuszków (4 zł) może stanowić 25% wartości tego pojazdu! :)))))))))))))))

Korzystając z pięknej śnieżnej pogody, podskoczyłem do Roberta vel Romala vel Sakwiarza.
Po co?
Po przerzutkę.
Stara socjalistyczna padła, kurczę...ponad 20 lat bez żadnej konserwacji i JUŻ padła?! :)))
Romal zaoferował mi przerzutkę ukraińską, nówka sztuka, nie śmigana, jedynie bez kółek, ponieważ kupił ją w trakcie rowerowej wyprawy przez Ukrainę w celu pozyskania tychże kółek do jego własnej. Kółeczka w Romalowej przerzutce zdechły wtedy, więc wyłożył całe 5 zeta i już przerzutka była jego. :)))
Teraz jest moja + kółka od starej "Jóki" + robocizna Romala.
Łoomatkoo, mój rower staje się bezcenny! :)))
Temperatura:-9.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
1) Stare gumowe pedały od KTM-a
2) Zakupiłem wianuszki do piast za 4 zł
3) Założyłem te wianuszki, należy doliczyć moją robociznę! :)))
Załóżmy, że pedały są nic niewarte i robocizna gratis, ale sam koszt wianuszków (4 zł) może stanowić 25% wartości tego pojazdu! :)))))))))))))))

Do Romala. Pierwszy śnieg.© Misiacz
Korzystając z pięknej śnieżnej pogody, podskoczyłem do Roberta vel Romala vel Sakwiarza.
Po co?
Po przerzutkę.
Stara socjalistyczna padła, kurczę...ponad 20 lat bez żadnej konserwacji i JUŻ padła?! :)))
Romal zaoferował mi przerzutkę ukraińską, nówka sztuka, nie śmigana, jedynie bez kółek, ponieważ kupił ją w trakcie rowerowej wyprawy przez Ukrainę w celu pozyskania tychże kółek do jego własnej. Kółeczka w Romalowej przerzutce zdechły wtedy, więc wyłożył całe 5 zeta i już przerzutka była jego. :)))
Teraz jest moja + kółka od starej "Jóki" + robocizna Romala.
Łoomatkoo, mój rower staje się bezcenny! :)))

Romal "Sakwiarz" montuje mi ukraińską przerzutkę do Kozy. Inwestycja za 5 zł :))).© Misiacz
Rower:Koza
Dane wycieczki:
2.20 km (0.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:-9.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Zabytkowa witryna i "Krioterapia III".
Środa, 1 lutego 2012 | dodano: 01.02.2012Kategoria: Szczecin i okolice
Znów kilka kursów służbowych, z przerwą na fotkę barek na Odrze.
Przyjemnie, rześko, słoneczko, z rana -9 st.C.
Moja polarna natura ma się znakomicie.
Ze Starego Miasta pojechałem na ulicę Żółkiewskiego, gdzie pan Aleksy Pawlak posiada jedną z kilku swoich pralni.
Cóż w niej takiego ciekawego?
Otóż jest to jedna z nielicznych zachowanych oryginalnych przedwojennych witryn sklepowych.
Sam zaś pan Aleksy jest nie tylko właścicielem pralni, ale też pasjonatem historii przedwojennego Szczecina, kolekcjonerem przedwojennych fotografii i pocztówek, autorem znakomitych książek o starym Szczecinie, które podają takie informacje i fakty, na które do tej pory się nie natknąłem nigdzie.
Można również w tych publikacjach obejrzeć nigdzie nie publikowane fotografie i pocztówki.

Co ciekawe, rekonstrukcja tej witryny wymagała herkulesowej pracy, bowiem po wojnie co rusz malowano witrynę farbami olejnymi, warstwa po warstwie.
W trakcie renowacji okazało się, że trzeba usunąć kilkadziesiąt warstw farby, która w trakcie złuszczania zamieniała się w gęstą breję.
W pralni zachowane są również zabytkowe wnętrza, za wyjątkiem przedwojennej lady sklepowej, którą poprzedni właściciel porąbał na opał (w wyniku dość nadgorliwego zrozumienia zarządzenia Urzędu Miejskiego, że ma "opróżnić lokal". No to opróżnił...).

Potem jeszcze pojechałem do "Mad Bike" oraz z wizytą do taty i nieco kilometrów znów się zrobiło :).
Temperatura:-9.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)
Przyjemnie, rześko, słoneczko, z rana -9 st.C.
Moja polarna natura ma się znakomicie.
Ze Starego Miasta pojechałem na ulicę Żółkiewskiego, gdzie pan Aleksy Pawlak posiada jedną z kilku swoich pralni.
Cóż w niej takiego ciekawego?
Otóż jest to jedna z nielicznych zachowanych oryginalnych przedwojennych witryn sklepowych.
Sam zaś pan Aleksy jest nie tylko właścicielem pralni, ale też pasjonatem historii przedwojennego Szczecina, kolekcjonerem przedwojennych fotografii i pocztówek, autorem znakomitych książek o starym Szczecinie, które podają takie informacje i fakty, na które do tej pory się nie natknąłem nigdzie.
Można również w tych publikacjach obejrzeć nigdzie nie publikowane fotografie i pocztówki.

Zabytkowa witryna sklepowa. Pralnia pana Aleksego Pawlaka.© Misiacz
Co ciekawe, rekonstrukcja tej witryny wymagała herkulesowej pracy, bowiem po wojnie co rusz malowano witrynę farbami olejnymi, warstwa po warstwie.
W trakcie renowacji okazało się, że trzeba usunąć kilkadziesiąt warstw farby, która w trakcie złuszczania zamieniała się w gęstą breję.
W pralni zachowane są również zabytkowe wnętrza, za wyjątkiem przedwojennej lady sklepowej, którą poprzedni właściciel porąbał na opał (w wyniku dość nadgorliwego zrozumienia zarządzenia Urzędu Miejskiego, że ma "opróżnić lokal". No to opróżnił...).

Barki na Odrze.© Misiacz
Potem jeszcze pojechałem do "Mad Bike" oraz z wizytą do taty i nieco kilometrów znów się zrobiło :).
Rower:Koza
Dane wycieczki:
22.86 km (3.00 km teren), czas: b/d. h, avg:b/d. km/h,
prędkość maks: - km/hTemperatura:-9.0 HR max:- (-%) HR avg:- (-%) Kalorie:- (kcal)















